netkobietyWszystkie działy
Rozstanie, flirt, zdrada, rozwód

poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

94 odpowiedzi9 446 wyświetleńzałożony przez niewiem1104, 25.07.2013

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Strony 1 2 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 1 do 65 z 95 ]

1

Temat: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Witajcie,

Moje wątki przewijają się gdzieś tutaj, ale dzisiaj poczułam potrzebę napisania oddzielnego. To będzie długi post, ale będzie mi miło jak ktoś przeczyta i odpisze.Całość może wydać się chaotyczna ale postaram się ułożyć to wszystko w porządku chronologicznym. Dziwnie czuję się wylewając szczegóły swojego życia, ale podobno pomaga.

Jestem młodą osobą. Typem marzycielki i romantyczki. Zawsze miłość stawiałam na pierwszym miejscu, największy priorytet w życiu. Jeszcze jako nastolatka potrafiłam "kochać" się w jednym chłopcu latami, podczas gdy inni poznawali różnych ludzi i przeżywali swoje miłostki. Ja każdy etap edukacji poświęcałam jednej osobie : tj. gimnazjum - jeden chłopiec, liceum - jeden chłopiec. I to nie były związki. Spotykałam się z nimi, z mojej strony duże zaangażowanie ale coś dosyć szybko nie wychodziło.  W rezultacie w wieku 21 lat nie miałam za sobą doświadczeń związku, randek, znajomości i różnych przygód. Wychodziłam z tych nawet nie związków kilka lat - oni ciągle byli obecni w moim życiu, przez co nie mogłam znaleźć nikogo na ich miejsce - nikt nie pasował. W zasadzie cieszyłam się z tego, że nie skaczę z kwiatka na kwiatek, że jestem stała w uczuciach. Lubiłam to w sobie.

Później zaczęły się studia. Nie wyszłam jeszcze emocjonalnie z "licealnej miłości" ale stworzyłam sobie w głowie ideał mojej przyszłej miłości, osoby, którą poznam. Czekałam na to. Ale jednocześnie bałam się, bardzo się bałam. Nie wiedziałam czym jest tak naprawdę związek, nie wiedziałam czy się w tym odnajdę. Wszyscy mieli jakieś doświadczenia a ja przecież zawsze kochałam tych chłopców, z którymi po krótkim czasie coś nie wychodziło.Nie wiedziałam czy umiem stworzyć związek, a jako, że całe młodzieńcze życie byłam sama to nie wyobrażałam sobie siebie w związku. Jednocześnie tęskniłam za tym co mieli inni i za tym, czego w głębi serducha pragnęłam - tej miłości.
Całym sercem wierzyłam, że kogoś takiego poznam. No i poznałam. Znaliśmy się półtora roku, zanim zaczęliśmy się spotykać (w momencie poznania on był po rozstaniu a ja emocjonalnie w poprzednim "związku"). Spotykaliśmy się wśród moich nowo poznanych studyjnych znajomych. Jest to typ mężczyzny jak się zawsze śmiałam i go określałam- dr House. Sarkastyczny, cyniczny, racjonalny do szpiku kości, silny, taki, który nie rozumie, że emocje istnieją i moga kierować ludzkim życiem. Jednocześnie najbradziej inteligentną osobą jaką poznałam. Pewnie większość nie zrozumie, ale ja właśnie kogoś takiego potrzebowałam. Imponował mi, w dodatku był idelanym dopełnieniem mnie jako osoby wrażliwej (tak naprawdę nadwrażliwej) i tak emocjonalnej.
Jego koleżanka a moja przyjaciółka, która nas poznała prosiła, żebym uważała. Wiedziała, że możemy się sobie spodobać, ale znała go tyle lat i wiedziała, że dwie jego poprzednie dziewczyny bardzo cierpiały po rozstaniu. Uwielbiała tego człowieka, ale bała się, że i ja mogę zostać skrzywdzona.

Po półtora roku stało się. Zaczęliśmy się spotykać. Czułam się na miejscu, czułam, że to jest to.To jest właśnie ten ideał, który miałam stworzony w głowie!To bum , na które czekałam. Wszystko co z nim przeżywałam było pierwszym razem. Bliskość zarówno ta seksualna jak i psychiczna. Stał się bardzo bliskim mi człowiekiem, dawał mi bardzo dużo szczęścia. Uczył mnie wszystkiego, bycia w związku, budowania zaufania, odkrywał mój pancerzyk niedostepności.Zaczęły spełniać się moje pragnienia, marzenia. Byłam najszcześliwszą osobą na świecie. Dostawałam to czego chciałam - kochałam i byłam kochana. Jakie to było piękne uczucie. Teraz pewnie powiecie, że byłam naiwna, może, ale byłam też szczesliwa. Znałam jego przeszłośc, znałam te dwie poprzednie dziewczyny, które zanim byliśmy razem tak bardzo mi przez niego płakałay w rękaw. Pamiętam ten ich ból, którego nie rozumiałam. Wtedy jeszcze nie wiedziałam co w nim takiego jest.Takie wtrącenie: Na chwilę obecną obie dziewczyny

Po kilku miesiącach naszego związku okazało się, że jedną z nich spał dwa dni przed naszą pierwszą randką. Nigdy nie byli razem, ona szaleńczo kochała a on...teraz wiem - wykorzystał. Ale wtedy byłam tak egoistyczna, że nie myślałam o jej uczuciach, nawet nie był moją bliską koleżanką. Nie pomyślałam tez o sobie, o tym co to wszystko może oznaczać w przyszłości. Po kolejnych miesiącach (pół roku naszego związku) spotkaliśmy jego znajomą, powiedział mi, że zanim się poznaliśmy nawet chciał się z nią umówić. No i niestety - zaczęła do niego pisać, zawsze bardzo jej się podobał. Prosić o spotkanie, o wyjście na piwo, pisała kilka dni. On jej nie odpisywał. Wtedy pierwszy raz może miałam jakąś intuicyjną myśl, ale ją schowałam z tyłu głowy. Wtedy też pierwszy raz się pokłóciliśmy. Poprosiłam, żeby jej ładnie odpisał, że nie pójdzie na piwo. Czułam, że to, że jej nie odpisuje nie jest takie fajne, wolałam, żeby jasno napisał, że nie pójdzie. Wtedy pierwsza kłótnia, że on czuje, że ja mu coś karzę itp itd. Później okazało się, że jednak po jakimś czasie coś jej tam pisał. Minęło. Jakoś kilka rozmów i rozprawiliśmy się z problemem. Wszystko wspaniale, żyliśmy jak w bajce. Po kolejnym roku, podobna histroia. Dla żartów z kolega pisał do dziewczyny, która również była bardzo w nim zakochana. Kolejna kłótnia. I kolejne cudowne pół roku. Kochaliśmy się, było naprawdę dobrze. Każdy zazdrościł nam takiego związku, byliśmy tacy szczęśliwi i tacy....dopasowani?
Nie byliśmy słodkimi zapatrzonymi w siebie ludkami. Tak naprawdę przez trzy lata nigdy nie usłyszałam "kocham Cię" i przez to też nigdy nie sama tego nie powiedziałam. Czułam to ale nie miałam potrzeby mówić. To po prostu było. Też nie otrzymywałam żadnych komplementów, nie potrzebowałam tego. Teraz myślę, czy to trochę nie tak, że po prostu nie byłam nauczona, że można je otrzymywać. On się starał to nie jest tak, że nie. Zawsze był przy mnie, ale nigdy nie potrafił rozmawiać o uczuciach, czy coś czuje i jeśli tak to co. Nigdy nie usłyszałam kim tak naprawdę dla niego jestem, nie było nigdy żadnych zapewnień.Po prostu przy mnie był zawsze kiedy go potrzebowałam. Był i przyjacielem i kochankiem.

Rok temu zimą dowiedziałam, się, że bliska mi osoba ma raka. Dla mnie to był dramat - mój mały koniec świata. Nie mogłam sobie z tym poradzić. Wpadłam w depresję, było bardzo źle. Ale był przy mnie. Było między nami dużo napięć, bo on tego nie rozumiał, że ja tak cierpię. On nie przejął się śmiercią swoich bliskich - ten jego racjonalizm. teraz wiem, że był bardzo zmęćzony moim smutkiem, płaczem potrzebą rozmowy o tym. Później czyli rok temu w lipcu zamieszkaliśmy razem. Do tej pory co roku przez pół roku mieszkaliśmy w wolnym mieszkaniu mojej rodziny. Ale rok temu wynajeliśmy NASZE mieszkanie. Cudownie. Jak było dobrze.  Ale popełniliśmy błąd, zamieszkaliśmy w bardzo małej kawalerce, malytkiej nawet dla jednej osoby. To też dużo zmieniło.

No i przyszedł luty. Wrócił do domu i mówi, że się wyprowadza. Tak po prostu. Byłam w szoku, nie wiedziałam o co chodzi. Powiedział, że nie chce ze mną mieszkać, że jest przemeczony tymi różnymi problemami, które nas spotkały. Nie mówił o tym, bo sądził, że samo przejdzie ale one urosły w jego głowie od dłuższego czasu do ogromnych rozmiarów. Nie zatrzymywałam go. Powiedział, że przecież możemy się spotykać a nie mieszkać razem. Nie zgodziłam się dla mnie nie było półśrodków. Wyszedł. Ja zmieniłam status na fb, spakowałam jego rzeczy i napisałam, że nastepnego dnia jak będę w pracy może je odebrać. Ale przyszedł następny dzień, ochłonęłam. Poprosiłam o spotkanie. Powiedział, że nie wie co czuje, że na pewno nie chce ze mną teraz mieszkać. Że teraz nie chce ze mną być, że na chwilę obecną nie widzi tego. Ustaliliśmy, że spotkamy się za dwa tygodnie. Tak się stało. Zapytałam się co robimy dalej: czy znikamy ze swojego życia, czy chcemy się spotykać z jakimś pozytywnym nastawieniem czy może potrzebuje czasu. Powiedział, że chce się spotykać, oczywiście, po prostu nie chce mieszkać razem. Spotkaliśmy się kilka razy, z jego inicjatywy. Rozmowy, jakby nic się nie stało, jakbyśmy dalej byli parą tylko nie mieskzającą razem.Dla mnie to bylo o tyle trudno, że zostałam w mieszkaniu na które nie było mnie stać, bez internetu, bez komputera. Ale nie to było najważniejsze. Choć nie ukrywam, że było we mnie trochę złości.
Po dwóch tygodniach z czystej ciekawości zapytałam się jak minął mu weekend. Jego reakcja była straszna, zrobił się czerwony. Zapytałam się czy się z kimś spotyka. Powiedział, ze spotkał się ze znajomymi z uczelni. Okazało się, że była też tam jakaś koleżanka. Mówi, że z nią rozmawia, że piszą jakieś smsy, ale ona ma chłopaka od kilku lat z którym mieszka i jest po prostu znajomą i w końcu czuje, że może mieć znajomą, zwykłą koleżankę która niczego nie oczekuje. Przy mnie skasowała smsy, bo powiedział, że źle bym je odebrała.To było kilka godzin mojego płaczu, jego zapewnień, wychodzenia, wracania itd. Póżniej dalej się spotykaliśmy, co dwa trzy dni z jego inicjatywy. Super, miłe wieczory również jeśli chodzi o bliskość fizyczną, nie tylko seks, ale też przytulanie itd. cierpiałam strasznie, nie wiedziałam co się dzieje i oczywiścuie tęskniłam za tym jak było wcześniej - jeszcze tak nie dawno. Później trafiłam na to forum, tutaj wszyscy jednogłośnie mówili, że to jest zabawa z jego strony, że jestem teraz łatwą furtką itd. Moje obawy rosły. Przy nim udawałam twardzielkę, nie rozmawiałam o uczuciach, pokazywałam jak świetnie sobie radzę. Jaka się stałam aktywna (rower, siłownia) itd, co nie było prawdą. Na spotkaniach twardzielka, bez niego cały czas płakałam, wyłam do księżyca. Już wtedy popadałam w nerwice. Kilka razy podpytywałam o tę dziewczyne, mowiłam, że może nie powinniśmy się spotykać. Jego panika, że to tylko znajoma, nie spotkał się z nią nigdy poza uczelnią, ona ma męzczyzne i wychodzi z kryzysu w swoim związku. To trwało trzy miesiące, które wykończyły mnie psychicznie i fizycznie. Pisałam na tym forum o tym wczesniej i może ktoś pamięta jak psychicznie byłam wykończona. Nie spałam, nie jadłam. Odżywałam tylko wtedy jak się odezwał i mieliśmy się spotkać. W końcu po trzech miesiącach zapytałam się co dalej z nami, co z mieszkaniem, co planujemy itd. On mi mówi że się cieszy na te spotkania, że w końcu odreagowujemy złe emocje itd. I tak to się toczyło, spotykaliśmy się co dwa/trzy dni. Z tą dziewczyną w tle. Ona ciągle siedziała mi w głowie. To były moje podszepty, przez co kilkakrtoni się pokłóciliśmy. Paradoksalnie, przez trzy lata naszego związku pokłociliśmy się 4 razy. Przez te kilka miesięcy ciagle kłóciliśmy się o nią.On mówił, że ona ma faceta, że nie mysli o niej w kategoriach dziewczyny, że jest zwykłą znajomą itp. ALe ona ciagle była. Oskarżałam ją, na nią strasznie psioczyłam, że nie rozumiem jak kobieta, która ma swojego mężczyzne może się tak zachowywać, on to wszystko potwierdzał. Ciagle mówił, że przeciez kiedyś też mieliśmy dwie takie sytuacje i nic się nigdy nie wydarzyło. A w ogóle to od kilku dni w ogóle z nią nie rozmawiał. Ale nam jakby toczyło się lepiej. Ja oczywiście ciągle nie czułam się pewnie, wręcz coraz mniej. Każdy dzień bez telefonu, czy smsa sprawiał, że nie wiedziałam co się dzieje. Ale to on zawsze dzwonił, pisał. Misiu, kochanie itp itd. Ja przez te kilka miesięcy może ze dwa razy poprosiłam o spotkanie. On się pytał czemu to on zawsze musi dzwonić, pisać, czemu ja nie inicjuję spotkań. No i miesiąc temu. Spotkaliśmy się. Coś mnie tchnęło. Zapytałam o nią. I znowu jego reakcja, która powiedziała mi wszystko. Poprosiłam, żeby pierwszy raz pokazał mi swój telefon. Smsy wszystkie skasowane, ale rejestr nie. Jej numer zapisany pod nazwiskiem jakiegos chłopaka. Telefony o 1 i 3 w nocy, kilkanaście smsów. Mój wybuch i płacz, że mnie okłamywał, że byłam furtką, że czekał aż ich relacja się rozwinie a ja miałam być zastępstwem w razie czego, że jeszcze dzień wcześniej kochał się ze mną a następnej nocy do niej dzwonił. Niesamowity ból. Uciekłam od niego z domu. Następnego dnia ona napisała na fb, że jej życie się zmienia. Dla mnie wszystko jasne. Wtedy trafiłam do szpitala. Napady lękowe, brak snu, jedzenia. Kosnsultacje z psychiatra itd. To trwało tydzień kiedy miałam ochotę zdechnąć. Później odkryłam ksiażkę "potęga podświadomości" "sekret" itd. Tak uwierzyłam w to co tam było napisane, że nasza relacja może się jeszcze uzdrowić, że żyłam tylko tym. I tak przez trzy tygodnie.Nie odzywałam się przez ten czas. Później były jego urodziny, napisałam grzeczne życzenia i przy okazji zaproponowałam urodzinowe piwo.

