Dwa tygodnie temu urodziłam drugą córeczkę. Pierwsza ma 3 lata. Mój mąż jest ode mnie starszy i ma z poprzedniego związku 12letnią córkę. Od 1,5 roku jego córka mieszka z nami. Jej matka miała problem alkoholowy, przeszła terapię i "buduje swoje życie na nowo".
Te 1,5 roku nie były łatwe. Trudno mi było odnaleźć się w nowej roli macochy na pełny etat, ale było znośnie. Sytuacja się zmieniła gdy zaszłam w ciąże i ciąża zaczęła być widoczna. Usłyszałam wtedy od niej, że ona nigdy tego dziecka nie zaakceptuje i że chciałaby żeby się mu coś stało i nie wróciło ze szpitala żeby nie musiała go oglądać. Zabolało, ale teraz wiem, że kiedy jest się w ciąży pewne rzeczy nie trafiają tak mocno jak wtedy gdy dziecko już jest na świecie. Dwa tygodnie przed porodem wyjechała na obóz. Poczułam ulgę, wstyd się przyznać, ale cieszyłam się, że jej nie ma. Gdy wróciła, następnego dnia, zaczęłam rodzić. Oczywiście nie przyjechała do szpitala, pojechała do matki. Wróciłyśmy ze szpitala, a ona została u swojej mamy jeszcze dwa tygodnie. Ten czas kiedy byliśmy sami, tzn. ja, mój mąż i nasze dwie córki, był najwspanialszym czasem w ciągu tego ostatniego 1,5 roku. Wróciła w piątek. Od tego momentu wszystko się powaliło. Nie zareagowała w żaden sposób na malutką. Trafiło to we mnie ogromnie, nie spodziewałam się że może aż tak mocno. Poczułam, że straciłam serce do tego dziecka, do bycia macochą. Zaczęłam wszystko analizować i doszłam do tego, że to jak teraz żyjemy wcale mi nie odpowiada, że ja nie chcę tworzyć rodziny z nią. Rozmawiałam z moim mężem o tym, ale on uważa że to moja wina, że tak jest, że to jest tylko dziecko i należy mu wybaczać więcej. Ale problem w tym, że ja nie umiem. Prawdę mówiąc, ona mogłaby być spokojnie znowu z matką, ponieważ pomoglibyśmy jej finansowo, tak żeby jej niczego nie zabrakło. Co więcej, ona chce być ze swoją mamą, ale zarówno mojemu mężowi jak i jej matce wydaje się, że u nas jej będzie lepiej, bo tu są pieniądze,a ja jestem w domu więc jej dopilnuje. Tylko, że ja tego nie chcę. Zaczynam odczuwać względem niej wrogość. Boję się, że stanę się potworem, macochą z Kopciuszka, a ja tego nie chcę. Ale tez nie mam już siły rozmawiać z moim mężem, ponieważ każda taka rozmowa kończy się awanturą, płaczem, a teraz taki stres jest dla mnie i dla maleństwa nie wskazany. Wiem, że w takim składzie nie wytrzymam długo, ale kocham mojego męża bardzo mocno, tylko nie wiem ile jeszcze będę mogła dla niego wytrzymać bo rozumiem, że to jego dziecko. Dlatego zastanawiam się czy nie lepiej by było odejść?! Jestem na tyle samodzielna, że mogę utrzymać siebie i dziewczynki. Tą "ucieczką" chcę się uratować, zanim się wypalę, zanim w środku wszystko pęknie. Tylko jak odejść od człowieka, którego się kocha, jak odebrać dzieciom ojca i żyć samotnie wiedząc, że jest ktoś kogo kochasz i kto kocha ciebie ?! A z drugiej strony jak żyć wbrew sobie, jak funkcjonować w domu, z którego przy każdej okazji chcesz wychodzić, jak długo godzić się na zagryzanie zębów, na ile pozwolić komuś decydować o moim życiu?! Kiepsko .....
Podobne tematy
To jest ciężka sytuacja, bo ta dziewczyna prawdopodobnie czuje do Ciebie wrogość. Z drugiej strony nie możesz odmówić ojcu kontaktu z dzieckiem. Czy powiedziałaś mężowi dokładnie co ona mówiła (tzn, ze życzy waszemu dziecku śmierci)? To nie są normalne słowa nawet jak na tego typu relację, chyba, że padły podczas jakiejś ciężkiej kłótni.
12 - latce ciężko zaakceptować nowe rodzeństwo. Jest po prostu zazdrosna o swojego tatę, dochodzi wczesny okres buntu i negacji.
Nie znam się na dzieciach - bo ich nie mam, ale wydaje mi się, że z jej strony to jest zazdrość o Twoją córeczkę. Poza tym może czuje się odepchnięta bo Ty już masz dwie córki z mężem - JEJ OJCEM - a ona jest z " poprzedniego " małżeństwa.
Może spróbuj ją włączać do opieki nad małą, zabierz ją gdzieś na zakupy, nawiąż kontakt i postaraj się zaangażować w jej życie.
To jest ciężka sytuacja, bo ta dziewczyna prawdopodobnie czuje do Ciebie wrogość. Z drugiej strony nie możesz odmówić ojcu kontaktu z dzieckiem. Czy powiedziałaś mężowi dokładnie co ona mówiła (tzn, ze życzy waszemu dziecku śmierci)? To nie są normalne słowa nawet jak na tego typu relację, chyba, że padły podczas jakiejś ciężkiej kłótni.
