Dzień dobry.
4 lata temu zakochałem się za amen. Było to po raz pierwszy w życiu. Wcześniej nawet nie szukałem dziewczyny, nie myślałem w tych kategoriach. Ale chemia uderzyła do głowy. Pół roku walczyłem o względy tej dziewczyny. Udało się.
Byliśmy parą idealną. Mieliśmy te same marzenia, poglądy na życie. Podobny styl bycia. Rozumieliśmy się bez słów. Spędzaliśmy miło czas. Było jak w raju. Ona też nie miała nikogo przede mną. Były pierwsze randki, pierwsze pocałunki, pierwszy seks.
Po dwóch latach związku, gdy było nam (albo tylko mi) jak w raju, ona zapragnęła wyjechać na Erasmusa. Chciała podszkolić język, zobaczyć inny świat. W końcu się zgodziłem. Pojechała.
Było nam ciężko, ale rozmowy na skype i jakoś dawały radę. Bardzo tęskniłem, męczyłem się, ale to tylko pół roku. Nawet zachorowałem dość poważnie, może miała choroba związek z tęsknotą. Ona tęskniła mniej, bardzo szybko mijał jej tam czas. Jestem prawie pewien, że mnie nie zdradziła.
Po powrocie (pół roku temu) dalej nie było najgorzej. Dogadywaliśmy się. Ale kłóciliśmy się częściej niż wcześniej. Tak, jak wcześniej mieliśmy wspólne plany, marzenia, poglądy, tak po wyjeździe ona się zmieniła.
Zaczęła mieć wysokie oczekiwania wobec mnie. Nagle jakby chciała już mieć zapewnioną przyszłość, czego ja nie mogę jej dać. Nie mam domu, samochodu, pracy. Jestem studentem na tym samym, ostatnim roku, co ona. Ale co po studiach... Ale ona by chciała od razu ślubu, tylko nie chce zrozumieć, że najpierw musimy na niego razem zapracować i mieć gdzie mieszkać. Nie wiem, może coś źle interpretuje, ale wydaje mi się, że tak jest. Przeszła od romantycznego związku do brutalnej rzeczywistości i nie chce róż i pięknych chwil nad jeziorem przy świecach. Nagle chce dom, ślub, pracę.
Przed wyjazdem dobrze się dogadywaliśmy. Ja bym za nią w ogień skoczył, ona za mną. Po powrocie przestało jej zależeć. Zrobiła się skąpa. Nie stara się o nasz związek. Nie obchodzę już jej tak bardzo. Ciągle ona mówi o sobie. Po prostu, widzę, że już mnie nie kocha.
Boleśnie przejrzałem na oczy po ostatnim wspólnym weekendzie. Gdzie na starcie zepsuła mi humor, a później miała mnie gdzieś. Nie zależało jej na tym, by mi go poprawić. Myślała tylko o sobie. Cały weekend prawie ze sobą nie rozmawialiśmy. Po powrocie (każdy do swojego domu, miasta) przez tydzień nie dzwoniliśmy do siebie, nie pisaliśmy. Cierpiałem i czekałem na telefon, na kontakt. Ale jej wcale nie zależało ani na mnie, ale na naszym związku.
Nie wytrzymałem, rozpadłem się na kawałki. Nie mogłem uwierzyć, co się dzieje. Moja druga połowa, mi pisana, cudownie poznana jedyna kobieta mojego życia odchodzi. Nasz związek się rozpada. To jak zły sen. Nie dałem za wygraną. Pojechałem do niej, ale ona dziwnie się zachowała. Powiedziała, że ja sprawiłem jej dużo przykrości. Jakby nie widziała, w jakim jestem stanie. Byłem momentami gotów choćby i rzucić się pod pociąg. Czekałem, aż skończy pracę, ale po pracy nie zadzwoniła. Ja zadzwoniłem, pogadaliśmy chwilę jak kolega z koleżanką. Po czym skończyła udając, że ma słabą baterię. Nawet na SMSy nie odpisuje.
Walczę o nią. Staram się pisać miłe SMSy. Dzwonić jak dawniej. Ona cały czas jest zimna. Nie okazuje uczuć. Nie zależy jej na mnie ani na naszym związku. To dla mnie horror.
Jakieś rady?
(oboje pracujemy 7 dni w tygodniu oddaleni od siebie 80 km)