To był błąd.

Na spotkaniu, powiedział mi, że ona rozstała się ze swoim chłopakiem, że po naszym ostatnim spotkaniu owszem spotkał się z nią kilka razy pierwszy raz sam na sam, że jest naprawdę sympatyczną osobą, choc mogę w to nie wierzyć. Upiekła mu tort na urodziny, kupiła prezent. Nie myśli o niej w kategoriach swojej dziewczyny, bo to nie ta para butów i ze może ona wróci do swojego byłego już chłopaka..Po prostu fajna koleżanka o której za kilka miesięcy nawet nie będzie pamiętał Ale spotkał się z nią, bo czuł się tak oskarżany przeze mnie, skazany za coś czego nie robił, że w końcu pomyślał: "skoro i tak mnie już o to oskarżyła to czemu mam tego nie zrobić". Nawet powiedział, że z nią nie spał....jakby ta wiedza była mi potrzebna. Później siedzieliśmy, ja w środku płakałam a on wspominał różne nasze sytuacje przez te trzy lata. Później się żegnaliśmy życząc sobie powodzenia. Następnego dnia, czyli wczoraj znowu się spotkaliśmy bo musiałam mu jeszcze oddać jedną rzecz dosyć istotną. Wiecie co mu głupia powiedziałam mając łzy w oczach? Że go przepraszam. Przepraszam za to, że tak chciałam nas ratować, tak chciałam dać nam trochę szczęścia, tak wierzyłam, że jest tylko koleżanką, że nie pomyślałam, że moge mu odbierać szansę na szczęście z nią. Że jest mi głupio, że stawałam im na drodze, jest mi głupio, że powiedziałam o niej tyle złych rzeczy. Powiedziałam, że teraz mam straszne wyrzuty sumienia.

Owszem tak czuję, ale nie powinnam mu tego mówić. Powiedziałam mu o tym, że dla mnie taka forma związku jaką mieliśmy ostatnio była trudna, ale widziałam, że już obraliśmy kierunek i jakoś coś tam powolutku szłoi, że ja nie byłam zła o to, że ma koleżankę, mi było przykro, że to tak ukrywał co sprawiało, że wszystko było bardzo podejrzane, że ja tak naprawdę itp itd. On zręcznie zmienił temat. W rezultacie śmialiśmy się, opowiadaliśmy sobie przez godzinę co w pracy itd. Odprowadził mnie na przystanek i tyle.


A teraz co ja czuję. Jestem wrakiem człowieka. Do mnie to jeszcze nie dociera. Moja psychika nie chce tego przyjąć. Budzę się kilka razy w nocy, dostaję paniki i nagle coś w środku, jakaś intuicja, jakieś podszept mówi mi, że to nie jest koniec. Jakaś intuicja, jakiś głosik w środku. Nie chodzi o to, że robię sobie nadzieję i  wyobrażam sobie nasz powrót, jak po prostu jakoś nie mogę tego przuyjąć. Od tych kilku miesięcy nie doszłam do etapu w którym mierzę się z tym co się dzieje. Tak naprawdę od miesiąca, czyli od sytuacji, w której zobaczyłam ich nocne połączenia ani razu nie płakałam. Rozrywa mnie od środka, czuję jakbym miała zwariować, jakbym traciła zmysły, ale nie mogę usiąść przepłakać bo to do mnie nie dociera. Nie mogę dopuścić do siebie tych emocji. Te myśli, które się pojawiają są tak bolesne, że moja psychika sama je odsuwa. Jakby ciagle jeszcze czuła, że będzie czas na przepłakanie, na tesknotę, że to jeszcze nie teraz. Codziennie mówię sobie, że jak wróce do domu to usiądę i się wypłaczę, przeżyję ten smutek, dopuszczę go, ale nie mogę. To nie pozwala mi iść naprzód już od tylu miesięcy.A przeciez chodzę do psychologa bo moje ataki paniki są coraz poważniejsze.

Kocham go bardzo, tęsknie, ale czując, że to jeszcze nie koniec. Brakuje mi go. Nie wyobrażam sobie życia bez niego, tego, że go już nigdy nie zobaczę, nie przytulę, że o niczym mu nie opowiem. Jednocześnie nie wyobrażam sobie życia z nikim innym. To jest dla mnie tak absurdalne. Właśnie wtedy porzychodzą te napady, jak muszę myśleć o swoim zyciu bez niego albo z kimś innym. Jakby takiego życia miało nie być. Jakby mnie nie było, jakby mojej przyszłości nie było, jakby wszystko straciło sens. O to chodzi - wszystko straciło sens. Nie mam siły się umalować, niekiedy umyć, nie mówiąc o jakiejkolwiek przyjemności.

Czy chciałabbym do niego wrócić?Oczywiście. Nie mogę okłamywać siebie, że jest inaczej. Zrobiłabym wszystko, żeby tak się stało.

Czemu to piszę?Zamiar był taki, że dopuszczę w końcu racjonalne myślenie, znajdę u Was potwierdzenie, że nie warto, że przecież nie mogę kochać i tęsknić osoby, która tak mnie potraktowała. Chciałam tapnięcia mną, żeby ktoś potrząsnął i powiedział silnie i doAle pod koniec już górę wzięły emocje. Tęsknie, cierpię i nie wiem co robić.  Boję się już wszystkiego, swojej przyszłości. Jak by moje zycie podzieliło się na przed i po.

Przepraszam Was za taki długi wątek, może ktoś będzie chciał się podzielić czymś od siebie.

2

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Pomyśl że jeżeli ty dopuściłaś by się tych czynów to on już za pierwszym razem dał by ci kopa i nie chciał by cię już więcej znać.

3

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

A czy Ty w ogóle pomyślałaś kiedyś o nim? Jak on się musiał czuć żyjąc z kobietą, która zabrania mu nawet rozmów z inną dziewczyną, która nie potrafi bez niego żyć itd. Czy Ty zastanowiłaś się jakie to dla niego męczące? Myślisz tylko o sobie. Cały czas czytam, że Ty cierpisz, że tęsknisz, że jesteś bardzo biedna i wrażliwa, ale zastanowiłaś się kiedyś czemu on odszedł?

4

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Myszeczka,

Oczywiście, że myślę o jego uczuciach. Wiesz to nie jest tak, że ja mu zabraniałam mieć koleżanki, nigdy w życiu. Tylko to były zawsze dziewczyny, które były w nim zakochane. Takie, które oczekiwały czegoś więcej.Znając jego przeszłość, to, że umawiał się dla seksu z dziewczyną, która tak bardzo go kochała ja się obawiałam....ufałam mu ale się obawiałam. Nigdy nie zarzuciłam mu zdrady. Zawsze w takich sytuacjach (nawet tych co miały miejsce ostatnio) mówiłam: ufam Ci, nie mówię, że mnie zdradzasz, ale czemu mnie okłamujesz?Czemu mówisz, że z nią nie rozmawiasz, nie piszesz a później wszystko wychodzi na jaw? Chodziło mi o jedną szczerą rozmowę. Potrzebowałam, żeby mi powiedział: "Nie będę Cię okłamywał, owszem ona jest, nie będę mówił, że jej nie ma. Jest i chcę, żeby była, chcę móc z nią rozmawiać i czuć, że to jest dla nas ok' Tyle. Wtedy temat by zniknął. A tak?On mówił, że już z nią nie rozmawia, że jej nie ma a za jakiś czas okazywało się, że jednak jest, zapisana pod męskim nazwiskiem. Ja nie potrzebowałam wiedzieć o czym rozmawiają, o czym piszą, potrzebowałam czuć szczerość, że tylko przyzna się, że jest. Stąd moje ciągłe rozmowy na ten temat.

Wiesz Myszeczka, może jestem uzależniona, kochająca za bardzo, ale to wyszło po rozstaniu. W trakcie związku naprawdę byliśmy dość niekonwencjonalną parą. Nie byliśmy zapatrzeni w siebie, zrośnięci ze sobą.


Ale tak naprawdę nie o to chodzi. Zrobiłabym naprawdę wiele, żeby z nim być. Tylko ciągle miałam poczucie, że ta granica zaufania i zasad w związku się przesuwa.

A teraz?Teraz nie wiem co zrobić, chciałabym z nim jeszcze porozmawiać, ale z tego co wszyscy piszą wiem, że nie mogę się odezwać.

5 Ostatnio edytowany przez Myszeczka23 (2013-07-25 20:18:10)

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

No to jeśli on w ten sposób Cię okłamywał to czemu Ty nadal z nim chciałaś być? Wiesz miłość miłością, ale szanować się też trzeba. A jeśli on po tym kłamstwie nadal miał Ciebie i Twoją miłość to ja się nie dziwię, że to wykorzystywał. Zacznij szanować siebie. wink

6

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Myszeczka,

To jest ważne pytanie, które wszyscy mi zadają. Tęsknie i cierpię jak nigdy nie cierpiałam. Tak jak napisałam, mam konsultacje z psychologiem, ale jakoś nie mogę z tego wszystkiego wyjść. Ale nie o tęsknotę chodzi. Z tego co wszyscy piszą o swoich przeżyciach każdy taki etap przechodził. Tylko u mnie to trwa tak naprawdę 5 miesiąc, gdzie nie zrobiłam ani malutkiego kroku naprzód. Boję się owszem, nie samej samotności, nie tego że będę kilka lat z tego wychodzić (jak pokazuje moja przeszłość, kilka lat pamiętałam naprawdę krótkie znajomości)ale boję się że tracę właśnie TO! Wiesz będąc z nim czułam się na swoim miejscu. Każdą komórką ciała czułam, wiedziałam, że to ten mężczyzna. Nie umiem tego nazwać, jakaś niezachwiana pewność, że otrzymałam to na co tak długo czekałam. W pełni go akceptowałam. Miałam świadomość wad ale akceptowałam.Nie wyobrażam sobie życia z nikim innym.

Wiesz mówisz o szacunku. Masz oczywiście rację. Dlatego ja go o nic nie prosiłam, nie błagałam o powrót. Tylko bardzo się boję, że z powodu dumy stracę coś najważniejszego, że takiego szczęścia już po prostu nie zaznam. Zawsze uważałam, że ludzie za łatwo się poddają, nie walczą. Pojawia się problem - odchodzą. Nie chodzi o upokarzanie się, chodzi o to aby duma nie zabrała czegoś naprawdę ważnego. Aby później nie żałować.

On mnie nie kocha, nie szanuje - każdy mi to mówi. jasne, że jest mi ciężko w to uwierzyć.  W zasadzie nie mogę w to uwierzyć. Tylko ja po prostu czuję, że my się pogubiliśmy. Że to nie jest koniec, dzieje się coś złego a my też robimy coś złego. Oskarżam się, bardzo się oskarżam o to co Ty napisałaś wcześniej. Pytałam o nią, prosiłam aby mi powiedział jak jest. Może faktycznie czuł się zamknięty w klatce, ograniczony? To uczucie, że mogłam schrzanić coś tak pięknego, coś co mnie tak uszczęśliwiało. Bo tak  naprawdę jak poznać, że ta osobą jest właśnie tą?To się czuje, tego nie trzeba rozpoznawać. Czujesz to. I ja to czułam, dlatego bardzo chciałabym abyśmy z tego wszystkiego wyszli. Nie ma we mnie złości, jest mi przykro. Czy bym mu zaufała? Tak.

7

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

O masakra. Najgorsze jest jak ktoś sobie wkręci, że to właśnie jest to, że to ten jedyny, że tylko przy nim może być tak cudownie. A sama pomyśl: gdyby tak było to czy on by zwracał uwagę na inną? Bo moim zdaniem raczej powinien też o wasz związek walczyć. I skąd ta pewność, że to akurat ten? Ale jeśli jesteś w stanie całe życie być przyczepiona do jego nogi, bo to ten jedyny, to ok. Ale sama sobie zadaj pytanie czy sobie tym nie zrobisz krzywdy.

8 Ostatnio edytowany przez N4VV (2013-07-25 22:43:58)

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Dziwna z Ciebie dziewczyna.:)
Ładnie piszesz.

Choć widząc to:

..... Ja zmieniłam status na fb, ....

...po prostu wymiękłem.:D

9

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec
niewiem1104 napisał/a:

Witajcie,
{...}Jestem młodą osobą. Typem marzycielki i romantyczki. Zawsze miłość stawiałam na pierwszym miejscu, największy priorytet w życiu. {...}

Zacząłem czytać bo myślałem, że będzie o odchudzaniu ... Treść tylko mnie załamała.

To zdanie to Twój problem, reszta "to nie kryzys, to rezultat". Zdaj sobie z tego sprawę i wydoroślej a nie tylko się zestarzej.
Myszeczka na rację, ale nic nie dotrze do takiej "miłosnej" fundamentalistki jak Ty. Szkoda.
Szkoda że nie było o odchudzaniu ....

10 Ostatnio edytowany przez N4VV (2013-07-25 23:01:26)

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec
niewiem1104 napisał/a:

.....Nie ma we mnie złości, jest mi przykro. Czy bym mu zaufała? Tak.

Może spróbuj się koncetrować na zagadnieniach, na które możesz uzyskać wpływ. Cała reszta nie prowadzi do niczego. Znaczy do czegoś tam prowadzi, ale nie są to rzeczy realne. Mocno popuszczasz swoją emocjonalność, znam te stany, ale potrafię je tłumić, bo rozszarpały by mnie, jak rozszarpują teraz Ciebie.

takijedenfacet820 napisał/a:

...Szkoda że nie było o odchudzaniu ....

Tasiemcem. big_smile

11

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Dziękuję Wam za odpowiedzi.