Ta dziewczyna czuje wrogość do ojca bo jak sama mi kiedyś powiedziała "tata to kretyn i idiota" ponieważ nie jest taki "rozrywkowy" jak inni tatusiowie którzy zabierają dzieci do mc Donalda itp. w tym czasie kiedy ona jest z nami, to ja właściwie "robiłam za ojca i matkę". Powiedziałam to mojemu mężowi, ale tak jak już pisałam, on twierdzi że to jest tylko dziecko i należy mu wybaczać i więcej się wymaga od dorosłych (czytaj: mnie). I ja to też rozumiałam, ale teraz obudził się we mnie bunt, że przecież ja nie muszę się na to godzić. Nie muszę i już nie chcę. Nie potrafię normalnie na to dziecko patrzeć, normalnie rozmawiać i zachowywać pozory normalności tak jak robiłam to do tej pory i tak jak wymaga tego ode mnie mój mąż. Kiedy czytam książkę na ogrodzie i ona przychodzi ja czuję potrzebę wyjścia bo nie daję rady nawet siedzieć. Tak jak wczoraj, zabrałam wózek i poszłam na spacer. To nie jest normalne że chcę uciekać z miejsca, który ma być moim domem i moich dzieci.
Dziewczyna jest wyraźnie zazdrosna o swego ojca. Czuje do Ciebie i do nowego rodzeństwa wrogość, bo odebrałaś jej ojca i jego miłość. Ja bym to nagrywała na dyktafon co ona ci mówi i pokazała to mężowi. Jak dalej nie zareaguje to niestety ale bym odeszła na Twoim miejscu bo nie wiadomo co może jej strzelić do głowy...
6 2013-08-06 13:49:14 Ostatnio edytowany przez AdrianDąbrowski (2013-08-06 13:49:25)
W tym wieku to normalne, dziewczyna jest zazdrosna ale to da się odbudować, mojej znajomej udało się odbudować zaufani ale to jest bardzo trudne.
A dlaczego mąż odszedł od poprzedniej żony bo to może mieć kluczowe znaczenie?
Różnica wieku między moimi dziećmi jest duża 9 lat. Moja córka bardzo chciała rodzeństwo, jednak kiedy wróciliśmy ze szpitala nie było łatwo. Ni stąd ni z owąd pojawiła się w niej zazdrość. Wiadomo małe dziecko potrzebuje więcej zaintersowania.
Ja swoją córkę zachęcałam do opieki, pod kontrolą oczywiście, chciałam żeby poczuła se ważna i potrzebna.
Miłe było kiedy po pół roku od narodzin brata wychodząc do szkoły powiedziała - tylko go dobrze pilnuj.
Wiem, że to nie Twoje biologiczne dziecko, więc może być trudno, ale może wspólnie z mężem porozmaiajcie z jego córką, przekonajcie że to również jej dom i że chcecie żeby wszyskim mieszkało se w nim miło.
Przeciez wiedzialas ze ma dziecko z poprzedniego zwiazku, to myslalas ze nie bedzie chcial aby bylo czescia rodziny?
Ja uważam, że twój mąż powinien dostać jakąś terapię szokową. Z tego co widzę, to nie przejmuje się całą sytuacją, jak i swoją córką.. Zamiast od razu odchodzić, daj mu wyraźnie do zrozumienia, że jak nie pokaże w domu że jest mężczyzną i nie za dla o swoją rodzinę to zaraz może się rozlecieć. Stanowczo ale spokojnie, bez emocji.
noo... ciezka decyzja przed toba . Ta sytuacja jest troche chora ale ta 12 letnia dziewczyna moze boi sie ze nie bedzie wazna... ma wiek buntowniczy przejdzie jej . miech jej ojciec duzo z nia rozmawia pokaz ze jak o macocha tez ja kochasz co najwazniejsze nie zabieraj dzieciom ojca to najgorsze co moze byc ...
Ta dziewczyna czuje wrogość do ojca bo jak sama mi kiedyś powiedziała "tata to kretyn i idiota" ponieważ nie jest taki "rozrywkowy" jak inni tatusiowie którzy zabierają dzieci do mc Donalda itp.
To nie wrogość, to niechęć. Wrogość to relacja zwrotna, a Tata nie odwzajemnia jej niechęci. W tej opinii jest chęć umniejszania Ojca.
Nattt, trzeba to napisać wprost: ani Ty nie dojrzałaś do bycia z Nią, ani Ona z Twoją młodszą Córką. I tu widzę największy problem. Zamiast odejścia można w tej sytuacji poszukać innych rozwiązań.
Siłą jest Twoje uczucie do Męża. Słabością jest Twoja niechęć do pasierbicy. Skoro Ona woli być z Matką, to może pójść za tym pragnieniem i pozwolić Jej to zrealizować. Ale nie naciskaj Męża, pozwól Mu wyjaśnić, czemu chce, aby została, skoro Ona sama nie chce? Bez awantury, na spokojnie.
Ważne, w jaki sposób się komunikujecie. Czy macie zwyczaj wspólnie siadać do rozmów w wygodnych fotelach (lepiej niż przy stole, bo stół dzieli na wysokości serca). A jak nie umiecie, to skorzystajcie z pomocy psychologa.
Problemy są jak ból. Dają znać o tym, co chore. Jak się ból lekceważy, to się opóźnia leczenie.
nattt napisał/a:Ta dziewczyna czuje wrogość do ojca bo jak sama mi kiedyś powiedziała "tata to kretyn i idiota" ponieważ nie jest taki "rozrywkowy" jak inni tatusiowie którzy zabierają dzieci do mc Donalda itp.
