Witam,
Jestem 26-letnią wykształconą kobietą, pracującą w odpowiedzialnym zawodzie i wydawałoby się, że sama powinnam wiedzieć jak w życiu postępować i jakie decyzje podejmować. Nic bardziej mylnego, nie potrafię bowiem racjonalnie spojrzeć na własną sytuację osobistą.
Od ponad roku jestem z mężczyzną, którego kocham niewyobrażalnie. Jestem zaręczona, mieszkam z nim i prowadzę wspólne gospodarstwo domowe. Do tej pory byłam pewna, że jest on "mężczyzną mojego życia" i jedynym moim problemem było planowanie ślubu i naszego przyszłego wspólnego życia. Niestety w chwili obecnej zdecydowałam się na odłożenie organizacji ślubu na bliżej nieokreśloną przyszłość, gdyż mam wątpliwości czy w ogóle powinniśmy razem być.
Mój narzeczony jest rozwodnikiem (rozwód uzyskał dobrze ponad 4 lata temu), jednak zamieszkiwał z byłą już żoną, jeszcze kolejne dwa lata. Gdy definitywnie zakończyli związek i został sam, poznał mnie, zakochał się i zdecydował na nowy związek.
Ze swojego małżeństwa z A. posiada 12-letniego syna, o czym wiedziałam od początku i w niczym mi to nie przeszkadzało (zresztą całą pokręconą historię jego małżeństwa usłyszałam na "pierwszej randce" i wszystkie fakty ze spokojem przyjęłam do wiadomości). Problem jest w tym, że była żona nie może pogodzić się z tym, że M. postanowił ułożyć sobie życie na nowo (przez pierwsze pół roku nękała mnie i jego telefonami, sms-ami, mailami, przyjeżdżała do miejsca pracy M. żeby "porozmawiać", oczerniała mnie przed sąsiadami i znajomymi M., istny cyrk na kółkach, łącznie z szantażami związanymi z dzieckiem). Przetrwaliśmy ten ciężki czas, jednak we mnie coś "pękło".
Zaczęło się od tego, że zaczęły mnie męczyć wizyty jego syna, który przebywa każdy weekend u nas. Żeby jeszcze był on normalnym dzieckiem, to nie byłoby problemu, jednak tak niegrzecznego, źle wychowanego bandyty wręcz, nie spotkałam na swojej drodze (nawet zawodowej- jestem przecież kuratorem). Dziecko ma 12 lat i kradnie, zachowuje się skandalicznie, miał już sprawy w sądzie rodzinnym za nękanie innych dzieci w szkole. Każda jego wizyta u nas w domu to stres dla mnie, bo wiem że skończy to się ogromną awanturą, płaczem i wyzwiskami. Ja nie mam już siły, jestem naprawdę wykończona (do tego stopnia, że leczę się na neuropatię i nerwicę, co zdiagnozowano u mnie lata temu, jednak teraz objawy chorób bardzo się nasiliły). Nie wiem co mam robić. Nie wolno mi się odezwać, bo wszystko co mówię zostanie odebrane jako atak, a mamusia synusia będzie przez kolejny tydzień wypominać, że K. nie jest moim dzieckiem i nie mam prawa wtrącać się w jego wychowanie. Mój M. też niestety nie jest bez winy, gdyż kocha syna "głupią" miłością i przede wszystkim ma na celu "wynagrodzenie mu rozwodu rodziców". Wszystko K. się wybacza, "trzeba go zrozumieć bo ma ciężką sytuację rodzinną". W weekendy jestem chora, boli mnie brzuch i odliczam godziny do 20.00, kiedy wreszcie jedzie do matki.
Wszyscy powtarzają mi, że to ja muszę się dostosować bo dziecko nie zniknie, to ja muszę "kapitulować" i pomagać M. bo na taki związek się zdecydowałam. I ja wiedziałam co robię, gdy wiązałam się z M. Przez pierwsze 8 miesięcy stawałam na rzęsach, żeby dzieciakowi było u nas dobrze, ale on ma wszystko w nosie. Na dodatek jego matka średnio się nim interesuje, ciągle podrzuca go nam, nie pomaga w nauce, właściwie w niczym. On ma 12 lat a nigdy nie jechał autobusem!!! Jest ograniczony, nieobyty, niewychowany i ma ogromne kłopoty w nauce. Zaproponowałam terapię psychologiczną dla niego, to mamusia stwierdziła, że chcę z niego zrobić wariata (M. nie miał nic przeciwko). Zaproponowałam im jako rodzinie (choć wiele bym dała, żeby M. nie kontaktował się z A. bo w mojej ocenie jest ona toksyczną babą) terapię, żeby popracowali nad wzajemnymi relacjami- też nie. Ja już naprawdę nie wiem co mam robić. Czuję, że nie jestem w związku z M. tylko na dokładkę jeszcze z A. i synusiem o roszczeniowej postawie. Mam dość codziennego wałkowania tematu "rodziny M." i ich wiecznych problemów, mam dość dowiadywania się jak uratować dupę K. po kolejnym wyskoku. Chciałabym żyć swoim życiem, sama chcę mieć dziecko i szczęśliwą rodzinę ale nie wiem co mam robić. Uciekać czy trwać w tym g****e dalej?
Dodam, że M. nie za bardzo potrafi się określić i nie wie jak postępować w tej sytuacji. Jedna koleżanka powiedziała mi,że za kilka lat K. będzie dorosły i nie będzie potrzebował już ojca tak jak teraz, ale jak widzę jak bardzo jest nieudolny to wiem,że będzie na plecach taty tkwił jak stary strup. Na dodatek mamusia w tle, która na siłę chce kontaktować się z byłym mężem. Mam 26 lat, narzeczony jest 10 lat starszy- kto tu powinien być bardziej dojrzały?
Proszę kobiety, które obiektywnie spojrzycie na tę historię, powiedzcie mi co ja mam robić? Odejść i pocierpieć, czy męczyć się?
A może ja coś robię źle, może jest sposób na naprawę tej sytuacji?
Proszę o radę
Błagam wręcz