Myszeczko piszesz o wkręcaniu. Ja tak tego nie odbieram. Wiesz przy nim zawsze czułam się na miejscu, to był czas kiedy czułam, że moje życie jest takie pełne (?). Trzy lata kiedy wszystko było na swoim miejscu. Trzy lata kiedy byłam szczęśliwym człowiekiem, nie dzięki związkowi tylko dzięki niemu. Dawał mi spokój, poczucie bezpieczeństwa, wsparcie, czułość. Tak naprawdę wszystko czego potrzebujesz, pragniesz w związku. Przez cały nasz związek nigdy nie pomyślałam, że mogłabym otrzymać coś od kogoś innego, nie pomyślałam, że mogłabym szukać czegoś innego. Nie pomyślałam, że ktoś mógłby byc dla mnie lepszy, bardziej odpowiadający (?). Byłam dumna z niego, z tego, że jestem właśnie z takim człowiekiem. Że mi się udało. Udało mi się dostac od życia to czego człowiek chce. Ludzie na około się wahali, czy ich partner jest odpowiedni. Ja nigdy nie miałam momentu zawahania, że to właśnie człowiek, który tak mi odpowiada. Mam przeczucie, obawiam się, że za jakiś czas, jeszcze bardziej uderzy mnie to, że to on był tym właściwym człowiekiem.

Może moim problemem jest faktycznie ta "miłosna fundamentalność" Ale co począć?W moim odczuciu nie ma nic ważniejszego od miłości, miłości do dzieci, do rodziny, do partnera do innych ludzi. Esencja życia a wszystko jest dodatkiem, potrzebnym, bardzo potrzebnym ale dodatkiem.

Czy podpuszczam swoją emocjonalność?chyba właśnie staram się ją ostudzić, wszelkimi siłami. Od tych kilku miesięcy jestem faktycznie psychicznym wrakiem człowieka. Tylko co najgorsze...ja czekam, czekam przeczuwając, że to jeszcze nie koniec. Czekam, że może się odezwie, ta moja podświadomość tak mi podpowiada. Czy też tak mieliście?Czy taki stan długo się utrzymuje, czy on jest potrzebny, aby właśnie chronić obolałą psychikę i przyjąć prawdę wtedy kiedy będzie na to gotowa?Ile się żyje z taką nadzieją, czy dać sobie jakiś wewnętrzny termin?

Czekam bo coś mi podpowiada, że to jeszcze nie jest koniec, może dlatego, że po jego wyprowadzce i rozstaniu później "wróciliśmy" do siebie na te kilka miesięcy? Moje nadzieje na ponowne szczęście były wtedy jeszcze podsycane i dlatego tak trudno teraz się ich pozbyć?

Próbuję zrozumieć co się dzieje w mojej głowie, zrozumieć te uczucia. Znaleźć rozwiązanie. Nie mam potrzeby okłamywać siebie i Was, ale po prostu chciałabym dalej z nim być.

12

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Jak dla mnie wszystkie historie, gdy para, która spotyka się ponad rok i facet nie mówi "kocham cię", kobieta, która kłamie, że tego nie potrzebuje i sama wie, że kocha, ale przyznaje "byliśmy przyjaciółmi i kochankami" kończą się tak samo.


Nie do końca zaangażowany facet odejdzie sobie. Facet, który kocha nie zachowuje się tak. Raz ktoś mnie kochał i wiem, że faceci są wtedy słabi, bezbronni, ufni, oferują siebie, swoją pomoc, czas, lubią deklarować swoje uczucia. Potem ta osoba już mnie nie kochała i zachowywała się jak Twój facet.

Współczuję Ci. Mam nadzieję, że psycholog Ci pomoże, że niebawem Twoje życie się odmieni, będziesz miała propozycję wyjazdu, fajnej pracy czy coś w tym stylu. I że nie będziesz się poniżała błaganiem/czekaniem na powrót.

13

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Wiesz jakafokaoka,

To nie jeste tak, że byliśmy tylko przyjaciółmi. Nie mówiliśmy sobie "kocham Cię, chcę sopędzić z Tobą resztę życia, nie wyobrażam sobie życia bez Ciebie itd" nie dlatego, że ja tak nie czułam, tylko dlatego, że nasze zachowania, nasz stosunek do siebie sam na to wskazywał. Oboje nie jesteśmy wylewnymi osobami, lubię mówić o uczuciach on nie, ale jednocześnie nie do końca lubie je nazywać. Woleliśmy mówić sobie "jest mi z Tobą dobrze, cieszę się, że jesteś" niż "kocham Cię i nigdy nie przestanę".

Wiem, że mnie kochał - oferował swoja pomoc, był ufnny, starał się. To nie jest tak, że nie. Nie wiem co się zaczęło między nami dziać. Sama nie chcę tego analizować, bo sama nie dojdę do tego co się działo w jego głowie.

Bardziej nie wiem co teraz zrobić. Mam naprawdę ochotę, potrzebę, pragnienie ratować/odbudować naszą relację. Nie ze względu na to co było ale ze względu na to co mogłoby jeszcze być. Nie wiem jak postąpić. Wszyscy mówią, że należy zniknać z życia tej osoby. Pewnie coś w tym jest, jednocześnie może właśnie trzeba działać, nie pozwolić o sobie zapomnieć? Podjąć jakiś ruch - i nie mówię tu o błaganiu, proszeniu ale .... jakimś porozmawianiu, zapytaniu się co się stało i czy coś jeszcze może się stać?

Czuję, że walki tak naprawdę nie podjęłam i nie chcę się poddawać.

14 Ostatnio edytowany przez N4VV (2013-07-26 08:02:03)

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec
niewiem1104 napisał/a:

......
Czy podpuszczam swoją emocjonalność?chyba właśnie staram się ją ostudzić, wszelkimi siłami. Od tych kilku miesięcy jestem faktycznie psychicznym wrakiem człowieka. Tylko co najgorsze...ja czekam, czekam przeczuwając, że to jeszcze nie koniec. Czekam, że może się odezwie, ta moja podświadomość tak mi podpowiada. Czy też tak mieliście?Czy taki stan długo się utrzymuje, czy on jest potrzebny, aby właśnie chronić obolałą psychikę i przyjąć prawdę wtedy kiedy będzie na to gotowa?Ile się żyje z taką nadzieją, czy dać sobie jakiś wewnętrzny termin?

Czekam bo coś mi podpowiada, że to jeszcze nie jest koniec, może dlatego, że po jego wyprowadzce i rozstaniu później "wróciliśmy" do siebie na te kilka miesięcy? Moje nadzieje na ponowne szczęście były wtedy jeszcze podsycane i dlatego tak trudno teraz się ich pozbyć?

Próbuję zrozumieć co się dzieje w mojej głowie, zrozumieć te uczucia. Znaleźć rozwiązanie. Nie mam potrzeby okłamywać siebie i Was, ale po prostu chciałabym dalej z nim być.

Przecież nie jest wykluczonym, że z nim będziesz. Nie chcę się za bardzo wymądrzać, mogę tylko napisać jak to działa/działało u mnie. Pojawiał sie mechanizm wynikający z przekonania o fundamentalnym prawie drugiej osoby do samostanowienia. Prawie do własnych decyzji, które niekoniecznie są zgodne z moimi pragnieniami - w tym również prawie do odejścia i życia własnym życiem - beze mnie. To przekonanie powodowało, że siła która szarpie teraz Tobą, była również motorem napędzającym moją umiejętność radzenia sobie w sytuacjach kryzysu. Przeciwdziałała autodestrukcji przez uświadomienie faktu, że dla Niej muszę być zdolny do życia bez Niej. Po to, by miała się do kogo zwrócić, gdy znajdzie się w potrzebie. Po to, by moje uczucie nie stało się obciążające i destrukcyjne dla Niej, koniecznym jest zachowanie własnej osobowości. Konieczna jest umiejętność życia bez Niej, gdy zaistnieje potrzeba.

To jest bardzo silny imperatyw stabilizujący i przeciwdziałający stanom prowadzącym do autodestrukcji mojego świata. Wydaje mi się, że Tobie tej stabilizacji brakuje.

Nie wiem, czy rozumiesz o czym do Ciebie rozmawiam - pomyśl o tym.

15 Ostatnio edytowany przez Myszeczka23 (2013-07-26 08:09:03)

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Autorko było by piękne to co piszesz, ale niestety nie jest. Dlaczego? Bo piękne by było wtedy gdybyś Ty z uśmiechem na twarzy czekała na niego. Czy to możliwe? Tak! Jesteś kobietą która wie czego chce, więc czy nie lepiej po prostu na to cierpliwie czekać bez tego płaczu i lamentu? Miłość jest piękna i jeśli jest prawdziwa to przetrwa do końca, ale jeśli Ty prawdziwie kochasz to nie powinnaś być taka zrozpaczona bez niego. Powinnaś przede wszystkim chcieć szczęścia dla niego. Gdyby mój partner odszedł ode mnie to bym nie popadła z tego powodu w depresję, ale bym po prostu żyła nadzieją, że wróci starając się żyć godnie. Bo chyba na tym polega taka szczera i czysta miłość.
Nie wymagaj od niego by wrócił, miłość nie uzależnia. Miłość nie przynosi bólu i cierpienia, ona jest czysta, szczera i piękna.
Więc jeśli naprawdę uważasz że to miłość, to przestań wiecznie płakałać, bo tym sposobem go nie odzyskasz. To bez miłości człowiek żyć nie może, nie bez ukochanego. Więc bądź szczęśliwa, że potrafiłaś szczerze kochać i czekaj z nadzieją, że to szczęście jeszcze powróci. A jak nie powróci to ciesz się z tych 3 lat spędzonych razem, bo mało jest osób, które przeżyły tą prawdziwą miłość.

16

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Wtrące się chwilę.

Był dla Ciebie wszystkim jak to mówisz,ale i nikim...Ty byłaś szczęśliwa,była to Twoja taka naprawdę pierwsza i prawdziwa miłość bo byłaś w tym związku ale co to za związek gdzie nie słyszysz słowa Kocham czy coś podobnego....Poza tym wiedział że jak nie z Tobą to zaraz z inna będzie mógł być......Weź się w garść i zacznij żyć pełnią życia.Większość z nas coś podobnego doświadczyło i nie jest miło tego wspominać...

Zapomnij o nim bo będziesz cierpiała a nie warto niszczyć się od wewnątrz skoro mówisz że jesteś jak "WRAK"powiedz sobie stanowczo KONIEC i idź do przodu...Jest na tym świecie też trochę facetów co mają uczucia i dla których bylabys KIMŚ WIĘCEJ:)

17

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Dziękuję Wam za odpowiedzi. To zawsze wnosi coś nowego.

Piękne jest to zdanie: "że dla Niej muszę być zdolny do życia bez Niej. Po to, by miała się do kogo zwrócić, gdy znajdzie się w potrzebie." Wydrukowane zaraz zawiśnie na lodówce (do której co prawda od kilku dnie nie zajrzałam)

Owszem szanuję jego decyzję. I o tym mu powiedziałam. Na ostatnim spotkaniu powiedział, że bał się, że będę zła. Powiedziałam mu, że nie jestem zła. Dla mnie złość oznacza niegodzenie się z czyjąś decyzją a ja ją szanuję ma prawo żyć beze mnie, żyć z kimś innym. Mi jest przykro, przykro z powodu tego, że doprowadziliśmy nasz związek do takich kłamst do takiego punktu.

Co do nadziei. Mam, mam ogromną, ale jednocześnie się boję. Gdzieś w środku czuję, że to jeszcze nie koniec.
Boję się, że to jest oczekiwanie, które tylko przedłuży proces żałoby (tak to nazawała moja psycholog). Mieć nadzieję to tak naprawdę nie ruszyć do przodu, czekać to tak naprawdę wierzyć, że coś się zmieni, a jak się nie zmieni?

Wiesz Myszeczko, jak kiedyś myślałam o naszym rozstaniu (bo tyle par się rozstawało) to wydawało mi się, że to nie będzie końcem świata, że tak naprawdę niewiele się zmieni. Stało się i nagle dostrzegłam konsekwencje. Konsekwencje całego życia bez niego.

Staram się robić to co wszyscy mówią, żyć dla siebie tylko...to "siebie" to smutek, tęsknota i strach.  Staram się sprawiac sobie przyjemnośc, ale od razu wiem, że ona nie jest tak duża jak była kiedyś i tak duża jaka by była będąc z nim. Brakuje mi tego spokoju, szczęścia. Wszystko jest niepełne. A było pełne.Brakuje mi go w każdej chwili, w każdym momencie.

Chciałabym coś zrobić, nie namawiać, manipulować, ale coś zrobić. Może gdyby mi powiedział wprost: "nie chcę i nigdy nie będę chciał z Tobą być, chcę być z tamtą dziewczyną" może to by pomogło?Może bym wyzbyła się nadziei. Nie wiem jak jest lepiej.

Teraz liczę na te rady, które otzrymuję, że należy od siebie odpocząć, dać czas na opadnięcie emocji i przemyślenie. Zniknąć z jego życia.

18

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Miałam podobnie. Miłość przyszła do mnie po wielu latach "posuchy". Też angażowałam się w tak zwane związki; a potem miesiącami tkwiłam w "emocjonalnej wierności" do człowieka, który już o mnie nawet nie myślał.

Czemu tak często płaczesz Autorko? Z co trzeciego zdania "lecą łzy". Myślisz, że gdyby to była prawdziwa miłość było by tak? Ja myślę, że nie, choć nie chcę powiedzieć, że prawdziwa miłość to tylko szczęśliwe chwile. Ale łez tu stanowczo za dużo.
Za dużo emocji..... to raczej świadczy o Twojej rozchwianej psychice a nie o głębokim uczuciu. Bez obrazy.

Miłość którą tu opisałaś jest z wszech miar toksyczna i niszcząca.... Ciebie.

1) Bark zaufania z twojej strony. Kontrole. Brak zaufania uzasadniony. ........................   do związku dyskwalifikacja.
2) Kłamstwa......... po częsci będące efektem twoje kontroli ( koleżanka zapisana pod męskim nazwiskiem)
3) Jego zdrady, odejścia

Walczyłaś o ten związek ponad miarę, wyniszczałaś siebie emocjonalnie. Mimo że sama jesteś świadoma, że on ani Ciebie nie kocha ani nie szanuje. Uzależniłaś się od chorej toskycznej miłości. Jeżeli wrócisz do niego zrobisz bardzo źle. Już straciłaś kilka lat swego życia, jeżeli chcesz stracić następne rób tak dalej.