To nie wrogość, to niechęć. Wrogość to relacja zwrotna, a Tata nie odwzajemnia jej niechęci. W tej opinii jest chęć umniejszania Ojca.
Nattt, trzeba to napisać wprost: ani Ty nie dojrzałaś do bycia z Nią, ani Ona z Twoją młodszą Córką. I tu widzę największy problem. Zamiast odejścia można w tej sytuacji poszukać innych rozwiązań.
Siłą jest Twoje uczucie do Męża. Słabością jest Twoja niechęć do pasierbicy. Skoro Ona woli być z Matką, to może pójść za tym pragnieniem i pozwolić Jej to zrealizować. Ale nie naciskaj Męża, pozwól Mu wyjaśnić, czemu chce, aby została, skoro Ona sama nie chce? Bez awantury, na spokojnie.
Ważne, w jaki sposób się komunikujecie. Czy macie zwyczaj wspólnie siadać do rozmów w wygodnych fotelach (lepiej niż przy stole, bo stół dzieli na wysokości serca). A jak nie umiecie, to skorzystajcie z pomocy psychologa.
Problemy są jak ból. Dają znać o tym, co chore. Jak się ból lekceważy, to się opóźnia leczenie.
Masz rację, nie dojrzeliśmy wszyscy do tej sytuacji. Ja się boję że nigdy do tego nie dojrzeje. Ten problem z moją córeczką to była kropla, która już przepełniła mój kielich cierpliwości i życzliwości dla całej tej sytuacji. Tego argumentu że mała chce wrócić do matki używałam już wiele razy, ale to nie trafia. W ogóle mam wrażenie jakbym ostatnio tylko waliła głową w mur rozmawiając z nim o tej sytuacji. Każda rozmowa kończy się kłótnią, awanturą, płaczem.
Myślałam o psychologu bo już chyba nic innego nam nie pozostaje. Ja się boję zaczynać ten temat, ale w środku aż się we mnie gotuje. To się przekłada na wszystko i wszystkich. A ja nie chcę temu dziecku zrobić krzywdy, chcę tylko żeby to wszystko było poukładane, bo czuję że za jakiś czas wszyscy będziemy sobie skakać do oczu. Dlatego też myślę o odejściu bo cały czas mam w głowie myśli typu po cholerę mi to wszystko, przecież ja mogę sobie jeszcze ułożyć życie?!
Tego argumentu że mała chce wrócić do matki używałam już wiele razy, ale to nie trafia. W ogóle mam wrażenie jakbym ostatnio tylko waliła głową w mur rozmawiając z nim o tej sytuacji. Każda rozmowa kończy się kłótnią, awanturą, płaczem.
Myślałam o psychologu bo już chyba nic innego nam nie pozostaje. Ja się boję zaczynać ten temat, ale w środku aż się we mnie gotuje. To się przekłada na wszystko i wszystkich. A ja nie chcę temu dziecku zrobić krzywdy, chcę tylko żeby to wszystko było poukładane, bo czuję że za jakiś czas wszyscy będziemy sobie skakać do oczu. Dlatego też myślę o odejściu bo cały czas mam w głowie myśli typu po cholerę mi to wszystko, przecież ja mogę sobie jeszcze ułożyć życie?!
Argument poparty "kłótnią, awanturą, płaczem" przestaje by argumentem, a zaczyna być szantażem.
Mężczyzna ma taki moduł, że na szantaż emocjonalny reaguje niewrażliwością.
Drzwi serca otwierają się na zewnątrz. Jak naciskasz, to zamykasz. W dodatku chyba domykasz je głową, więc i nic dziwnego, że głowa Cię pewnie od myślenia o tym boli.
Domagasz się od Męża, żeby Cię wysłuchał, ale czy dajesz Mu dobry przykład? Czy Ty Go słuchasz?
Jak się w Tobie gotuje, to będziesz ugotowana. A teraz wyobraź sobie, że w ten sam sposób domagasz się czegoś od sprzedawcy w sklepie. On mówi, że chwilowo nie ma jakiegoś towaru, a Ty mu robisz awanturę, kłócisz się i płaczesz. Co byś sobie pomyślała, jakbyś kogoś takiego widziała w sklepie? Albo składasz podanie o pracę do pracodawcy i zamiast rozmawiać, robisz awanturę, naciskasz, że to powinno być załatwione pozytywnie, płaczesz. Jakie by to dało wyniki? Polepsza sytuację, czy pogorszy?
To może skup się na sobie i najpierw się uspokój. Przestań bi głową w mur. Głowa przestanie boleć. Mąż będzie miał czas wreszcie pomyśleć. Najlepiej zostaw Mu tę sprawę. Powiedz:
- Kochanie, wiem, że coś z tym zrobisz. Nie ułatwiałam Ci decyzji do tej pory. Pewnie wiesz: poród, hormony. Jesteś mądrych człowiekiem. Ufam, że zrobisz coś, co zmieni tę sytuację.
Za jakiś czas będzie tak, jak zechcesz i jak zrobisz. To, jak teraz reagujesz nie jest bez znaczenia na to, co będzie za jakiś czas, ale coś mi się wydaje, że nie pomagasz w układaniu tej całej sprawy, a próbujesz forsować swoją wersję poukładania.
