Witajcie,
Moje wątki przewijają się gdzieś tutaj, ale dzisiaj poczułam potrzebę napisania oddzielnego. To będzie długi post, ale będzie mi miło jak ktoś przeczyta i odpisze.Całość może wydać się chaotyczna ale postaram się ułożyć to wszystko w porządku chronologicznym. Dziwnie czuję się wylewając szczegóły swojego życia, ale podobno pomaga.
Jestem młodą osobą. Typem marzycielki i romantyczki. Zawsze miłość stawiałam na pierwszym miejscu, największy priorytet w życiu. Jeszcze jako nastolatka potrafiłam "kochać" się w jednym chłopcu latami, podczas gdy inni poznawali różnych ludzi i przeżywali swoje miłostki. Ja każdy etap edukacji poświęcałam jednej osobie : tj. gimnazjum - jeden chłopiec, liceum - jeden chłopiec. I to nie były związki. Spotykałam się z nimi, z mojej strony duże zaangażowanie ale coś dosyć szybko nie wychodziło. W rezultacie w wieku 21 lat nie miałam za sobą doświadczeń związku, randek, znajomości i różnych przygód. Wychodziłam z tych nawet nie związków kilka lat - oni ciągle byli obecni w moim życiu, przez co nie mogłam znaleźć nikogo na ich miejsce - nikt nie pasował. W zasadzie cieszyłam się z tego, że nie skaczę z kwiatka na kwiatek, że jestem stała w uczuciach. Lubiłam to w sobie.
Później zaczęły się studia. Nie wyszłam jeszcze emocjonalnie z "licealnej miłości" ale stworzyłam sobie w głowie ideał mojej przyszłej miłości, osoby, którą poznam. Czekałam na to. Ale jednocześnie bałam się, bardzo się bałam. Nie wiedziałam czym jest tak naprawdę związek, nie wiedziałam czy się w tym odnajdę. Wszyscy mieli jakieś doświadczenia a ja przecież zawsze kochałam tych chłopców, z którymi po krótkim czasie coś nie wychodziło.Nie wiedziałam czy umiem stworzyć związek, a jako, że całe młodzieńcze życie byłam sama to nie wyobrażałam sobie siebie w związku. Jednocześnie tęskniłam za tym co mieli inni i za tym, czego w głębi serducha pragnęłam - tej miłości.
Całym sercem wierzyłam, że kogoś takiego poznam. No i poznałam. Znaliśmy się półtora roku, zanim zaczęliśmy się spotykać (w momencie poznania on był po rozstaniu a ja emocjonalnie w poprzednim "związku"). Spotykaliśmy się wśród moich nowo poznanych studyjnych znajomych. Jest to typ mężczyzny jak się zawsze śmiałam i go określałam- dr House. Sarkastyczny, cyniczny, racjonalny do szpiku kości, silny, taki, który nie rozumie, że emocje istnieją i moga kierować ludzkim życiem. Jednocześnie najbradziej inteligentną osobą jaką poznałam. Pewnie większość nie zrozumie, ale ja właśnie kogoś takiego potrzebowałam. Imponował mi, w dodatku był idelanym dopełnieniem mnie jako osoby wrażliwej (tak naprawdę nadwrażliwej) i tak emocjonalnej.
Jego koleżanka a moja przyjaciółka, która nas poznała prosiła, żebym uważała. Wiedziała, że możemy się sobie spodobać, ale znała go tyle lat i wiedziała, że dwie jego poprzednie dziewczyny bardzo cierpiały po rozstaniu. Uwielbiała tego człowieka, ale bała się, że i ja mogę zostać skrzywdzona.