Porządna terapia psychologiczna. Pasje. Praca na maksa. Otwartość na ludzi, a numer jego wykasowany z listy kontaktów. To moja recepta na to byś odzyskała radość życia.

Ja wiem, że to się tak nie da od razu. Z takich stanów wychodzi się miesiącami. Przed tobą ciężka walka, ale wydaje mi się że warto ją podjąc.

19

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

No w końcu jakaś wiadomość od Ciebie!
Czytałam to, co pisałaś, nie wiem, czy mnie pamiętasz z innego wątku.
Słuchaj, ja teraz też przechodzę ciężkie rozstanie, i też jestem 5 miesięcy po i też dalej cierpię, chociaż już nie aż tak.
Tylko, że to moje drugie rozstanie.
Pierwsze przechodziłam identycznie jak Ty. Pierwsza, wielka miłość, NA PEWNO, NA BANK I TO JEST JUŻ TEN WYMARZONY, bez opcji, że się kiedyś rozstaniemy. Też 3 lata. I też ciężka depresja, szpital, psychiatra, odrzucanie od siebie myśli, bo za bardzo bolały. Tylko to trwało PÓŁTORA ROKU, zmarnowany czas, nie dopuść do tego. Nie, nie było już szansy, już potem nie było o co walczyć. Ale ja do dziś żałuję, że właśnie chciałam działać, że chciałam cokolwiek zrobić, dopytać do końca, wymęczyć o kategoryczną odpowiedź, bo wciąż widziałam cień szansy i też czułam, że to przecież nie może być koniec! Wiesz, czemu żałuję? Bo wszystko, co mówił i robił wcześniej w miarę delikatnie już samo powinno mi wystarczyć. To, że zdradził, to że mnie zostawił, to że potem nie deklarował jasno chęci powrotu, to że nie zostawiał furtki, to, że potem zaczęliśmy ze sobą sypiać nie będąc razem, czyli zwyczajnie mnie wykorzystywał, samo w sobie było dowodem, ze mnie nie kocha, a więc że nie powinnam z nim być, jeśli szanuję siebie i swoje uczucia! A ja parłam, bo wciąż widziałam "szansę", bo wciąż nie był kategoryczny. No i się doprosiłam. Tę kategoryczną odpowiedź przeżywałam najgorzej i do dziś się kulę w sobie, kiedy sobie to przypomnę, kiedy przypomnę sobie ból, jaki wywołała, a minęło już 6 lat.
Trochę myślałam, że się nauczyłam czegoś po tamtej sytuacji, a teraz po rozstaniu popełniłam podobne błędy i znów cierpię wink W każdym razie porady są dobre tu na forum, nie odzywaj się do niego, nic a nic, nie podejmuj "prób", bo to nie Ty powinnaś je teraz podejmować, zrobiłaś już aż za dużo i to już nie będzie dobra relacja w tym momencie. Może kiedyś, teraz nie. Dla siebie samej odetnij się. Ja odcięłam się, mija 6 tygodni i powoli się podnoszę, mimo że wierzę i czuję jak Ty, że "to jeszcze nie koniec", to mam już momenty, kiedy widzę wyraźnie jak mnie traktował pod koniec, widzę jak się płaszczyłam, i zaczynam zastanawiać się czy JA chcę takiej relacji. No i żyję. A byłam w takim stanie jak Ty przez dobre 4 miesiące. Więc i dla Ciebie jest nadzieja.
Najważniejsze z tego, co chciałam Ci przekazać - dla mnie po tamtym chłopaku skończył się świat, dlatego doskonale rozumiem co czujesz. Nie było przyszłości. Nic już nie było, mnie nie było. Po półtora roku dopuściłam do siebie chłopaka... kolejnego, z którym byłam potem ponad 2 lata. Ale niestety, bez mojej miłości, jego w sumie też. Dobre kumpelskie stosunki i to wszystko. Myślałam, że tak już będą wyglądać moje związki, że miłość już była, więc teraz po prostu mogę być z kimś i już, bez fajerwerków, jeśli tak bardzo już chcę związku. A potem poznałam ostatniego chłopaka. I wiesz co? POKOCHAŁAM GO, inaczej niż pierwszego, ale okazało się, że jest to możliwe! I już teraz wierzę. Wiem, że kochać można kilka razy. I za każdym razem piękniej. Pamiętaj o tym, zanim znów pomyślisz, że innego faceta na świecie nie znajdziesz. Znajdziesz. Tylko zagryź zęby i walcz teraz O SIEBIE, a nie o niego. Nie tędy droga do odzyskania równowagi, a tego najbardziej Ci potrzeba. Bo zawiesisz się na nim i stracisz siebie zupełnie, nawet jeśli wróci to swoje życie oprzesz tylko na nim. Nie wolno. Najpierw odzyskaj siebie, a potem myśl o związku. Z nim czy z innym, obojętnie. Najpierw naucz się być sama i szczęśliwa sama ze sobą. Potem pomyślisz, czy chcesz jeszcze o niego walczyć. Gwarantuję Ci, że wtedy uznasz, że nie warto.

20

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec
niewiem1104 napisał/a:

Myszeczka,

To jest ważne pytanie, które wszyscy mi zadają. Tęsknie i cierpię jak nigdy nie cierpiałam. Tak jak napisałam, mam konsultacje z psychologiem, ale jakoś nie mogę z tego wszystkiego wyjść. Ale nie o tęsknotę chodzi. Z tego co wszyscy piszą o swoich przeżyciach każdy taki etap przechodził. Tylko u mnie to trwa tak naprawdę 5 miesiąc, gdzie nie zrobiłam ani malutkiego kroku naprzód. Boję się owszem, nie samej samotności, nie tego że będę kilka lat z tego wychodzić (jak pokazuje moja przeszłość, kilka lat pamiętałam naprawdę krótkie znajomości)ale boję się że tracę właśnie TO! Wiesz będąc z nim czułam się na swoim miejscu. Każdą komórką ciała czułam, wiedziałam, że to ten mężczyzna. Nie umiem tego nazwać, jakaś niezachwiana pewność, że otrzymałam to na co tak długo czekałam. W pełni go akceptowałam. Miałam świadomość wad ale akceptowałam.Nie wyobrażam sobie życia z nikim innym.

Niewiem, być może uznasz to za profanację, bagatelizowanie Twojej intuicji/wewnętrznej pewności/przeczuć, ale zapoznając się dokładnie z Twoją historią uważam, że takie myślenie, czy przeświadczenie nie jest niczym magicznym, a jedynie oznaką uzależnienia od tego człowieka i od bycia z kimś. Przez lata czekałaś na miłość, wyidealizowałaś ją w głowie, pragnęłaś tak bardzo,  że stała się priorytetem przed wszystkim innym. I kiedy trafił się ten człowiek, z miejsca wpierdzieliłaś go na piedestał. Siłą rzeczy, siłą swych wcześniejszych pragnień i wyobraźni. Kiedy już na tym piedestale w Twojej głowie stanął, stał się "częścią świętej osi, środkiem Twego kręgosłupa". Wszystkim, światem, powietrzem, teraźniejszością i przyszłością, jedynym sensem. Czyli tym wszystkim, czym w zdrowym związku partner absolutnie być nie może. Więc i nie dziwota, że kiedy jego zabrakło Ty nagle nie wiesz jak się oddycha. I że "czujesz, że to nie koniec". Bo przecież powietrze jest czymś tak oczywistym w naszym życiu, nie wyobrażamy sobie bez niego świata i słusznie. Tylko, że ten facet to nie powietrze. To człowiek, którego pokochałaś, ale który powinien być Ci w życiu towarzyszem, partnerem, nie fundamentem.

Radziłabym, abyś skupiła się na sobie. Nie zajmuj się nim, bo on sam świetnie o siebie dba. Za to nie dba o Ciebie. Ty sama o siebie też nie.

Przypomnij sobie, kim jesteś, co lubisz, czego chciałabyś w życiu. Nie przez pryzmat jego. Sama dla siebie. Słusznie tu wyżej napisano, że kiedy zaczniesz szanować i kochać siebie samą, to stwierdzisz, że ten związek nie był wart obecnego cierpienia, myśli, energii i czasu. Że było to cenne doświadczenie, ale pora już iść naprzód. Przedłużasz agonię tej relacji, niewiem. A śmierć jest nieunikniona. Możecie się schodzić i rozchodzić jeszcze setki razy, ale to nie uczyni z tego związku zdrowej relacji. Dlatego im dłużej się nad tym pochylasz, tym gorzej dla Ciebie.

21

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Witaj Wczesna,

Może pamiętasz moje poprzednie wpisy, takie które innych przerażały i ciągle słyszałam: "idź do psychologa, dziewczyno przesadzasz, staczasz się, wpadasz w depresję". Trafiłam do szpitala, trafiłam do psychologa. Jak jest?Z dnia na dzień coraz gorzej....nie wiem z czego to wynika. Może muszę dotknąć dna aby się podnieść może jeszcze go nie dotknęłam.

Najgorsza jest ta nadzieja/przeczucie/wiara jakkolwiek to nazywam i czuję a co tak w rzeczywistości jest pewnie mechanizmem wyparcia. Moja psychika może jeszcze nie jest gotowa na przyjęcie tego. Ja nie płaczę, nie krzyczę, już nie. Teraz jak pojawiają się te gorsze napady lęku i paniki to od razu czuję, że to nie koniec, to nie może być koniec. Jest ulga, jest chwilowa ulga na moje rozedrgane myśli i emocje. Ale to, że nie krzyczę, nie rozpaczam, nie przeżywam tego tak mocno mocno też nie jest takie dobre. Te emocje są, te straszne myśli są, ale się kumulują i rozrywają od środka. Jakbym miała oszaleć, jakby mój mózg miał tego nie przyjąć, jakbym miała przekroczyć jakąś granicę rozpaczy, z której już nie wyjdę.

Może nie umiem się pogodzić ze stratą?Nie wiem, ale nie umiem sobie w tym wszystkim poradzić. Tęsknię, boję się, czuję się samotna, pustka itd.
Wczesna, cieszę się, że pokochałaś kolejny raz. Ale czemu coś mi mówi, że już nie pokocham?Czemu jest we mnie takie przeświadczenie, że już zawsze będę szukać tego co miałam a nic mi tego nie da? Może dlatego, że to mój pierwszy związek i boję się czegoś innego....A co jeśli kolejne będą skazane na porażkę bo tak naprawdę dalej będę kochać jego?Co jeśli to jest naprawdę TO?

Nie chodzi tak naprawdę o samotność, byłam zawsze samotna dopóki go nie poznałam. Chodzi o brak JEGO, konkretnie JEGO.

Mówię sobie, że jestem silna i niezależna, ale to jest oszukiwanie siebie. Wiem, że nie jestem. Teraz już wiem.

Czy można przestać kochać, jak się kochało tak naprawdę mocno i szczerze?

22

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Nie można. Ale z czasem to blaknie. I robi się miejsce na nową miłość. Naprawdę!

Słuchaj, dla Ciebie to nowe i pierwszy raz to czujesz, ale wierz mi, Twoje reakcje są naturalne - tylko po prostu bardzo silne. Stany lękowe nawiedzały mnie jeszcze przez miesiąc po moim ostatnim spotkaniu z byłym - tym ostatnim byłym - zelżały ze 2 tygodnie temu, jak już zaczęłam brać jakieś prochy. Nocami rzucałam się po łóżku i musiałam ciągle być przy kimś, znajomi zmieniali warty przy mnie, bo wpadałam w taką panikę, taki lęk, że nie wiedziałam gdzie jestem i co się dzieje. To przejdzie, kochana. Tylko pomóż temu przejść! Dopóki masz w głowie pomysł na to, żeby jeszcze o niego walczyć, to się nie podniesiesz. Wbij sobie do głowy, że Tobie potrzeba czasu na spojrzenie na wszystko z dystansem.

Niestety, ani silna, ani niezależna teraz nie jesteś. A żeby stworzyć związek - tak jak pisałam, czy z nim, czy z kimkolwiek innym - musisz być silna i niezależna, bo zawiesisz się na facecie i on znów od Ciebie ucieknie, nikt nie chce dźwigać na sobie odpowiedzialności za emocje drugiej osoby, czuć jej uzależnienia od siebie. To zbyt trudne, przytłacza, odpycha, obciąża.

I ja też kiedyś myślałam, że rozpacz nie minie. Nawet po 5 latach od rozstania, kiedy dowiedziałam się, że tamten będzie miał dziecko, padłam na 3 dni i wyłam. Ale to już przeszłość. Pamiętam, że to była miłość, ale wiem też, że nawet po takiej miłości jest przyszłość, szczęście, kolejny ukochany mężczyzna, który przyćmi - TAK! - okaże się lepszy od tamtego!

Zrób sobie detoks, żadnej walki o niego, teraz tylko i wyłącznie o siebie. Zanim przestaną Ci huczeć w głowie jego ostatnie słowa, zanim zamkniesz w głowie ich analizę, minie przynajmniej miesiąc. Zacznij liczyć ten czas już dziś, bo i tak będziesz musiała, a szkoda życia. I lata smile

A jeśli to jest TO, to on też musi to wiedzieć. Teraz nie wie, więc niech sobie żyje po swojemu. Nie można uznać, że to jest TO, jeśli czuje to tylko jedna strona. Jeśli tak jest - to to nie jest TO. I TO jest jeszcze przed Tobą.

Daj sobie szansę. Ja wiem, jak się teraz czujesz. Ale uwierz, że lepiej poczujesz się tylko zajmując się samą sobą, nie nim. Najpierw wyjdź z tego stanu w ten sposób, potem pomyślisz o nim, ok? Bo najważniejsze, żebyś teraz przestała tak cierpieć.

23 Ostatnio edytowany przez ziemniaczana (2013-07-26 14:05:41)

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Kochasz go - bo chcesz go kochać.
Cierpisz - bo chcesz cierpieć.
Tęsknisz - bo chcesz tęsknić.

Bo masz w głowie wyidealizowany obraz miłości i świata. I bardziej niż definitywnego rozstania z nim boisz się rozstania z tym właśnie wyidealizowanym światem, rozstania z marzeniami i wszystkim na czym się opierało do niedawna twoje życie. Dlatego nie chcesz tego przyjąć do wiadomości.

To że to twój pierwszy związek, ten który wpasował się w twoje oczekiwania względem miłości doskonałej pogarsza sprawę. No bo skoro to miłość doskonała to czemu kończy się klapą?