Możesz odejść, ale wtedy to "ta mała" dopnie swego. Nie dość, że osiągnie cel, to jeszcze rozwali Wam małżeństwo. A Ty Jej w tym pomożesz. Skoro chcesz, nie można CI odmówić do tego prawa.
Pewnie nie jest Ci łatwo żyć w takiej sytuacji . Ale wydaje mi się że tej 12-latce też nie jest łatwo . Przecież to nowo narodzone dziecko jest dzieckiem twoim i jej ojca (którego jak mówisz ta dziewczyna też nie akceptuje). Więc pewnie jest zagubiona z tym wszystkim . Próbowałaś dać jej kiedykolwiek choć trochę miłości ? Ciągłe podkreślanie że ona nie jest twoją córką a tamte dziewczynki są też nie jest dobre . Wtedy ta dziewczyna zacznie jeszcze bardziej nie nienawidzić twoje córeczki . A jak ta 12-latka reaguje na starszą z twoich córek ?
Pewnie nie jest Ci łatwo żyć w takiej sytuacji . Ale wydaje mi się że tej 12-latce też nie jest łatwo . Przecież to nowo narodzone dziecko jest dzieckiem twoim i jej ojca (którego jak mówisz ta dziewczyna też nie akceptuje). Więc pewnie jest zagubiona z tym wszystkim . Próbowałaś dać jej kiedykolwiek choć trochę miłości ? Ciągłe podkreślanie że ona nie jest twoją córką a tamte dziewczynki są też nie jest dobre . Wtedy ta dziewczyna zacznie jeszcze bardziej nie nienawidzić twoje córeczki . A jak ta 12-latka reaguje na starszą z twoich córek ?
Nie jest mi łatwo, jest mi cholernie trudno i było w sumie od początku, ale jakoś dawałam radę, starałam się z nią rozmawiać, dużo jej też tłumaczyłam przed narodzinami dziecka. Czy dawałam jej miłość, myślę, że tego tak nie można nazwać, dawałam jej akceptację i to że zawsze mogła przyjść do mnie i pogadać. Moją starszą córkę uwielbia, jest kompletnie zwariowana na jej punkcie, ale teraz moja Pola bardziej skłania się ku maleństwu. Chcę ją całować, przytulać, spać z nią i odstawiła Młodą na boczny tor. Coraz częściej i intensywniej myślę o odejściu. Ja nie chcę z nikim prowadzić wojny, na zasadzie "kogo wybierze tatuś". Nie chcę też wciągać się w jakieś gierki 12-latki. Chcę spokoju dla siebie i swoich dziewczynek. Przy okazji tego problemu, zaczęłam też dostrzegać inne rzeczy, które nie funkcjonują w naszym małżeństwie. Czasem trzeba zacząć wszystko od początku .....
Możesz odejść, ale wtedy to "ta mała" dopnie swego. Nie dość, że osiągnie cel, to jeszcze rozwali Wam małżeństwo. A Ty Jej w tym pomożesz. Skoro chcesz, nie można CI odmówić do tego prawa.
Zastosowałam się do Twoich rad, uspokoiłam się, usiedliśmy na ogrodzie i rozmawialiśmy, spokojnie, przynajmniej na początku i znowu nic. Zaproponował mi terapię małżeńską, żebyśmy mogli to sobie poukładać. Tylko on to chce poukładać po swojemu, tzn. psycholog ma mnie przekonać do jego zdania. Przy okazji tego wszystkiego zaczęłam też dostrzegać inne rzeczy, które mi nie pasują, które chciałabym zmienić. Ale sama już nie wiem czy to ma sens. Co do tego zdania, które zacytowałam to ja nie chcę walczyć, nie obchodzi mnie czy mała dopnie swego, czy się będzie cieszyć, ja chcę tylko spokoju i normalnego domu dla siebie i swoich dziewczynek. A teraz żyje w miejscu z którego jak tylko mogę to uciekam. Dziewczyny zaczęły czuć że coś jest nie tak jak powinno. Zwłaszcza starsza. I zastanawiam się jaki to ma sens, przecież ja sobie mogę jeszcze ułożyć życie, nawet z dwójką dzieci.
17 2013-08-08 11:57:48 Ostatnio edytowany przez Animus (2013-08-08 12:59:16)
Zastosowałam się do Twoich rad, uspokoiłam się, usiedliśmy na ogrodzie i rozmawialiśmy, spokojnie, przynajmniej na początku i znowu nic. Zaproponował mi terapię małżeńską, żebyśmy mogli to sobie poukładać. Tylko on to chce poukładać po swojemu, tzn. psycholog ma mnie przekonać do jego zdania. Przy okazji tego wszystkiego zaczęłam też dostrzegać inne rzeczy, które mi nie pasują, które chciałabym zmienić. Ale sama już nie wiem czy to ma sens. Co do tego zdania, które zacytowałam to ja nie chcę walczyć, nie obchodzi mnie czy mała dopnie swego, czy się będzie cieszyć, ja chcę tylko spokoju i normalnego domu dla siebie i swoich dziewczynek. A teraz żyje w miejscu z którego jak tylko mogę to uciekam. Dziewczyny zaczęły czuć że coś jest nie tak jak powinno. Zwłaszcza starsza. I zastanawiam się jaki to ma sens, przecież ja sobie mogę jeszcze ułożyć życie, nawet z dwójką dzieci.
Ja nie jestem radcą. Analizuję i czasami mam propozycję rozwiązań, które zawsze są heurystyczne. Rada ma znamiona algorytmu "zrób tak i będzie na pewno dobrze". Algorytmy są dobre przy naprawie zamka w drzwiach, ale są nieskuteczne w sprawach relacji.