Po półtora roku stało się. Zaczęliśmy się spotykać. Czułam się na miejscu, czułam, że to jest to.To jest właśnie ten ideał, który miałam stworzony w głowie!To bum , na które czekałam. Wszystko co z nim przeżywałam było pierwszym razem. Bliskość zarówno ta seksualna jak i psychiczna. Stał się bardzo bliskim mi człowiekiem, dawał mi bardzo dużo szczęścia. Uczył mnie wszystkiego, bycia w związku, budowania zaufania, odkrywał mój pancerzyk niedostepności.Zaczęły spełniać się moje pragnienia, marzenia. Byłam najszcześliwszą osobą na świecie. Dostawałam to czego chciałam - kochałam i byłam kochana. Jakie to było piękne uczucie. Teraz pewnie powiecie, że byłam naiwna, może, ale byłam też szczesliwa. Znałam jego przeszłośc, znałam te dwie poprzednie dziewczyny, które zanim byliśmy razem tak bardzo mi przez niego płakałay w rękaw. Pamiętam ten ich ból, którego nie rozumiałam. Wtedy jeszcze nie wiedziałam co w nim takiego jest.Takie wtrącenie: Na chwilę obecną obie dziewczyny
Po kilku miesiącach naszego związku okazało się, że jedną z nich spał dwa dni przed naszą pierwszą randką. Nigdy nie byli razem, ona szaleńczo kochała a on...teraz wiem - wykorzystał. Ale wtedy byłam tak egoistyczna, że nie myślałam o jej uczuciach, nawet nie był moją bliską koleżanką. Nie pomyślałam tez o sobie, o tym co to wszystko może oznaczać w przyszłości. Po kolejnych miesiącach (pół roku naszego związku) spotkaliśmy jego znajomą, powiedział mi, że zanim się poznaliśmy nawet chciał się z nią umówić. No i niestety - zaczęła do niego pisać, zawsze bardzo jej się podobał. Prosić o spotkanie, o wyjście na piwo, pisała kilka dni. On jej nie odpisywał. Wtedy pierwszy raz może miałam jakąś intuicyjną myśl, ale ją schowałam z tyłu głowy. Wtedy też pierwszy raz się pokłóciliśmy. Poprosiłam, żeby jej ładnie odpisał, że nie pójdzie na piwo. Czułam, że to, że jej nie odpisuje nie jest takie fajne, wolałam, żeby jasno napisał, że nie pójdzie. Wtedy pierwsza kłótnia, że on czuje, że ja mu coś karzę itp itd. Później okazało się, że jednak po jakimś czasie coś jej tam pisał. Minęło. Jakoś kilka rozmów i rozprawiliśmy się z problemem. Wszystko wspaniale, żyliśmy jak w bajce. Po kolejnym roku, podobna histroia. Dla żartów z kolega pisał do dziewczyny, która również była bardzo w nim zakochana. Kolejna kłótnia. I kolejne cudowne pół roku. Kochaliśmy się, było naprawdę dobrze. Każdy zazdrościł nam takiego związku, byliśmy tacy szczęśliwi i tacy....dopasowani?
Nie byliśmy słodkimi zapatrzonymi w siebie ludkami. Tak naprawdę przez trzy lata nigdy nie usłyszałam "kocham Cię" i przez to też nigdy nie sama tego nie powiedziałam. Czułam to ale nie miałam potrzeby mówić. To po prostu było. Też nie otrzymywałam żadnych komplementów, nie potrzebowałam tego. Teraz myślę, czy to trochę nie tak, że po prostu nie byłam nauczona, że można je otrzymywać. On się starał to nie jest tak, że nie. Zawsze był przy mnie, ale nigdy nie potrafił rozmawiać o uczuciach, czy coś czuje i jeśli tak to co. Nigdy nie usłyszałam kim tak naprawdę dla niego jestem, nie było nigdy żadnych zapewnień.Po prostu przy mnie był zawsze kiedy go potrzebowałam. Był i przyjacielem i kochankiem.
Rok temu zimą dowiedziałam, się, że bliska mi osoba ma raka. Dla mnie to był dramat - mój mały koniec świata. Nie mogłam sobie z tym poradzić. Wpadłam w depresję, było bardzo źle. Ale był przy mnie. Było między nami dużo napięć, bo on tego nie rozumiał, że ja tak cierpię. On nie przejął się śmiercią swoich bliskich - ten jego racjonalizm. teraz wiem, że był bardzo zmęćzony moim smutkiem, płaczem potrzebą rozmowy o tym. Później czyli rok temu w lipcu zamieszkaliśmy razem. Do tej pory co roku przez pół roku mieszkaliśmy w wolnym mieszkaniu mojej rodziny. Ale rok temu wynajeliśmy NASZE mieszkanie. Cudownie. Jak było dobrze. Ale popełniliśmy błąd, zamieszkaliśmy w bardzo małej kawalerce, malytkiej nawet dla jednej osoby. To też dużo zmieniło.