Tracisz siebie coraz bardziej, wyniszczasz. Wiesz może w tym tytule tasiemiec jest naprawde coś więcej. Ta twoja miłość jest właśnie jak tasiemiec. Pasożyt który wyniszcza Cię od środka, wysysa poczucie własnej wartości, motywację, cele. Całą swoją energię skupiasz na tym czego nie masz, czego mieć nie możesz. Nie ruszysz z miejsca dopóki nie przestawisz sobie w głowie, że to koniec.

No właśnie koniec.
Ty jeśli już, zauważasz jedynie koniec związku, koniec jego w twoim życiu. A dalej jakaś czarna dziura, przepaść, otchłań bez dna i chaos do kwadratu.
Ale no właśnie ... koniec JEGO  w TWOIM życiu. On może z niego zniknąć - ale życie przecież będzie toczyło się dalej. Dalej coś musi przecież być. Tylko Ty na dzień dzisiejszy nie chcesz i nie potrafisz tego zauwazyć.

Możesz wyć, płakać, unieszczęśliwiać się na siłę - ale tym nic nie zmienisz. To że będziesz czuła się super nieszczęśliwa nie zadziała niczym magiczne zaklęcie które odmieni los i cofnie czas.
Na to już za póżno, za dużo się stało. To co było minęło - choćby nie wiem co się nie działo nigdy PRZENIGDY nie będzie już jak było. Wiem, że za tym tęsknisz i ciągle do tego wracasz. W pewnym sensie utknęłaś - bo dla Ciebie to były te "szczęśliwe chwile". Boisz się ruszyć do przodu. Jednak pamietaj: coś się zaczyna coś się kończy. Banalne - lecz prawdziwe. Czekają cię jeszcze niejedne "szczęsliwe chwile". Ale musisz się na nie otworzyć, przestać oglądać jedynie za siebie i ruszyć w końcu do przodu. Musisz zacząć chcieć być szczęśliwa .

O wiele lepiej byłoby dla Ciebie gdyby on zerwał kontakt.
Powinnaś odciąć się od niego, pobyc sama ze sobą, choć tego boisz się najbardziej. Uspokoić się, odzwyczaić od jego obecnosci w swoim zyciu. Ochłonąć. Innymi słowa - pora na detoks.

Jeśli masz możliwość - wyjedź gdzieś na wakacje, zmień otoczenie. Oderwij się od tego całego emocjonalnego syfu choć na chwilę, bo zwariujesz. Zrób coś dla siebie, podbuduj poczucie własnej wartości, a poczujesz się silniejsza.

24

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Dziękuję Wam.

Wiecie staram się robić dużo, ale...nie wychodzi mi?Kupiłam kota, może głupie, ale mam do kogo pogadać, nawet bez odzewu. Na siłe (to jest najgorsze) oglądam filmy, czytam książki, robie jakieś głupie kobiece zabiegi pielęgnacyjne. Właśnie...wszystko na siłę, bez poczucia głębszego sensu. Bo jakby po co?

I co z tego, że czymś się zajmę, na siłę staram się myśleć o czymś innym skoro za chwilę uderza to ze zdwojoną siłą?Może właśnie powinnam to przeżyć, przecierpieć maksymalnie jak się da aby się oczyścić?A tak ciągle czuję, że jeszcze nie przeżyłam tego tak mocno, że coś we mnie jeszcze jest i wyjdzie na wierzch.

Wiem jestem uzależniona, od niego i od uczucia. Tak naprawdę nie boję się samotności, tylko braku JEGO. Jest we mnie tyle obaw, tyle tęsknoty. Moje życie tym roztsaniem podzieliło się na - byłam szczęśliwa i - nie jestem szczęśliwa. Przeraża mnie perspektywa, wizja przyszłości. Tej przyszłości która miała być nasza, która miała być z nim.

Może gdybym zamieniła te uczucia w złość, może to by pomogło. A może to też zatruwa człowieka?

Wiem, że wszystkich to przeraża, od każdego słyszę to samo. Staram się każdą radę wcielić w życie ale jakby one nie pomagają. Czas, czas, czas, ale czy po takim czasie tych tak naprawdę 5 miesiącach nie powinno być chociaż trochę lepiej?

25

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Nie, bo rozstałaś się z nim i z myślą o tym, że to koniec, dopiero wczoraj. A nie, poczekaj... jeszcze się z nią nie rozstałaś.
To jak ma być w ogóle coś lepiej?

26

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Wiem, tak naprawdę wiem. Tylko ta myśl jest tak bolesna, że sama się odsuwa. Boję się dopuścić do siebie wszystkie te uczucia, myśli które są z tym związane. Czuje jakbym miała wtedy tego nie przetrzymać. Nie mogę wyobrazić sobie takiego jego zniknięcia. Takie na zawsze, do końca życia.

27

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Niewiem, czujesz, że robisz to wszystko, co robisz stricte dla siebie na siłę, ponieważ jesteś uzależniona od niego. Coś, co robisz dla siebie samej nie ma dla Ciebie sensu. Tak, to jest przerażające, bo wbrew Twoim wyobrażeniom miłość ani związek nie na tym polegają.
Związek zdrowy i dający szczęście (a nie jego ułudę i narkotyczny haj) to relacja dwojga odrębnych, pełnych, świadomych siebie i swojej wartości bytów. Osób, które mają swój świat, swoje marzenia, plany, znajomych, pasje. Lubią, szanują i akceptują siebie. Są razem, bo chcą, a nie dlatego, że potrzebują siebie jak powietrza. Towarzyszą sobie, idą razem przez życie. Ale nie stanowią tego życia dla siebie nawzajem.

Co powoduje, że myślisz, iż bez niego nic nie znaczysz? Dlaczego tak bardzo siebie nie lubisz?

28 Ostatnio edytowany przez ziemniaczana (2013-07-26 14:28:27)

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Już wiem co jest nie tak!
Ty po prostu zły podział stosujesz!

Nie żadne :
"byłam szczęsliwa - nie jestem szczęsliwa"

tylko
"byłam szczęśliwa - nie jestem szczęsliwa -będe szczęśliwa"

Oto poprawny podział wink
Teraz powinno być już ok big_smile

A tak serio fajny pomysł z kotem. Masz się kim opiekować.
Wiem że Ty nie widzisz przyszłosci teraz. To nic. Zobaczysz za jakiś czas.
Naprawdę strasznie mi przypominasz siebie.
Więc skoro mi się udało - to czemu Tobie ma się nie udac? smile

29

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec
ziemniaczana napisał/a:

Naprawdę strasznie mi przypominasz siebie.
Więc skoro mi się udało - to czemu Tobie ma się nie udac? smile

Mnie też się udało smile

30

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Dajecie mi dużo nadziei, dziękuję. Może sama w to uwierzę. Mam nadzieję, że naprawdę z tego wyjdę. Inna, może silniejsza?

Zawsze wszystko przeżywałam mocno i długo więc wiem, że u mnie zajmie to dużo czasu, liczę się z tym. Problemy zawsze mnie przerastały.

Ale czego chciałabym na chwilę obecną?Wyzbycia się nadziei, nadziei, że on wróci. Tej myśli, że to jeszcze nie koniec. Może każdy kolejny dzień będzie mi to uświadamiał i w końcu małymi kroczkami będzie do mnie docierać ta prawda?

Czy u Was był takie etpa, że miałyście nadzieję na powrót?Jeśli tak, to długo?

31

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Jeśli nie dajesz sobie rady z problemami to chętnie Cię wysłucham. Napisz na gg: 43972461 albo na maila:
sabineczka4848@wp.pl

32

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Witaj,jestem tu nowa i dokładnie etap po etapie przeżywam to co ty;(-minęło 4,5 m-ca. Jestem już dojrzałą kobitką 40+ po trzech związkach, ale ten ostatni wywołał u mnie takie same skutki co u Ciebie, widać więc, że twój stan nie jest jakimś ewenementem, przeanalizowałam twoje wypowiedzi i dosłownie czuję się tak samo jak ty. Jesteśmy po prostu zbyt wrażliwe, ufne, za dobre w tym parszywym świecie....Robię dosłownie wszystko, a nawet więcej jesli chodzi o rady na złamane serducho i też mi nic nie pomaga....a zamiast kota, zafundowałam sobie w ramach odreagowania wycieczkę 2 tyg. za granicę, ale nawet tam każdego dnia, w każdej prawie chwili myślami byłam przy nim ;( i codziennie wbijam sobie do tego durnego łba jak dla takiego gnojka, który zdradził, oszukiwał, wykorzystał, któremu nie zależało na mnie mogę,a nawet wrecz wbrew rozsądkowi muszę oddać moje chwile życia, ech droga do uzdrowienia przede mną daleka..... i też jak w twoim przypadku, choć już rzadziej, pojawia się w sercu TA nadzieja, że jeszcze może coś...,ale mózg dyktuje..odetnij się, odpuść,zapomnij! Tu tylko chyba stary jak świat banał jest lekarstwem: czas, czas i jeszcze raz czas...Ja jemu teraz tylko zaufałam, że mi ta moja najwieksza milość życia w końcu przejdzie....

33 Ostatnio edytowany przez ziemniaczana (2013-07-26 19:03:36)

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Tak żylam swojego czasu nadzieją, że to przeciez niemozliwe ze to koniec ze na pewno wystarczy zrobić COŚ i wszystko będzie jak dawniej. I niepotrzebnie głowilam się tylko nad tym CZYMŚ.

Swojego czasu po prostu doszlam do wniosku że jak mamy być razem to i tak będziemy ale ZA JAKIŚ CZAS. Po prostu KIEDYŚ, ale teraz (a właściwie wtedy bo o czasie przeszylym przeciez mowa:P) jest pora na coś innego, na jakieś inne, nowe życie. Ze powinnam wykorzystać ten czas najlepiej jak się da.

I tak jakoś po malu zdrowiałam, sama nawet chyba nie zdając sobie z tego sprawy.
Na pewno u mnie plusem był całkowity brak kontaktu. I uważam że jeśli chcesz się wyleczyć to całkowite zerwanie kontaktu jest najlepszym sposobem.
Pytanie -  czy masz w sobie na tyle siły by to zrobić?

Sama się zastanów - przecież na dzień dzisiejszy nawet nie potrafilibyście być razem. Za dużo rzeczy się stało, ten związek nigdy nie byłby taki sam.

Wyjdziesz z tego, na pewno i to silniejsza, mądrzejsza, bardziej świadoma siebie.
U mnie nie pamiętam już nawet ile minęło od momentu gdy siedziałam na tym forum przeżywając stan podobny do twojego, gdy myślałam że nie dam rady, że już nie umiem być szczęśliwa.
Oj mocno się wtedy myliłam wink
Fakt, że u mnie to już ponad rok minął, więc łatwo tak mówić z perspektywy czasu. Pierwsze miesiące były najgorsze przyznaje. Ale czas przecież i tak kiedyś minie.

Moja niekonwencjonalna rada - przypomnij sobie ostatniego chlopaka który Ci się podobał, z którym mogłabyś się spotkać czy nawiązać kontakt. Może zabrzmi śmiesznie ale to serio pomaga.

A poza tym standardowo doradzę: wychodz do ludzi, dbaj o siebie. Niby próżność zła cecha, no ale cel uświęca środki - dlatego "odwal się" kiedyś na bóstwo i idź na jakąś imprezę. Poczuj się atrakcyjnie. Niby takie małe doraźne rzeczy - ale pomogą trochę oderwać się od tego bałaganu emocjonalnego w twojej glowie. I nie zniechęcaj się że "nie czujesz" tego co robisz. To naturalne. W końcu poczujesz wink

Teraz jest TWÓJ czas i tylko od Ciebie zależy jak go wykorzystasz. Pomyśl ze jesli macie być razem - to i tak będziecie. Nie wiem wpadniecie gdzieś na siebie w warzywniaku, nagle bum zaiskrzy.

Dlatego możesz się tylko zamartwiać i dołować albo... no własnie.
Twoj wybór wink

Trzymam kciuki wink

34

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Smutna ta historia. ale czytając ją, co chwilę robiłam facepalm, nie mogąc uwierzyć jaka jesteś naiwna i ile dawałaś mu szans.
Powinnaś absolutnie urwać kontakt gdy się wyprowadził. A Ty dałaś mu siebie na tacy w extra formie - zero zobowiązań, w końcu mieszkacie osobno i oficjalnie już nie jesteście razem, ale za to chętnie rozchylasz nogi (wybacz), a do tego jesteś super miła, bo chcesz by wrócił.
Straszne i aż jestem zła, jak ten facet miał super, a jak Ty skakałaś koło niego (tak, wiem, on inicjował spotkania, no ale właściwie o czym to świadczy? Bo dla mnie wcale nie o miłości tylko o tym że chciał się spuścić co 2-3 dni).

Cały czas przejmujesz się jakąś tam dziewczyną, a nie rozumiesz jednej podstawowej rzeczy. On Cię nie kocha.

35

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Moi Drodzy,

Powiedzcie mi proszę z własnych doświadczeń bądź innych osób czy taki etap wyparcia, nie dopuszczania do siebie tej najbardziej bolesnej myśli, że już" nigdy nic" jest potrzebny/normalny?

Ja tak naprawdę żyję w zawieszeniu. Wiem, że nie ma go teraz ale nie umiem dopuścić do siebie tej myśli, że jego nie będzie w przyszłości. Ona wpada mi do głowy ale jest tak bolesna, czuję jakbym miała zwariować. Może to przez to nie umiem ruszyć do przodu. Żyję, funkcjonuję, ale jakby obok ciągle czekając.

Właśnie, ciągle czekam, że coś jeszcze się wydarzy/wyjaśni. Coś co pozwoli mi zmierzyć się z tą prawdą. Bo po prostu nie umiem. Może moja psychika po tych wszystkich przeżyciach nie jest jeszcze gotowa?Nie płaczę, nie wspominam, wszystko od siebie odrzucam bo... to jeszcze nie jest koniec?

Czy to się skończy?

36

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Czy to się skończy?
Nie. "Samo się" nie skończy. Albo to skończysz, albo (tak, jak do tej pory) będziesz to podtrzymywać.
Póki co, podjęłaś decyzję, bo jest to decyzja, by żyć w zawieszeniu. Podjęłaś decyzję o czekaniu. Te wszystkie słowa "nie umiem", "nie jestem gotowa", są pretekstami. Są tłumaczeniem potrzebnym Tobie, bo pewnie niezręcznie jest Ci samej przyznać, że podjęłaś taką, a nie inną decyzję.

Co się stanie, gdy staniesz przed lustrem i patrząc sobie w  oczy powiesz, że podjęłaś decyzję o takim życiu? Jesteś dorosłym człowiekiem. To Twoje życie.