Jak to nic, skoro masz konkretną propozycję terapii małżeńskiej, a ta może zaczynać się od rozmowy z Tobą, ale na tym się nie skończy. To mylne wyobrażenie o roli psychologa.
Sens to można widzieć o zachodzie dnia, ale nie o świcie. A Ty chyba nawet obudziłaś się przed świtem i próbujesz przewidzieć sens nadchodzącego dnia i ocenić go, zanim go przeżyjesz. Nazywam to postawą aprioryczną.
A dalej to masz sprzeczność: chcesz normalnego domu, a zamierzasz swoim Córkom zafundować brak domu i brak Ojca. A przecież :"dom to nie tapety, nie meble, nie kąt z żyrandolem, obrazem, dom to tam, gdzie ludzie są razem".
Już masz pierwsze oznaki wzbudzania niepokoju w starszej Córce. Chcesz się dowiedzieć o ciągu dalszym, poczytaj o nerwicach u dzieci po rozwodach rodziców. Może przy okazji zrozumiesz reakcje pasierbicy.
Możesz sobie ułożyć życie, ale możliwość nie zakłada sukcesu. Czyż obecna relacja, której owocem są Twoje dwie Córki nie miała takiej możliwości. I co się z Nią stało? To być może czas zobaczyć Twoją rolę w zaprzepaszczaniu możliwości ułożenia sobie życia. Spróbuj terapii, może coś więcej się dowiesz na temat siebie, Twojego systemu wartości, sposobu reakcji, przeżywania, roli emocji, sposobu komunikowania się z partnerem.
Na razie to jesteś najsłabszym ogniwem tego łańcucha, słabszym niż 12-latka, bo Ona nie ma jeszcze takich możliwości destrukcji.
A jak ta 12-latka reaguje na starszą z twoich córek ?
Aga04, bingo.
No to mamy uzupełnienie obrazu.
Twoja młodsza córka zabrała jej siostrę i odstawiła na boczny tor. Czuje się pominięta i pewnie wyalienowała. Nie jest na tyle dojrzała, aby zrozumieć tę sytuację. Ale tu nie bardzo może liczyć na Nattt, bo Nattt też nie radzi sobie ze swoimi emocjami.
No to mamy aż dwie Osoby w potrzasku emocjonalnym i jeszcze trzy potencjalne ofiary tych negatywnych emocji. Obraz spustoszenia w perspektywie.
Nattt, oto Twoja reakcja w sytuacji trudnej - ucieczka. Widzisz tylko to jedno rozwiązanie. Decyzja podejmowana na emocjach jest podobna do kupowania pięknego futra w środku lata, na wysoko oprocentowane raty bankowe w dzień przed zwolnieniem z pracy.
Jesteś jedynaczką, że jesteś taka skoncentrowana na sobie?
Aga04 napisał/a:Pewnie nie jest Ci łatwo żyć w takiej sytuacji . Ale wydaje mi się że tej 12-latce też nie jest łatwo . Przecież to nowo narodzone dziecko jest dzieckiem twoim i jej ojca (którego jak mówisz ta dziewczyna też nie akceptuje). Więc pewnie jest zagubiona z tym wszystkim . Próbowałaś dać jej kiedykolwiek choć trochę miłości ? Ciągłe podkreślanie że ona nie jest twoją córką a tamte dziewczynki są też nie jest dobre . Wtedy ta dziewczyna zacznie jeszcze bardziej nie nienawidzić twoje córeczki . A jak ta 12-latka reaguje na starszą z twoich córek ?
Nie jest mi łatwo, jest mi cholernie trudno i było w sumie od początku, ale jakoś dawałam radę, starałam się z nią rozmawiać, dużo jej też tłumaczyłam przed narodzinami dziecka. Czy dawałam jej miłość, myślę, że tego tak nie można nazwać, dawałam jej akceptację i to że zawsze mogła przyjść do mnie i pogadać. Moją starszą córkę uwielbia, jest kompletnie zwariowana na jej punkcie, ale teraz moja Pola bardziej skłania się ku maleństwu. Chcę ją całować, przytulać, spać z nią i odstawiła Młodą na boczny tor. Coraz częściej i intensywniej myślę o odejściu. Ja nie chcę z nikim prowadzić wojny, na zasadzie "kogo wybierze tatuś". Nie chcę też wciągać się w jakieś gierki 12-latki. Chcę spokoju dla siebie i swoich dziewczynek. Przy okazji tego problemu, zaczęłam też dostrzegać inne rzeczy, które nie funkcjonują w naszym małżeństwie. Czasem trzeba zacząć wszystko od początku .....
Rozumiem i myślę że najlepszym wyjściem będzie rozmowa w cztery oczy z tą 12-latką..
19 2013-08-08 12:15:17 Ostatnio edytowany przez Animus (2013-08-08 12:15:54)
nattt napisał/a:Aga04 napisał/a:Pewnie nie jest Ci łatwo żyć w takiej sytuacji . Ale wydaje mi się że tej 12-latce też nie jest łatwo . Przecież to nowo narodzone dziecko jest dzieckiem twoim i jej ojca (którego jak mówisz ta dziewczyna też nie akceptuje). Więc pewnie jest zagubiona z tym wszystkim . Próbowałaś dać jej kiedykolwiek choć trochę miłości ? Ciągłe podkreślanie że ona nie jest twoją córką a tamte dziewczynki są też nie jest dobre . Wtedy ta dziewczyna zacznie jeszcze bardziej nie nienawidzić twoje córeczki . A jak ta 12-latka reaguje na starszą z twoich córek ?