No i przyszedł luty. Wrócił do domu i mówi, że się wyprowadza. Tak po prostu. Byłam w szoku, nie wiedziałam o co chodzi. Powiedział, że nie chce ze mną mieszkać, że jest przemeczony tymi różnymi problemami, które nas spotkały. Nie mówił o tym, bo sądził, że samo przejdzie ale one urosły w jego głowie od dłuższego czasu do ogromnych rozmiarów. Nie zatrzymywałam go. Powiedział, że przecież możemy się spotykać a nie mieszkać razem. Nie zgodziłam się dla mnie nie było półśrodków. Wyszedł. Ja zmieniłam status na fb, spakowałam jego rzeczy i napisałam, że nastepnego dnia jak będę w pracy może je odebrać. Ale przyszedł następny dzień, ochłonęłam. Poprosiłam o spotkanie. Powiedział, że nie wie co czuje, że na pewno nie chce ze mną teraz mieszkać. Że teraz nie chce ze mną być, że na chwilę obecną nie widzi tego. Ustaliliśmy, że spotkamy się za dwa tygodnie. Tak się stało. Zapytałam się co robimy dalej: czy znikamy ze swojego życia, czy chcemy się spotykać z jakimś pozytywnym nastawieniem czy może potrzebuje czasu. Powiedział, że chce się spotykać, oczywiście, po prostu nie chce mieszkać razem. Spotkaliśmy się kilka razy, z jego inicjatywy. Rozmowy, jakby nic się nie stało, jakbyśmy dalej byli parą tylko nie mieskzającą razem.Dla mnie to bylo o tyle trudno, że zostałam w mieszkaniu na które nie było mnie stać, bez internetu, bez komputera. Ale nie to było najważniejsze. Choć nie ukrywam, że było we mnie trochę złości.
Po dwóch tygodniach z czystej ciekawości zapytałam się jak minął mu weekend. Jego reakcja była straszna, zrobił się czerwony. Zapytałam się czy się z kimś spotyka. Powiedział, ze spotkał się ze znajomymi z uczelni. Okazało się, że była też tam jakaś koleżanka. Mówi, że z nią rozmawia, że piszą jakieś smsy, ale ona ma chłopaka od kilku lat z którym mieszka i jest po prostu znajomą i w końcu czuje, że może mieć znajomą, zwykłą koleżankę która niczego nie oczekuje. Przy mnie skasowała smsy, bo powiedział, że źle bym je odebrała.To było kilka godzin mojego płaczu, jego zapewnień, wychodzenia, wracania itd. Póżniej dalej się spotykaliśmy, co dwa trzy dni z jego inicjatywy. Super, miłe wieczory również jeśli chodzi o bliskość fizyczną, nie tylko seks, ale też przytulanie itd. cierpiałam strasznie, nie wiedziałam co się dzieje i oczywiścuie tęskniłam za tym jak było wcześniej - jeszcze tak nie dawno. Później trafiłam na to forum, tutaj wszyscy jednogłośnie mówili, że to jest zabawa z jego strony, że jestem teraz łatwą furtką itd. Moje obawy rosły. Przy nim udawałam twardzielkę, nie rozmawiałam o uczuciach, pokazywałam jak świetnie sobie radzę. Jaka się stałam aktywna (rower, siłownia) itd, co nie było prawdą. Na spotkaniach twardzielka, bez niego cały czas płakałam, wyłam do księżyca. Już wtedy popadałam w nerwice. Kilka razy podpytywałam o tę dziewczyne, mowiłam, że może nie powinniśmy się spotykać. Jego panika, że to tylko znajoma, nie spotkał się z nią nigdy poza uczelnią, ona ma męzczyzne i wychodzi z kryzysu w swoim związku. To trwało trzy miesiące, które wykończyły mnie psychicznie i fizycznie. Pisałam na tym forum o tym wczesniej i może ktoś pamięta jak psychicznie byłam wykończona. Nie spałam, nie jadłam. Odżywałam tylko wtedy jak się odezwał i mieliśmy się spotkać. W końcu po trzech miesiącach zapytałam się co dalej z nami, co z mieszkaniem, co planujemy itd. On mi mówi że się cieszy na te spotkania, że w końcu odreagowujemy złe emocje itd. I tak to się toczyło, spotykaliśmy się co dwa/trzy dni. Z tą dziewczyną w tle. Ona ciągle siedziała mi w głowie. To były moje