37 Ostatnio edytowany przez niewiem1104 (2013-07-30 08:36:44)

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Masz rację, na pewno masz rację, to wszystko to są decyzje.

Tylko psychika broni się przed tymi myślami. W przeciągu kilku miesięcy przeżyłam śmierć bliskiej osoby i to rozstanie. Chyba stąd ten mechanizm.
Dodatkowo to, że przez 5 miesięcy próbowaliśmy to ciągnąć. Wyprowadził się, ale dalej przez 5 miesięcy się spotykaliśmy i było coraz lepiej...
Może dlatego nie umiem tego do siebie dopuścić. Jak zrobiłam to ostatnio to wylądowałam w szpitalu...po prostu wyłączyłam się, mój mózg się wyłączył. Boję się tego ponownie.

Do mnie to nie dociera. Jakby to nie miał być koniec. W sytuacji jakiej się znalazłam szukam ulgi?

Dodatkowo, napisała do niego nasza wspólna przyjaciółka. Aby powiedział jak jest, bo nie wie jak ma ze mną rozmawiać. Zna tylko moją perspektywę i nie umie z niej wyciągnąć wniosków. Czy jest to dla niego końcem i ma ze mną rozmawiać jak po zakończeniu związku czy ma być przy mnie do momentu aż on ułoży sobie to w głowie, Powiedział, że później odpisze bo teraz nie ma możliwości. Na razie cisza...od niedzieli.

38

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Żaden mechanizm. Żadne "nie umiem".

Przeczytaj swój ostatni post. Jedno usprawiedliwienie pogania drugie.
Przed kim się tłumaczysz? I po co?

Edit:
Wiem, po co się tłumaczysz. tongue

39

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Wiesz Wielokropku, to się samo dzieje (wiem nie wierzysz). Może jesteś bardziej świadomą siebie osobą.

Po prostu może uciekam przed cierpieniem, odsuwam te złe uczucia. Już mam go za dużo? Od półtora roku w moim życiu działy się naprawdę złe rzeczy. Nie chcę tej nadziei, nie chcę dlatego ciagle pytam się ile to trwa, czy z tego wyjdę, bo chcę ruszyć naprzód.

Jakby to po prostu nie docierało. Jakby miało się nam udać. I oczywiście nie będę okłamywać ani siebie ani nikogo innego, że tego nie chcę, bardzo chciałabym z nim jeszcze być.

Powtarzam soebie co chwila "jego już nie będzie, to koniec" ale jakoś nie dociera?

40

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

A ja uważam, że to normalny etap. Po prostu to wypierasz, bo tak jest lżej, to cierpienie nie jest na raz tak ogromne. Potem będzie gorzej, bo zacznie do Ciebie docierać prawda o sytuacji, w jakiej się znajdujesz, potem pojawią się przebłyski słów, które mówisz, i nie przestaniesz ich analizować pewnie z miesiąc, i w końcu nadejdzie ten najtrudniejszy moment - kiedy powiesz sobie i dojdzie do Ciebie, że to koniec i nie wróci. Ale do tego momentu trzeba chyba dojść samemu. I zawsze to trochę trwa. I potem będzie coraz lepiej smile Będziesz mogła pomyśleć o tym bez bólu, a za kilka miesięcy złapiesz się na tym, że nazywasz go dupkiem, jesteś wściekła i rozczarowana, bo wyraźnie i z boku zobaczysz ile dawałaś z siebie Ty, a ile on - i uznasz, że TY SAMA go już byś nie chciała!

Etap wyparcia to normalka, nie martw się. Wypieraj sobie teraz, jeśli Ci z tym łatwiej, psychika sama popchnie kolejne etapy do przodu. Myśli nie uciszysz, a przepracowane pozwolą dojść Ci potem do ciekawych wniosków. Tylko nie próbuj już nic robić. To będzie bardzo złe i tylko przedłuży ten etap, w którym jesteś teraz. Ochłoń, ratuj siebie! A on, jeśli ma z Tobą być, sam musi to wiedzieć. Ty już go nie przekonasz. A nawet jeśli, to nie będziesz z nim wtedy szczęśliwa. Szczęśliwa z tym człowiekiem możesz jeszcze być tylko i wyłącznie wtedy, kiedy ON SAM stwierdzi, że bez Ciebie żyć można, ale on wcale tego nie chce! Kiedy świadomie podejmie decyzję, że Ty i żadna inna. A na to trzeba czasu, za dużo się wydarzyło teraz. Teraz jest czas dla Ciebie, żebyś odzyskała wiarę w siebie i sama siebie pokochała. I odzyskała równowagę. Bez niego.

41

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Wielokropku,

Nie wiem, czy Twój podany wiek zgadza się z Twoim relanym wiekiem, ale mimo wszystko bije od Ciebie pewna dojrzałość i mądrość. Wiesz teraz potrzebuję takich osób w swoim życiu, dlatego uwielbiam rozmawiać z moją Babcią. I  mówię o takiej mądrości życiowej, która pewnie wynika z wielu doświadczeń.

Zarówno inni jak i ja sama uważałam siebie za właśnie taką dojrzałą osobę a teraz czuję się jak 14 latka....emocjonalnie stałam się dzieckiem. Moje życie się cofnęło i cofnęłam się emocjonalnie ja sama.

Mówisz o decyzjach, ja rozumiem, że decyzja jest w takim razie myślą, zgodnie z która podejmujesz działanie. Czy w takim razie należy utożsamioać uczucia z myślą, czy to jest to samo? Czy będąc z kimś i kochając go musisz ciągle myśleć, że go kochasz?Czy to nie jeste tak, że po prostu to czujesz bez myślenia o tym?

Uważam, że nie można wmówić sobie miłości, więc czy można sobie wmówić brak miłości? I czy chodzi o to, żeby sobie wmówić/podjąć decyzję?Czy to jest właściwe? Czy można sobie wmówić jakiekolwiek uczucia? Czy powinniśmy kierować się w swoim życiu tylko tym świadomym mysleniem czy też intuicja, uczuciami itp?

Często spotykam się ze zdaniem, że moja miłość w takim razie nie była TĄ miłością. Możliwe. Ale w takim razie jak rozpoznać TĘ miłość?Czy to, że związek się nie udał, dla drugiej osoby nie było się tą osobą musi oznaczać, że dla mnie ona też nie jest tą osobą?

Wszyscy mówią o czasie. Ale czy z tym czasem trzeba coś zrobić?Jakoś u pomóc?Czy nalezy wtedy jakoś specjalnie myśleć, wkręcać się/podejmować decyzję?


Mam 24 lata, ale to był mój pierwszy związek, taki na który czekałam. Pierwszy raz pokochałam i pierwszy raz przeżywam rozstanie. Może dlatego jest mi tak ciężko. Nigdy wcześniej nie poczułam nic do nikogo innego. Bo czekałam właśnie na coś takiego.

42

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec
wczesna napisał/a:

Tylko nie próbuj już nic robić. To będzie bardzo złe i tylko przedłuży ten etap, w którym jesteś teraz. Ochłoń, ratuj siebie! A on, jeśli ma z Tobą być, sam musi to wiedzieć. Ty już go nie przekonasz. A nawet jeśli, to nie będziesz z nim wtedy szczęśliwa. Szczęśliwa z tym człowiekiem możesz jeszcze być tylko i wyłącznie wtedy, kiedy ON SAM stwierdzi, że bez Ciebie żyć można, ale on wcale tego nie chce! Kiedy świadomie podejmie decyzję, że Ty i żadna inna. A na to trzeba czasu, za dużo się wydarzyło teraz. Teraz jest czas dla Ciebie, żebyś odzyskała wiarę w siebie i sama siebie pokochała. I odzyskała równowagę. Bez niego.

Wczesna, widzę u Ciebie ogromny postęp. Może dlatego, że się odezwał, bo gdzieś coś takiego przeczytałam smile
Bardzo się cieszę, że widzę te postepy.
Nie zamierzam nic robić, już nawet nie mam tej palącej potrzeby odezwania się.  Przyjaciółka napisała bardziej dla siebie niż dla mnie. Nie ma zamiaru namawiać go do powrotu, ja również. Wiem, że tylko on sam musi podjąć taką decyzję, a żeby ona była właściwa nie może mnie przy tym być.

Wiesz Wczensa to nie jest tak, że ja nie kocham siebie. Kocham siebie bardzo, bardzo siebie lubię, ale czy to ma wyeliminować moją potrzebę bycia z kimś, potrzebę miłości? Miłości z tą właśnie osobą?Nie spadła mi samoocena, nie przestałam siebie lubić, ale odczuwam brak, brak tego co miałam. Tak po prostu, po ludzku.

43

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Odezwał się, ale posłałam go na drzewo, obruszył się i poczuł, że "go zbywam". Nie dam sobie drugi raz zrobić wody z mózgu. Teraz milczy i nie czekam, bo wiem, że skonczyłoby się dokładnie tak samo. Ego chce dupek podbudować i sprawdzić, czy wciąż jestem. NIE MA MNIE. Nie dla niego. Nie po to, żeby znów mu pomóc, a samej skazać się na rozpacz, bo on w tym co robi teraz myśli tylko i wyłącznie o sobie. Dupek.

Kochasz siebie, ale nie umiesz być sama ze sobą. Nie zadawaj takich pytań, dziewczyno, bo się wykończysz. Ja doskonale wiem, w jakim miejscu teraz jesteś i co masz w głowie. Trzeba to przeczekać. Nikt nie odbiera Ci prawa do kochania go, cierpienia, czekania, myślenia. My próbujemy powiedzieć, że to, jak długo w tym miejscu będziesz, zależy głównie od Ciebie. Potrzebę bycia z nim masz i masz do niej prawo. Ale musisz w sobie wypracować umiejętność i radość z bycia samej ze sobą. Bez niego. I dopiero potem się wiązać.

Jesteś bardzo wrażliwa, to fajnie, ale mam nadzieję, że sobie tym nie utrudnisz tego trudnego już i tak procesu zdrowienia. To nie była wyjątkowa miłość. Gdyby była wyjątkowa, to byłby przy Tobie w tym trudnym czasie w Twoim życiu i nie potraktowałby Cię tak, jak potraktował. Poczekaj kilka miesięcy, przyznasz nam wszystkim rację - bardzo niefajnie się zachował, wykorzystał Twoje uczucia, Twoją naiwność i miłość. Może nawet nieświadomie, ale bardzo Cię skrzywdził. Zobaczysz to. Nie możesz z nim teraz być, bo zupełnie się na nim zawiesisz. Teraz jesteś uzależniona, wyjdź z tego, a potem zapytasz sama siebie, czy jest w Tobie jeszcze miłość.

44

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Tak, naprawdę mam tyle lat. big_smile
I sporo pracowałam nad sobą, by być dojrzałą osobą, stąd znam te wszystkie schematy i te wszystkie uniki, i te wszystkie wykręty, i te wszystkie tłumaczenia. Też usiłowałam udać malutką i głupiutką. Na szczęście trafiłam na osobę, która kopnęła mnie mocno w odwłok. tongue

Dlatego też zachęcam Cię do wzięcia odpowiedzialności za swoje wybory (bo i tak jesteś za nie odpowiedzialna), bardzo ułatwia to życie.

Teraz trochę smrodku dydaktycznego. wink
Uczucia są uczuciami. Rozum rozumem. Nie myl, proszę, jednego z  drugim.

Czym powinniśmy kierować się w życiu? Trudne pytanie dla mnie. Trudne, bo coraz rzadziej używam sformułowania "powinno się" w jego różnych odmianach. Mogę napisać o sobie. Kieruję się w życiu i intuicją, i uczuciami, i rozumem, i doświadczeniem, i radami innych, często też podejmuję przypadkowe decyzje (choć podobno takich nie ma).

Rozumiem, że ciężko jest Ci na duszy po pierwszym związku, po rozstaniu z człowiekiem, który był tym wyśnionym, wymarzonym, z którym wiązałaś swoją przyszłość. Przeżywasz żałobę. A żałoba, jak to żałoba - musi trwać. Daj czasowi czas. Odsmutkuj, odpłacz, odzłość się. Nie przyspieszaj, nie zmuszaj się do przeżywania czegoś, czego nie czujesz. Śmiej się, gdyś wesoła, płacz, gdyś smutna, złość, gdyś zła. Bądź prawdziwa w uczuciach. Nic nie musisz.

45 Ostatnio edytowany przez niewiem1104 (2013-07-30 10:45:25)

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec
wczesna napisał/a:

Kochasz siebie, ale nie umiesz być sama ze sobą. .

Tak Wczesna, dokładnie. Nie umiem być sama ze sobą, bo pamiętam, że byłam przy nim i ....było lepiej. Po prostu lepiej. Było mi lepiej z nim niż bez niego, bądź samej.

Wczesna, bardzo się cieszę, że doszłaś do tego etapu. Liczę na to, że ja równiez dojdę tylko wiesz...mi zawsze wszystko zajmuje więcej czasu. Ja zawsze wszystko przeżywałam mocniej, intensywniej, dłużej. Te uczucia tak się we mnie zakorzeniały, że to właśnie on mi pomagał, to on mnie wspierał. I wiesz ja potrafiłam się martwić i przejmować pierdołami, ale było łatwiej bo był on. Teraz dopiero wiem czym jest problem i dopiero nie umiem sobie poradzić. To paradoksalne. Potrzebuję go teraz właśnie przez niego...

Strasznie boję się tych kolejnych porażek. Jakaś znajomośc za rok/za dwa się nie uda i to będzie mnie tylko utwierdzało w przekonaniu, że to dlatego bo to on powinien być ze mną, że ja to już straciłam. Już pomijam fakt, że nie wyobrażam sobie nikogo innego. To jest abstrakcja, absurd!

Lubiałm to swoje życie z nim, więc nie lubię tego życia bez niego. I nie chcę żeby ono dalej tak wyglądało.

46

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Aż wydrukowałam sobie Twój post i przeczytałam od deski do deski 4 strony - wyobrażasz sobie? wink

Powiedz mi, bo jednego nie rozumiem. Jak to było, że on pewnego dnia podjął decyzję o wyprowadzce? Czy wcześniej już dawał Ci do zrozumienia, że mieszkanie z Tobą go męczy? Czy Ty po tym jak powiedział, że się wyprowadza probowałaś odbyć z nim poważną długą rozmowę? Wypytać o wszystko?
Taki długi związkek, a on nagle chyc? A Ty tylko walizeczki i zmiana statusu na fejsbuku..? Ja to bym mu kazała siadać i gadać jak na spowiedzi o co u diaska chodzi!

A poza tym - zostawił Cię samą z rachunkami za mieszkanie, które wynajęliście wspólnie - to jest zachowanie niegodne faceta, naprawdę.