Nie jest mi łatwo, jest mi cholernie trudno i było w sumie od początku, ale jakoś dawałam radę, starałam się z nią rozmawiać, dużo jej też tłumaczyłam przed narodzinami dziecka. Czy dawałam jej miłość, myślę, że tego tak nie można nazwać, dawałam jej akceptację i to że zawsze mogła przyjść do mnie i pogadać. Moją starszą córkę uwielbia, jest kompletnie zwariowana na jej punkcie, ale teraz moja Pola bardziej skłania się ku maleństwu. Chcę ją całować, przytulać, spać z nią i odstawiła Młodą na boczny tor. Coraz częściej i intensywniej myślę o odejściu. Ja nie chcę z nikim prowadzić wojny, na zasadzie "kogo wybierze tatuś". Nie chcę też wciągać się w jakieś gierki 12-latki. Chcę spokoju dla siebie i swoich dziewczynek. Przy okazji tego problemu, zaczęłam też dostrzegać inne rzeczy, które nie funkcjonują w naszym małżeństwie. Czasem trzeba zacząć wszystko od początku .....
Rozumiem i myślę że najlepszym wyjściem będzie rozmowa w cztery oczy z tą 12-latką..
W sześć. Rozmowa w cztery oczy to jest pominięcie Ojca.
Albo nawet w osiem. Podczas terapii rodzinnej.
Dwa tygodnie temu urodziłam drugą córeczkę. Pierwsza ma 3 lata. Mój mąż jest ode mnie starszy i ma z poprzedniego związku 12letnią córkę. Od 1,5 roku jego córka mieszka z nami. Jej matka miała problem alkoholowy, przeszła terapię i "buduje swoje życie na nowo".
Te 1,5 roku nie były łatwe. Trudno mi było odnaleźć się w nowej roli macochy na pełny etat, ale było znośnie. Sytuacja się zmieniła gdy zaszłam w ciąże i ciąża zaczęła być widoczna. Usłyszałam wtedy od niej, że ona nigdy tego dziecka nie zaakceptuje i że chciałaby żeby się mu coś stało i nie wróciło ze szpitala żeby nie musiała go oglądać. Zabolało, ale teraz wiem, że kiedy jest się w ciąży pewne rzeczy nie trafiają tak mocno jak wtedy gdy dziecko już jest na świecie. Dwa tygodnie przed porodem wyjechała na obóz. Poczułam ulgę, wstyd się przyznać, ale cieszyłam się, że jej nie ma. Gdy wróciła, następnego dnia, zaczęłam rodzić. Oczywiście nie przyjechała do szpitala, pojechała do matki. Wróciłyśmy ze szpitala, a ona została u swojej mamy jeszcze dwa tygodnie. Ten czas kiedy byliśmy sami, tzn. ja, mój mąż i nasze dwie córki, był najwspanialszym czasem w ciągu tego ostatniego 1,5 roku. Wróciła w piątek. Od tego momentu wszystko się powaliło. Nie zareagowała w żaden sposób na malutką. Trafiło to we mnie ogromnie, nie spodziewałam się że może aż tak mocno. Poczułam, że straciłam serce do tego dziecka, do bycia macochą. Zaczęłam wszystko analizować i doszłam do tego, że to jak teraz żyjemy wcale mi nie odpowiada, że ja nie chcę tworzyć rodziny z nią. Rozmawiałam z moim mężem o tym, ale on uważa że to moja wina, że tak jest, że to jest tylko dziecko i należy mu wybaczać więcej. Ale problem w tym, że ja nie umiem. Prawdę mówiąc, ona mogłaby być spokojnie znowu z matką, ponieważ pomoglibyśmy jej finansowo, tak żeby jej niczego nie zabrakło. Co więcej, ona chce być ze swoją mamą, ale zarówno mojemu mężowi jak i jej matce wydaje się, że u nas jej będzie lepiej, bo tu są pieniądze,a ja jestem w domu więc jej dopilnuje. Tylko, że ja tego nie chcę. Zaczynam odczuwać względem niej wrogość. Boję się, że stanę się potworem, macochą z Kopciuszka, a ja tego nie chcę. Ale tez nie mam już siły rozmawiać z moim mężem, ponieważ każda taka rozmowa kończy się awanturą, płaczem, a teraz taki stres jest dla mnie i dla maleństwa nie wskazany. Wiem, że w takim składzie nie wytrzymam długo, ale kocham mojego męża bardzo mocno, tylko nie wiem ile jeszcze będę mogła dla niego wytrzymać bo rozumiem, że to jego dziecko. Dlatego zastanawiam się czy nie lepiej by było odejść?! Jestem na tyle samodzielna, że mogę utrzymać siebie i dziewczynki. Tą "ucieczką" chcę się uratować, zanim się wypalę, zanim w środku wszystko pęknie. Tylko jak odejść od człowieka, którego się kocha, jak odebrać dzieciom ojca i żyć samotnie wiedząc, że jest ktoś kogo kochasz i kto kocha ciebie ?! A z drugiej strony jak żyć wbrew sobie, jak funkcjonować w domu, z którego przy każdej okazji chcesz wychodzić, jak długo godzić się na zagryzanie zębów, na ile pozwolić komuś decydować o moim życiu?! Kiepsko .....