podszepty, przez co kilkakrtoni się pokłóciliśmy. Paradoksalnie, przez trzy lata naszego związku pokłociliśmy się 4 razy. Przez te kilka miesięcy ciagle kłóciliśmy się o nią.On mówił, że ona ma faceta, że nie mysli o niej w kategoriach dziewczyny, że jest zwykłą znajomą itp. ALe ona ciagle była. Oskarżałam ją, na nią strasznie psioczyłam, że nie rozumiem jak kobieta, która ma swojego mężczyzne może się tak zachowywać, on to wszystko potwierdzał. Ciagle mówił, że przeciez kiedyś też mieliśmy dwie takie sytuacje i nic się nigdy nie wydarzyło. A w ogóle to od kilku dni w ogóle z nią nie rozmawiał. Ale nam jakby toczyło się lepiej. Ja oczywiście ciągle nie czułam się pewnie, wręcz coraz mniej. Każdy dzień bez telefonu, czy smsa sprawiał, że nie wiedziałam co się dzieje. Ale to on zawsze dzwonił, pisał. Misiu, kochanie itp itd. Ja przez te kilka miesięcy może ze dwa razy poprosiłam o spotkanie. On się pytał czemu to on zawsze musi dzwonić, pisać, czemu ja nie inicjuję spotkań. No i miesiąc temu. Spotkaliśmy się. Coś mnie tchnęło. Zapytałam o nią. I znowu jego reakcja, która powiedziała mi wszystko. Poprosiłam, żeby pierwszy raz pokazał mi swój telefon. Smsy wszystkie skasowane, ale rejestr nie. Jej numer zapisany pod nazwiskiem jakiegos chłopaka. Telefony o 1 i 3 w nocy, kilkanaście smsów. Mój wybuch i płacz, że mnie okłamywał, że byłam furtką, że czekał aż ich relacja się rozwinie a ja miałam być zastępstwem w razie czego, że jeszcze dzień wcześniej kochał się ze mną a następnej nocy do niej dzwonił. Niesamowity ból. Uciekłam od niego z domu. Następnego dnia ona napisała na fb, że jej życie się zmienia. Dla mnie wszystko jasne. Wtedy trafiłam do szpitala. Napady lękowe, brak snu, jedzenia. Kosnsultacje z psychiatra itd. To trwało tydzień kiedy miałam ochotę zdechnąć. Później odkryłam ksiażkę "potęga podświadomości" "sekret" itd. Tak uwierzyłam w to co tam było napisane, że nasza relacja może się jeszcze uzdrowić, że żyłam tylko tym. I tak przez trzy tygodnie.Nie odzywałam się przez ten czas. Później były jego urodziny, napisałam grzeczne życzenia i przy okazji zaproponowałam urodzinowe piwo.
To był błąd.
Na spotkaniu, powiedział mi, że ona rozstała się ze swoim chłopakiem, że po naszym ostatnim spotkaniu owszem spotkał się z nią kilka razy pierwszy raz sam na sam, że jest naprawdę sympatyczną osobą, choc mogę w to nie wierzyć. Upiekła mu tort na urodziny, kupiła prezent. Nie myśli o niej w kategoriach swojej dziewczyny, bo to nie ta para butów i ze może ona wróci do swojego byłego już chłopaka..Po prostu fajna koleżanka o której za kilka miesięcy nawet nie będzie pamiętał Ale spotkał się z nią, bo czuł się tak oskarżany przeze mnie, skazany za coś czego nie robił, że w końcu pomyślał: "skoro i tak mnie już o to oskarżyła to czemu mam tego nie zrobić". Nawet powiedział, że z nią nie spał....jakby ta wiedza była mi potrzebna. Później siedzieliśmy, ja w środku płakałam a on wspominał różne nasze sytuacje przez te trzy lata. Później się żegnaliśmy życząc sobie powodzenia. Następnego dnia, czyli wczoraj znowu się spotkaliśmy bo musiałam mu jeszcze oddać jedną rzecz dosyć istotną. Wiecie co mu głupia powiedziałam mając łzy w oczach? Że go przepraszam. Przepraszam za to, że tak chciałam nas ratować, tak chciałam dać nam trochę szczęścia, tak wierzyłam, że jest tylko koleżanką, że nie pomyślałam, że moge mu odbierać szansę na szczęście z nią. Że jest mi głupio, że stawałam im na drodze, jest mi głupio, że powiedziałam o niej tyle złych rzeczy. Powiedziałam, że teraz mam straszne wyrzuty sumienia.