Wiesz, piszesz z dumą, że Ty do niego w okresie jak "wyszedł z domu" się do niego prawie nie odzywalaś. Ale za to zawsze byłaś na jego zawołanie! niby dusiłaś ból w środku, ale same Twoje czyny przeczyły tej grze.

Wszystko grało na jego zasadach. On chciał luzu - wyprowadził się z dnia na dzien. Chciał spotkań - dawałaś mu spotkania. Chciał rozmów - prosze bardzo. I nie ma się co oszukiwać - chciał relacji z inną kobietą, która go w jakiś sposób fascynowała - a może nawet NIE. Może po prostu chciał mieć znajomą innej płci za wszelką cenę, akurat między nimi zagrało i z wypiekami na twarzy smsował do niej w nocy, dlatego, że wiedział, że robi coś, na co byś mu nie pozwoliła - wreszcie dorwał zakazany owoc. I to bardzo zakazany, bo dziewoja była w związku jak zaczynali znajomość.

Ja myślę, że to jest taki typ lekkoducha - będzie robił tylko to, co zechce, pójdzie tam, gdzie mu będzie wygodnie i absolutnie nie da się usidlić. Nie wróżę Wam udanego powrotu, bo Ty jesteś zbyt zaborcza, a on za bardzo chce "wolności", czyli przymykania oka na inne koleżanki.

Mam dla Ciebie tylko jedną radę. Postaraj się - proszę! - uspokoić się. Zrelaksować. Nie myśl za dużo, nie proś koleżanek o mediacje, nie czekaj z zapartym tchem. Na jego kolejne zaczepki reaguj chłodno. koniecznie parę razy odmów mu. I co najważniejsze - nie mów mu wszystkiego co czujesz. Niech zobaczy, że Ty też się wahasz, też masz tajemnice. Nawet spróbuj - zmuś się do spotkania z jakimś kolegą/znajomym. Jak zobaczy, że u Ciebie ta "furtka" sukcesywnie się przymyka może zrozumie, że traci wartoścowy związek. Jeśli nie, to będziesz musiała się z tym pogodzić.

Powodzenia i błagam Cię trzymaj się i nie rozpadaj na kawałki. Jesteś bardzo wrażliwa - postaraj się wyciszyć i wzmocnić.

47

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

No to teraz pracuj nad tym, żeby je polubić! Zmian, zmian, więcej zmian, takich, których on nie jest częścią. Ja pierwszego też tak przeżywałam. I sama siebie krzywdziłam. Potrzebujesz go, ale po co Ci to potrzebowanie, skoro potrzeba nie może być zaspokojona? On nie chce jej zaspokoić. Od dawna już nie chciał. I Twoje życie z nim było fajne, ale dla niego już mniej. Bo on już nie chce. Nigdy widać nie chciał tak, jak powinien chcieć, żeby to była piękna miłość. Potrzebujesz, bo się uzależniłaś, dalekie to od pięknej, czystej miłości. On pomagał, on wspierał... Fajnie, a bez niego to już się nie da? Zawisłaś na nim aż tak, że sama sobie nie poradzisz? To w końcu sama radzisz sobie z życiem i problemami, czy radziłaś wyłącznie dlatego, że on pomagał? Bez sensu, widzisz to? smile Zabrakło narkotyku, to Cię telepie, normalne. Ale fajki da się rzucić i potem nawet do nich nie ciągnie. Co więcej - w końcu zaczną Ci śmierdzieć, zamiast nęcić wink

48

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

PaulinaZ,

4 strony? a w moim odczuciu to taki skrót smile

Co do powrotu....mojej zaborczości i jego potrzeby wolności. Wiesz, pierwszymi osobami jakie poznałam na studiach były jego dwie byłe dziewczyny. Obie wielce cierpiące i nie potrafiące ułożyć sobie życia (btw. do tej pory). Później coraz bardziej poznawałam to towarystwo. Wiedziałam jaki jest. Wiedziałam, że może mieć każdą, nigdy nie przeżył zawodu. Nigdy nie było tak, żeby mu się nie udało. Zawsze wianuszek dziewczyn, zawsze mógł mieć każdą którą chciał. Znajomi już przestali nawet twierdzić, że jest inaczej. Zawsze mu się udawało. Dlatego przyjaciółka mnie ostrzegała, bała się, że mnie po prostu w świecie wykorzysta. Ale stało się...związek. Ja niezależna i silna też nie wierzyłam, że to się dzieje. Poważny z jego strony, gdzie wszyscy przecierali oczy ze zdumienia, że tak się zaangażował. Jego rodzina, przyjaciele gratulowali mi i dziekowali, że tak wydoroslał, że tak się dzięki mnie i dla mnie zmienił. Już nie jest lekkoduchem, tylko stał się mężczyzną. Może to mi dawało poczucie bezpieczeństwa?

Ja i inni wierzyliśmy, że po prosu jesteśmy dla siebie, dlatego ta zmiana. Jak się okazało stałam się dziewczyną, która go "wychowała" dla innej. Nauczyłam go jak żyć z kobietą, jak o nią dbać, jak to wygląda. Czuję się jak mama, która wychowała swoje dziecko dla kogoś innego, a teraz ono opuśiło gniazdko i musi na to patrzeć.

Miałam to poczucie, że już tak mocno nie potrzebuje tej wolności, więc mogę mu jej trochę dać.

Nie mam zamiaru nic robić. Już nawet nie mam tej ogromnej potrzby kontaktu. Zero furtki, zniknęłam z jego życia.

Też nie chcę, żeby on do mnie teraz wrócił. To by była jak to Bags nazywa "reanimacja trupa". Ja bym chciała stworzyć coś od nowa. Po przepracowaniu i przemyślniu naszego związku oddzielnie. To będzie miało szansę tylko wtedy jak ja odzyskam (tak, bo kiedyś miałam) swoją niezależność a on będzie naprawdę tego chciał. Wtedy i tylko wtedy nam może się udać.

49

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec
niewiem1104 napisał/a:

Ja i inni wierzyliśmy, że po prosu jesteśmy dla siebie, dlatego ta zmiana. Jak się okazało stałam się dziewczyną, która go "wychowała" dla innej. Nauczyłam go jak żyć z kobietą, jak o nią dbać, jak to wygląda. Czuję się jak mama, która wychowała swoje dziecko dla kogoś innego, a teraz ono opuśiło gniazdko i musi na to patrzeć.

Miałam to poczucie, że już tak mocno nie potrzebuje tej wolności, więc mogę mu jej trochę dać.

Nie mam zamiaru nic robić. Już nawet nie mam tej ogromnej potrzby kontaktu. Zero furtki, zniknęłam z jego życia.

4 i pół dla ścisłości smile

Kochana, to naprawde straszne i druzgocące co piszesz, ja też bym się tak czuła. gdyby po 5 latach mój chłopak, który u mnie mieszkal i zaznał prawdziwego związku ode mnie odszedł czułabym się tak samo. Dokładnie jakbym była jego przezimowaniem, studia sie skonczyły - hyc w nastepny etapik z wygodnego gniazdka. Gdyby tak zrobił - oj popamiętałby.

Też miałam silną potrzebę kontrolowania go - ale on już  się nauczył, że z koleżaneczkami się nie pisze i nie umawia, jeśli nie ma się do nich konkretnej sprawy. Też ma duże powodzenie - ostatniego lata wyjechał z kolegami na męski wyjazd do Debęk. Było ich tam 6 chłopa i z grupki stojącej przed beach barem właśnie jego zaczęły zaczepiać jakieś małolaty, pomijając już to, że jedna zapoczątkowała znajomośc klepnięciem go w tyłek, jak przechodziły obok. No masakra.

Ja też mocno wierzę w nasz związek, ale nigdy nie mówię nigdy. I powtarzam sobie, że każdego dnia w jednej chwili moje życie może się odwrócić do góry nogami - pewnego pięknego dnia może to on, a może to ja będę chciała odejść - coś mi się odwidzi, kogoś poznam przypadkiem... Niezbadane są zupełnie uczucia drugiego człowieka, dlatego też naprawdę strasznie dziwi mnie, że on sobie odszedł z mieszkania, a Ty zostałaś tam sama bez poproszenia go o podanie konkretnego powodu, bez wyjasnienia - to w końcu Ci sie należało za te wszystkie lata!

Może on też uwierzył w to, że jesteście sobie pisani, ale w jego wykonaniu mogła to być tylko i wyłącznie taka ilość czasu jaką byliście razem. Może on 9skoro mówisz, że miał już dziewczyny i skrzywdził je) nie potrafi i nigdy nie będzie potrafił być w stałym związku?

Nie chcesz wracać... A jak się on odezwie to co zrobisz? Faceci mają opóźnione reagowanie. Na stówę w końcu sie ogarnie, że nie warto było uciekać do tej ekscytującej wolności. Faceci naprawdę nie doceniają stabilnego związku dopóki nie poczują groźby jego utraty.

50

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Eh, jaka historia...
http://www.youtube.com/watch?v=HoRjvYzqdrQ
http://www.tekstowo.pl/piosenka,bon_jovi,_it_s_hard__letting_you_go.html

Oby Ci się udało z tym chłopakiem...

51

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec
niewiem1104 napisał/a:

Nie chcesz wracać... A jak się on odezwie to co zrobisz? Faceci mają opóźnione reagowanie. Na stówę w końcu sie ogarnie, że nie warto było uciekać do tej ekscytującej wolności. Faceci naprawdę nie doceniają stabilnego związku dopóki nie poczują groźby jego utraty.

PaulinaZ,

To nie jest tak, że ja nie chcę wracać. Bardzo chcę. Nie chcę wracać teraz. Chcę odzyskać siebie, chcę, żeby wrócił nie z powodu sentymentu, tęsknoty tylko dlatego, że naprawdę tego chce, a po tak krótkim czasie to się nie uda.

Jeśli się odezwie (na co bardzo liczę) nie wiem co zrobię. zależy od tego w jaki sposób. Jeśli to będzie miało być koleżenskie"co słychać itp" to nie ma szans na jakikolwiek kontakt bo on mnie zabije. Jeśli będzie chciał nas odbudować - na pewno spróbuję. Oczywiście nie z otwartymi ramionami.

Jeszcze nie wyszłam z etapu, kiedy nie chcę, żeby wrócił, wręcz jestem na etapie, że bardzo tego chcę!

52

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec
niewiem1104 napisał/a:

Jeszcze nie wyszłam z etapu, kiedy nie chcę, żeby wrócił, wręcz jestem na etapie, że bardzo tego chcę!

Kurcze. Z jednej strony to dobrze, a z drugiej niedobrze. Czy Ty w ogóle z nim tak od serca rozmawiałaś? Zapytałaś, czy nie szkoda mu Waszych wspólnych lat? Zaproponowałaś - "ok, to zmieniamy zasady gry, jeśli ty się dusisz, to ja pójdę na pewne ustepstwa i pozwolę ci się kontaktować z innymi dziewczynami? (oczywiście w rozsądnych granicach)"

Z tego co piszesz rozumuję, że chcesz to co się dzieje teraz traktować jako "przerwę". A czy wiesz w ogóle co się u niego dzieje? Od jakiego czasu nie macie kontatu? Bo wiesz, może być tak, że będziesz czekała, myślała, że to przerwa, a skoro on to taki łakomy kąsek, to poszuka sobie prędko pocieszenia.

Napisz proszę głównie czy rozmawialiście i czy on podał powód "odejścia".

PS
Wiesz, że tak naprawdę to nie Ty potrzebujesz kopa, tylko on? I to mocnym butem.

53

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Jak to banalnie a prawdziwie brzmi, że "mieli być na zawsze, a doczekali końca" I to bez różnicy, czy jest to związek partnerski, czy też tego wyższego szczebla - po zaobrączkowaniu. Wsio miało być jak w wybujałej wyobrażeniowo bajce - wyszło... jak zwykle, gdzie człowiek przejechał się po kostropatym betonie gołym tyłkiem.

Zatrzymaj(cie) się na chwilę w tym niekończącym się "love story" i tak z ręką na sercu zastanówcie się, czy kochaliście partnera, czy paradoksalnie jego wyobrażenie w wyimaginowanej wyobraźni w procesorku pod czuprynką u każdej/każdego z Was?

Budowaliście razem - a może jednak każde z osobna - ten Wasz związek jak domek z kart, układając cegiełka po cegiełce jego "mury" w przeświadczeniu, że jest to ta wieczna i trwała od wszelkich turbulencji życiowych twierdza. Wyszła z tego wyniosła budowla niczym WTC ew. wieża Eifla ale o lichych fundamentach, bo znów ich skalista wytrzymałość okazała się... piaskowym fiaskiem z zawieszoną w powietrzu przysłowiową babką. I upadek tego królestwa jak skok na bungee - tyle, że bez liny - przeszedł nieoczekiwany "the end", bo wszechno "przeminęło z wiatrem".
Z babki wyszedł zakalec... hmm

Wiem, że zaraz posypią się na mnie gromy, że dobrze jest mi to tak mówić i niebywale łatwo mi to przychodzi, klepiąc ten elaborat w klawiaturę. Uprzedzę tą burzę gromkich ataków na mnie - jestem "pomałżeńskim" jednym z Was i jadę na tym samym wózku co i Wy.

Doświadczeniem nie jest to, co się człowiekowi przytrafia, ale to, co człek z tym zrobi w przyszłości -za dzień, tydzień, miesiąc, kwartał, rok. Doświadczenia z przeszłości są bagażem przyszłości i paradoksalnie na teraz - brak decyzji, to też decyzja. Tylko po co ma ona - podejmowana nieświadomie wbrew sobie - uwierać Was w przyszłości.
Doszukujecie się igły w stogu siana -bo chciałoby się by ten "ex" obiekt westchnień wrócił - który poszedł z dymem, obracając się w nicość. I zostajecie o "igłowym" kiju. Zróbmy "wspólnymi siłami" z tego też użytek, rozganiając w 4 strony świata tych, których kochaliśmy, ale im na Nas jak widać na załączonych obrazkach... nie zależało.
Odwróćmy przeznaczenie... big_smile

54

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Hmmm...

To nie jest tak, że ja traktuje to jako przerwę, bardziej mocno wierzę, że to jest czasowe rozstanie. Wierzę i tego pragnę

Jak się wyprowadził w lutym, powiedział, że nie chce ze mną mieszkać, że czuję sie przemęczony, te moje problemy i jego. Ja bardzo przeżywałam chorobę Dziadka, w jego odczuciu za bardzo a ja po prostu nie mogłam sobie z nią poradzić. Przemęczył się tym. Wtedy powiedział, że nie chce tego kończyć, on teraz nie widzi po prostu wspólnego mieszkania, musi odpocząć. Mieliśmy pomyśleć dwa tygodnie.