Weszłaś w związek z facetem, który ma dziecko świadomie prawda? Pomyśl o tej dziewczynce, traci dom, rodzice się rozwodzą, matka pije i się leczy, ona musi mieszkać z wami, wy macie jeszcze wspólne dziecko, teraz pojawia się drugie.
Jak myślisz? Nie jest to za dużo dla 12letniej dziewczyny? Ona jest pogubiona, poraniona przez życie i bardzo trudno jej się w tym odnaleźć.
Kochasz swoje dzieci, więc zabolały cię jej słowa i zachowanie - rozumiem ale ty postaraj się na chwilę postawić na jej miejscu.
To tylko dziecko, czuje się nie chciana, przez matkę - bo rodzice doszli do wniosku, że lepiej jej będzie u was, ojciec zachwyca się pewnie maleństwem, gdzie w tym wszystkim miejsce dla niej?
Z jej punktu widzenia ty i twoje dzieci macie to czego ona nie ma a pewnie by chciała, tworzycie rodzinę. Czy kiedykolwiek któreś z was głębiej pomyślało o jej uczuciach? Czy próbowaliście jej pomóc poradzić sobie z emocjami? To naturalne, że nie pokocha nowego dziecka tak jak ty, nawet rodzeństwo rodzone, nie zawsze się cieszy na widok nowego malucha.
Jesteś odpowiedzialna za nią, ty jesteś dorosła masz nad nią przewagę, możesz decydować, możesz wszystko ona i jej zdanie się nie liczą, tak się czuje.
Zamiast śnić o tym jak znika, zacznij myśleć jak moglibyście jej pomóc. Przyznajesz sobie prawo do odczuwania negatywnych emocji a co z jej emocjami??
Kobieto albo jej pomożesz albo nafuczusz jak małolata,jako matka powinnaś mieć więcej empatii.
Jak tam sytuacja w domu ? Lepiej ?
Nattt, trudno mi zrozumieć, dlaczego córka Twojego męża jeszcze nie mieszka ze swoją matką (jeśli tylko jej stan pozwala na odpowiednie zajęcie się córką). Jeśli taką zmianę trudno przeprowadzić (aby mała zamieszkała z matką), to prawdopodobnie dlatego, że wszyscy zainteresowani musieliby włożyć w nią zbyt wiele wysiłku i nikomu to nie jest na rękę (prócz Ciebie, ale jesteś w mniejszości). Czy naprawdę mała tak się pali do zamieszkania z matką? Wątpię. W Twoim domu jest w centrum uwagi, jest elementem burzącym spokój, wszystko wbrew pozorom kręci się wokół niej, mam wrażenie. U matki czekałaby ją nuda i wytrącenie z roli pępka świata (w której to roli usiłuje utrzymać się za pomocą swojego zachowania). A czy jej matka również nie może doczekać się przejęcia opieki nad nią?
Rozwiązać tę sytuację, to niestety przede wszystkim zadanie dla Twojego męża, i to pilne... Powodzenia, trzymam kciuki.
Rozwiązać tę sytuację, to niestety przede wszystkim zadanie dla Twojego męża, i to pilne... Powodzenia, trzymam kciuki.
Problem nie jest w Mężu, ani w sytuacji, ale w tych Osobach, które tę sytuację tworzą i zasilają swoimi negatywnymi emocjami.
Jak nie będzie rozwiązany przez te Osoby, to zawsze będzie istniał.
A może ta cała sytuacja jest tylko pretekstem. Może to jest głębsze niż zachowanie Małolaty. Może Natt już się tą relacją zmęczyła i woli poszukac nowego sposobu na życie, a to Jej daje komfortowy motyw?
Jak tam sytuacja w domu ? Lepiej ?
Sytuacja w domu niby się zmieniła
otóż byliśmy na dwóch spotkaniach u psychologa, najpierw mój mąż sam, później razem. Wniosek z wizyty wysnuty przez panią psycholog był taki, że trzeba wybrać mniejsze zło dla wszystkich czyli mała wraca do matki. Oczywiście, gdy mój mąż to usłyszał to był wielki foch. Czyli moje przewidywania się spełniły, otóż mój mąż idąc do psychologa, oczekiwał że psycholog mnie zmieni i powie mi że to ja się powinnam leczyć. Po wizycie były zarzuty w moją stronę, że przeze mnie straci córkę itd. Przemyślałam sprawę i doszłam do wniosku, że spróbuję jeszcze ten rok wytrzymać, póki młoda nie skończy podstawówki, ponieważ zostały dwa tygodnie do końca wakacji i przenoszenie teraz tego wszystkiego byłoby koszmarem. Powiedziałam mu, że spróbuję zachowywać się w stosunku do niej neutralnie, że robię to dla niego i żeby miał pełną świadomość tego że ja nie będę szczęśliwa i daję tylko ten rok. Czyli to ja poszłam w tym sporze na kompromis, ale mimo wszystko zależy mi na tej rodzinie i nie chcę jej zabierać moim dzieciom i nie chcę stracić męża, którego kocham. To samo, też powiedziałam matce młodej i mamy się spotkać i rozmawiać co dalej, ponieważ dla niej moja deklaracja jest niewystarczająca. A zatem sytuacja nie jest jeszcze rozwiązana, ale wiem, że jeśli ona zostanie tutaj ten rok to będzie to dla mnie rok koszmaru, złości, bólu. Liczę na pomoc psychologa, żeby wskazał mi którą drogą iść żeby nie zwariować i przetrwać. Jeśli to przetrwam to już chyba mojego małżeństwa nic nie powali. Jest mi cholernie trudno uśmiechać się, kiedy nie mam na to ochoty, nawet odpowiadać na jej pytania, ale robię to dla moich dzieci, żeby nie odebrać im ojca, domu i pełnej rodziny. I jeśli nawet nie wyjdzie to wszystko, to chcę mieć poczucie że zrobiłam wszystko i starałam się.
wieanna napisał/a:Rozwiązać tę sytuację, to niestety przede wszystkim zadanie dla Twojego męża, i to pilne... Powodzenia, trzymam kciuki.