Owszem tak czuję, ale nie powinnam mu tego mówić. Powiedziałam mu o tym, że dla mnie taka forma związku jaką mieliśmy ostatnio była trudna, ale widziałam, że już obraliśmy kierunek i jakoś coś tam powolutku szłoi, że ja nie byłam zła o to, że ma koleżankę, mi było przykro, że to tak ukrywał co sprawiało, że wszystko było bardzo podejrzane, że ja tak naprawdę itp itd. On zręcznie zmienił temat. W rezultacie śmialiśmy się, opowiadaliśmy sobie przez godzinę co w pracy itd. Odprowadził mnie na przystanek i tyle.
A teraz co ja czuję. Jestem wrakiem człowieka. Do mnie to jeszcze nie dociera. Moja psychika nie chce tego przyjąć. Budzę się kilka razy w nocy, dostaję paniki i nagle coś w środku, jakaś intuicja, jakieś podszept mówi mi, że to nie jest koniec. Jakaś intuicja, jakiś głosik w środku. Nie chodzi o to, że robię sobie nadzieję i wyobrażam sobie nasz powrót, jak po prostu jakoś nie mogę tego przuyjąć. Od tych kilku miesięcy nie doszłam do etapu w którym mierzę się z tym co się dzieje. Tak naprawdę od miesiąca, czyli od sytuacji, w której zobaczyłam ich nocne połączenia ani razu nie płakałam. Rozrywa mnie od środka, czuję jakbym miała zwariować, jakbym traciła zmysły, ale nie mogę usiąść przepłakać bo to do mnie nie dociera. Nie mogę dopuścić do siebie tych emocji. Te myśli, które się pojawiają są tak bolesne, że moja psychika sama je odsuwa. Jakby ciagle jeszcze czuła, że będzie czas na przepłakanie, na tesknotę, że to jeszcze nie teraz. Codziennie mówię sobie, że jak wróce do domu to usiądę i się wypłaczę, przeżyję ten smutek, dopuszczę go, ale nie mogę. To nie pozwala mi iść naprzód już od tylu miesięcy.A przeciez chodzę do psychologa bo moje ataki paniki są coraz poważniejsze.
Kocham go bardzo, tęsknie, ale czując, że to jeszcze nie koniec. Brakuje mi go. Nie wyobrażam sobie życia bez niego, tego, że go już nigdy nie zobaczę, nie przytulę, że o niczym mu nie opowiem. Jednocześnie nie wyobrażam sobie życia z nikim innym. To jest dla mnie tak absurdalne. Właśnie wtedy porzychodzą te napady, jak muszę myśleć o swoim zyciu bez niego albo z kimś innym. Jakby takiego życia miało nie być. Jakby mnie nie było, jakby mojej przyszłości nie było, jakby wszystko straciło sens. O to chodzi - wszystko straciło sens. Nie mam siły się umalować, niekiedy umyć, nie mówiąc o jakiejkolwiek przyjemności.
Czy chciałabbym do niego wrócić?Oczywiście. Nie mogę okłamywać siebie, że jest inaczej. Zrobiłabym wszystko, żeby tak się stało.
Czemu to piszę?Zamiar był taki, że dopuszczę w końcu racjonalne myślenie, znajdę u Was potwierdzenie, że nie warto, że przecież nie mogę kochać i tęsknić osoby, która tak mnie potraktowała. Chciałam tapnięcia mną, żeby ktoś potrząsnął i powiedział silnie i doAle pod koniec już górę wzięły emocje. Tęsknie, cierpię i nie wiem co robić. Boję się już wszystkiego, swojej przyszłości. Jak by moje zycie podzieliło się na przed i po.
Przepraszam Was za taki długi wątek, może ktoś będzie chciał się podzielić czymś od siebie.