Po dwóch tygodniach, że on nie umie z tego zrezygnować a jednocześnie nie wiem co się dzieje, nie wie czy umie ze mną być itd. Spotykaliśmy się przez trzy miesiące nie rozmawiając o tym. Po trzech miesiącach pękłam i zaczęły się rozmowy o wspólnym mieszkaniu, jak to widzimy, co z tym robimy itd.

Wiesz, on potrzebował świeżości, my tak naprawdę od samego początku mieszkaliśmy razem, po dwóch tygodniach - tak wyszło. Tęsknił za etapem spotykania się, bo tak naprawdę nigdy tego nie mieliśmy. Dla mnie to było ciężkie ale w pewien sposób ekscytujące, podobało mi się. Tylko problemem była ta dziewczyna. O to były wszystkie kłótnie. I ta ostatnia jak zobaczyłam, że do niej dzwonił. Tak się skończyło 25 czerwca, równo 4 miesiące po jego przeprowadzce.

Nie odzywałam się ani ja ani on przez 3 tygodnie. Później napisałam smsa z życzeniami i spotkaliśmy się na piwie. Wtedy powiedział, że się z nią spotkał dwa razy itd, ale że to inna para kaloszy, jest po prostu koleżanką i za trzy miesiące nawet nie będzie pamiętał, że ktoś taki był. O nas? Tak naprawdę nic, nie pytałam co z nami, nie pytałam co robimy. Pożegnaliśmy się, życzyliśmy sobie powodzenia i tyle. Następnego dnia jeszcze się spotkaliśmy. Zwykła rozmowa znowu zero o nas i tyle. To było tydzień temu.

Teraz czekam co odpisze naszej przyjaciółce.

55

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Tylko... czemu czepiasz się ułudy?

Czemu wszystko robisz, by nie zobaczyć rzeczywistości?

Odpowiedzi na te pytania są ważne dla Ciebie.

56

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Nie czepiam się ułudy.

Po prostu bym chciała. Najnormalniej w świecie bym chciała z nim być. Tyle.

A czemu pojawia się jakaś nikła, naprawde nikła myśl o powrocie, bo przez tyle miesięcy wychodziliśmy z tego i było coraz lepiej. Nawet się śmiałam, że zaraz mi się oświadczy. Tylko dlatego.

57 Ostatnio edytowany przez PaulinaZ (2013-07-30 15:01:19)

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec
bags napisał/a:

Wiem, że zaraz posypią się na mnie gromy, że dobrze jest mi to tak mówić i niebywale łatwo mi to przychodzi, klepiąc ten elaborat w klawiaturę. Uprzedzę tą burzę gromkich ataków na mnie - jestem "pomałżeńskim" jednym z Was i jadę na tym samym wózku co i Wy.

Nie chodzi o to, że chcę trafić Cię gromem, ale opisujesz smutny schemat w bardzo cyniczny sposób.. To, jak mniemam, nie przynosi Pani "niewiem" ukojenia ani rady...
Choć na elaborat to za krótkie, to wynoszę z niego, że nie ma co tutaj pisać i się zastanawiać, bo każdy kiedyś myślał, że będzie trwał w wiecznej miłości i się na tym srodze przejechał... Dużo porównań, parodiowania, goryczy...

Wszyscy porzuceni mają po prostu położyć uszy po sobie i racjonalnie wbić sobie do głowy, że drugiej połowie już nie zależy..?

58

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Wielokropku,

To też nie jest tak, że ja sobie robię nadzieję - wyobrażam sobie nasz powrót, sceny jak z romantycznego filmu, jak przychodzi i prosi żebym do niego wróciła Nie. Nie o to chodzi.

Ja po prostu odsuwam od siebie tę myśl "już go nigdy nie zobaczysz, całe życie bez niego, itd itd". Nie myślę o tym, a prawdopodobnie to dałoby początek pójściu naprzód.

Według Pani Psycholog po prostu nie jestem jeszcze gotowa na to mocne zderzenie, muszę to dawkować. Jestem takim a nie innym typem osoby, przeżyłam śmierć bliskiej osoby, to rozstanie i dla mnie to jest za dużo. Więc muszę dawkować te emocje, muszę się bardziej przyzwyczajać niż zderzać jednego dnia z rzeczywistością. Może to wyparcie na chwilę obecną jest mi potrzebne, pomaga?

Wiem, że każdy przeżywa wszystko na swój sposób. Staram się robić naprawdę co mogę. Znajomi, jakiś wysiłek fizyczny, wszystko o czym piszecie ale ten ból po prostu nie znika, jakbym go gdzieś chowała i mnie rozsadzał od środka.

Jedni to tłumaczą uzależnieniem, inni kochaniem za bardzo. Bardzo możliwe. Ale ja teraz muszę wiedzieć co z tym zrobić. Zajmowanie się sobą jest zabiciem czasu, bo ja czuję, że wtedy nie przepracowywuję tych emocji.

59

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec
PaulinaZ napisał/a:
bags napisał/a:

Wiem, że zaraz posypią się na mnie gromy, że dobrze jest mi to tak mówić i niebywale łatwo mi to przychodzi, klepiąc ten elaborat w klawiaturę. Uprzedzę tą burzę gromkich ataków na mnie - jestem "pomałżeńskim" jednym z Was i jadę na tym samym wózku co i Wy.

Nie chodzi o to, że chcę trafić Cię gromem, ale opisujesz smutny schemat w bardzo cyniczny sposób.. To, jak mniemam, nie przynosi Pani "niewiem" ukojenia ani rady...
Choć na elaborat to za krótkie, to wynoszę z niego, że nie ma co tutaj pisać i się zastanawiać, bo każdy kiedyś myślał, że będzie trwał w wiecznej miłości i się na tym srodze przejechał... Dużo porównań, parodiowania, goryczy...

Wszyscy porzuceni mają po prostu położyć uszy po sobie i racjonalnie wbić sobie do głowy, że drugiej połowie już nie zależy..?

Nie, rzecz jest w tym, że wszystko jest przez Nas oparte, a raczej ukierunkowane od obecności tej drugiej strony. Jak tylko ona odejdzie, to jakby ktoś Nas odciął od tlenu. I robi się to, o czym pisze w ostatnim poście Wielokropek - wszystko by nie spojrzeć prosto w oczy rzeczywistości i doszukujemy się paradoksalnie namiastki tego stanu w nicości. Rozmienia się na drobne zamiast wzmocnić swoją wartość. Pomazgaić się można a nawet trzeba, ale potem zakasać rękawy i do dzieła.

Piszę to w sposób porównań ironicznych, prześmiewczych i z nutą parodii ale tylko w jednym celu - by wyśmiać tych odchodzących tak na prawdę " z powodu braku powodu". Bo los ma to do siebie, że lubi się powtarzać i paradoksalnie odwrotnie rozliczać. Ktoś może w tą karmę - czy jak to tam sobie zwie - nie wierzyć, ja tego doświadczyłem. Nie koniecznie w tym tematycznie związku z Wami, choć i tak jestem na teraz jednym z Was.

60

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Bags,

To jest bardzo ważne, żeby spojrzeć w oczy rzeczywistości, tylko to pozwala ruszyć naprzód. Tylko wiesz, jakby u mnie to uciekanie od tych wszystkich złych myśli, emocji było teraz potrzebne?

Zaakceptowanie tego faktu, że ktoś Cię nie kocha, znika i już nigdy go nie zobaczysz jest najtrudniejsze. Tracisz mężczyznę/kobietę, która przez n czasu była obok Ciebie, codziennie, była kochanką, przyjaciółką. Nagle puf nie ma. Czy można z tym pogodzić się tak z dnia na dzień, czy nie zdrowiej, łatwiej jest dawkować sobie to wszystko?Ta akceptacja jest najtrudniejsza. Przejście od myślenia teraz go nie ma do myślenia - nigdy go nie będzie, nie zobaczysz go, nie porozmawiasz z nim. Tego człowieka nie ma.To jest tak trudna, nieznośna myśl, że rozsadza od środka, Twój mózg wariuję, rozpacza w Tobie każda komórka ciała.

Tylko też boję się przegięcia w drugą stronę, że ten stan ciężkiego zaakceptowania się przedłuży patologicznie, stąd było moje pytanie czy tak jak w moim przypadku tydzień na zaakceptowanie, pogodzenie się jest czymś normalnym?Czy to może jakiś czas trwać?

61

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

niewiem, to etap przejściowy jest.
Ja też mam jeszcze huśtawki, ale byłam niedawno w takim miejscu, w jakim Ty jesteś teraz.

Musisz uwierzyć, że to mija z czasem i że samo się w głowie układa. Mój mózg pracował 24h, nie umiałam tego zatrzymać, do teraz myślę non stop, ale już to tak nie męczy. Tylko uwierz, że musisz się zająć sobą tak, żeby ten czas przetrwać. Jak go trochę minie, to będzie dużo lżej, ale póki Cię trzyma tak silnie - to musisz zajmować czas czymś fajnym, bo nie wyrobisz. I depresja murowana. Tylko na przeczekanie spróbuj wypchać dobę do granic możliwości - potem sama poczujesz, że już nie musisz tak zapełniać czasu, bo czas sam ze sobą nie tylko przestał być bolesny, ale też przynosi konstruktywne wnioski i przemyślenia.

Wszystko przyjdzie z czasem.

62

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec
niewiem1104 napisał/a:

Tylko też boję się przegięcia w drugą stronę, że ten stan ciężkiego zaakceptowania się przedłuży patologicznie, stąd było moje pytanie czy tak jak w moim przypadku tydzień na zaakceptowanie, pogodzenie się jest czymś normalnym?Czy to może jakiś czas trwać?

no, tydzień to malutko, mi zajęło dobre 4,5 miesiąca i chyba jeszcze trochę zajmie żeby wyjść na całkiem prostą, więc spokojnie - czaaaaaaas smile

63

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Wczesna,

Aż nie mogę uwierzyć, że jeszcze miesiąc temu z każdego Twojego słowa wybuchała wręcz rozpacz i smutek....teraz jesteś taka spokojniejsza(?)

Zapełniam czas do granic możliwości, do tego stopnia, że ja nocuje u kogoś, ktoś u mnie, a jak muszę czekać aż ktoś przyjedzie to wychodzę chociaż na ławkę na osiedlu, żeby widzieć ludzi - wiem głupie, ale pomaga.

Wiecie ja nie myślę o tym jak teraz się czuję, myślę o tym co dalej z moim życiem, zaczęłam się go po prostu bać. Przyszłość jest dla mnie jedną wielką niewiadomą, w której oprócz samotności widzę tęsknotę. Tyle. Boję się przyszłości, nie chodzi o teraźniejszość.

64 Ostatnio edytowany przez ziemniaczana (2013-07-30 15:45:58)

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Niewiem - nie pojmujesz niestety jednej rzeczy.
On może i by wrócił.
Ale to czego ci potrzeba, to za czym naprawdę tęsknisz NIE WRÓCI.

Nie bedzie już jak przedtem. NIGDY. Przytulając się do niego nie zaznasz już cudownego spokoju i błogostanu.
Będziesz miała w głowie to że Cię skrzywdził i wykorzystywał Twoją słabość względem niego.

Baaa.... Ta słabość to tak naprawdę powód by od niego uciec, i to jak najprędzej. To tak jak odsłonić komuś swój najczulszy punkt i czekać na kopniaka.

Zastanów się jak to wyglądało wcześniej. Ty kochałaś jego on Ciebie, układ oparty na równowadze. Żadne nie musiało stawać na głowie i bawić w ascetę by drugie przy nim było. A niestety teraz tak sie z toba dzieje. Stawalas na glowie, udawalas, prowadzilas swoje gry udając niezależną. Straciłaś SIEBIE. To już się stało, tego nie przeskoczysz. Pomyśl jak można stworzyć związek z widmem, które robi wszystko byle tylko związek utrzymać? Gdzie jest Twoje JA? Gdzie są Twoja potrzeby?

To jest jak skaza. Twój związek umarł i nie żyje. Za dużo się stało.

Teoretycznie mozna reanimować trupa - tylko po co?

Widzisz prosiłaś o kopa - a prawda jest taka że Tobie widocznie dobrze jest jak jest skoro pomimo wszystkich "kuksancow" - Ty nadal swoje.

Przeszłość jest przeszłością i przeszłościa pozostanie. I niestety trzeba zacisnąć zęby i iść do przodu. Chocby boalało, chocby przyciskalo wręcz do ziemii - ale trzeba. Jest ciężko ale z czasem ta droga jest coraz lżejsza. Nie ty jedna przechodzisz coś takiego.

65

Odp: poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Ziemniaczana,

Masz w zupełności rację. Dlatego powiedziałam, że ja nie chcę, żeby on wrócił, ja bym chciała stworzyć coś od nowa. Ale to też tylko wtedy jak odzyskam siebie. Powrót w najbliższym czasie odpada. Dlatego nie utrzymuję i nie mam zamiaru utrzymywać kontaktu.

Jak odzyskam siebie, pozbieram się i zobaczę, że mogę żyć bez niego to albo już wcale nie będę chciała z nim być albo dalej będe kochać. Ale nawet racjonalnie myślac ja teraz nie mając siebie w sobie nie miałabym co od siebie dać, bo mnie nie ma.

Teraz sie wiję po podłodzę, później zacznę się czołgać, klękać itd. Jak już się wyprostuję, wrócę do takiej jaką byłam rok temu to pomyślę o związku. I zapewne o związku z nim.

Ziemniaczana, teraz nie ma szans na wracanie do siebie. Ja jeszcze czuję się skrzywdzona, nie jestem zła ale czuję się skrzywdzona, nie zufałabym, a jak wszyscy wiemy to nie stworzy związku. Jak odzyskam siły dopiero mogę o tym myśleć.

A właśnie to odzyskanie sił musi wynikać z zaakceptowania/zderzenia się z sytuacją i tutaj kuleję. Tutaj utykam i nie mogę pójść krok dalej. Nie miałam dnia, żebym tak mocno i silnie przepłakała, wspominała i przeżyła tę stratę. To siedzi głęboko, na chwilę się wychodzi i za chwilę znowu się chowa bo jest tak niewygodne.

Moja psychika już tak dziwnie funkcjonuje, że sama nie wiem co się dzieje.

Posty [ 1 do 65 z 95 ]

Strony 1 2 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » poproszę o mocnego kopa! - tasiemiec

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026