Problem nie jest w Mężu, ani w sytuacji, ale w tych Osobach, które tę sytuację tworzą i zasilają swoimi negatywnymi emocjami.
Jak nie będzie rozwiązany przez te Osoby, to zawsze będzie istniał.
A może ta cała sytuacja jest tylko pretekstem. Może to jest głębsze niż zachowanie Małolaty. Może Natt już się tą relacją zmęczyła i woli poszukac nowego sposobu na życie, a to Jej daje komfortowy motyw?
Widzę, że za daleko zabrnąłeś w swoich domysłach
nie będę ani Ciebie, ani nikogo przekonywać, że nie zmęczyłam się tą relacją, ponieważ dowodem na to jest chociażby to że jestem tu z tym problemem na forum
pozdrawiam
26 2013-08-18 22:05:02 Ostatnio edytowany przez Aga04 (2013-08-18 22:08:11)
Aga04 napisał/a:Jak tam sytuacja w domu ? Lepiej ?
Sytuacja w domu niby się zmieniła
otóż byliśmy na dwóch spotkaniach u psychologa, najpierw mój mąż sam, później razem. Wniosek z wizyty wysnuty przez panią psycholog był taki, że trzeba wybrać mniejsze zło dla wszystkich czyli mała wraca do matki. Oczywiście, gdy mój mąż to usłyszał to był wielki foch. Czyli moje przewidywania się spełniły, otóż mój mąż idąc do psychologa, oczekiwał że psycholog mnie zmieni i powie mi że to ja się powinnam leczyć. Po wizycie były zarzuty w moją stronę, że przeze mnie straci córkę itd. Przemyślałam sprawę i doszłam do wniosku, że spróbuję jeszcze ten rok wytrzymać, póki młoda nie skończy podstawówki, ponieważ zostały dwa tygodnie do końca wakacji i przenoszenie teraz tego wszystkiego byłoby koszmarem. Powiedziałam mu, że spróbuję zachowywać się w stosunku do niej neutralnie, że robię to dla niego i żeby miał pełną świadomość tego że ja nie będę szczęśliwa i daję tylko ten rok. Czyli to ja poszłam w tym sporze na kompromis, ale mimo wszystko zależy mi na tej rodzinie i nie chcę jej zabierać moim dzieciom i nie chcę stracić męża, którego kocham. To samo, też powiedziałam matce młodej i mamy się spotkać i rozmawiać co dalej, ponieważ dla niej moja deklaracja jest niewystarczająca. A zatem sytuacja nie jest jeszcze rozwiązana, ale wiem, że jeśli ona zostanie tutaj ten rok to będzie to dla mnie rok koszmaru, złości, bólu. Liczę na pomoc psychologa, żeby wskazał mi którą drogą iść żeby nie zwariować i przetrwać. Jeśli to przetrwam to już chyba mojego małżeństwa nic nie powali. Jest mi cholernie trudno uśmiechać się, kiedy nie mam na to ochoty, nawet odpowiadać na jej pytania, ale robię to dla moich dzieci, żeby nie odebrać im ojca, domu i pełnej rodziny. I jeśli nawet nie wyjdzie to wszystko, to chcę mieć poczucie że zrobiłam wszystko i starałam się.
To świetnie
Chociaż może nie do końca .. Porozmawiaj z tą małą i powiedz jej co mogłaby poprawić w swoim zachowaniu . Bo wydaje mi się że ona może zauważyć to że nie chce Ci się nawet jej odpowiadać itp. czyli że ją po prostu "olewasz" . Powiedz że dajesz jej ostatnią szansę i może jeszcze stworzycie rodzinę ? ![]()
Jak tak czytam Ciebie to przypomina mi sie jak mój trzyletni wtedy Adaś dosłownie szczypał Ewę ledwo narodzonego noworodka. Dal małej to trudna sytuacja bo nie dośc, że nie jest z mamą, to jeszcze jest dwoje małych dzieci, nie ma dla niej miejsca, tego emocjonalnego miejsca. Ona potrzebuje miłości zwyczajnie, nie wiem czy potrafiłabyś, ale mówić jej jak jest dla Ciebie ważna, jak Ci na niej zalezy... ja bym nie upominała a chwaliła za wszystko co jej sie uda i co bedzie miłe. Dzieci chwalone mają tendencje do powtarzania tego za co sa chwalone. A najlepiej byłoby pokochać, w końcu to córka Twojego Męza, kawałek tego mężczyzny, który jest dla Ciebie najważniejszy, jego krew... skoro "wzięłaś" to z całym dobrodziejstwem inwentarza ... dobrze byłoby znaleźć dla niej codziennie troszke czasu, najlepiej o stałej porze i konsekwentnie codziennie z nią rozmawiać o pierdołach, zadnych górnolotnych, o drobiazgach, może poruszy jakiś swój temat to pociagnąć, zainteresowac się Nią.