Witam wszystkich serdecznie, od jakiegoś czasu czytam forum i nie ukrywam, że liczę na wasze wsparcie. Postaram sie opowiedzieć swoją historię, nie ukrywam, ze jest długa....
Małżeństwo od 7 lat (niedawno minęła 7 rocznica ślubu), zawarte z miłości, jedna córeczka. Jakieś 3, 4 lata temu zaczęło się powoli psuć, ja KKZB (o czym wiem od jakiegoś roku) on mężczyzna potrzebujący adoracji innych kobiet, mnóstwo "koleżanek", jednak wiedziałm, że kocha. Do pewego dnia, około 2 lat temu w wakacje, gdy usłyszałam, że mnie juz nie kocha, chce się wyprowadzić i odpocząć - standard. Wiedziałam, że cos sie za tym kryje, a bardziej ktoś. Błagałam, prosiłam, poniżałam się, aby tylko został. Jednak zaczełam szukać i oczywiście znalazłam - kochankę. Wyrzuciłam go z domu, wtedy zaczęła się moja agonia, rozpacz. Trwała około 4 miesięcy, w trakcie których była "emocjonalna sieczka" z obydwu stron. Wrócił do domu, w okolicznościach, o których wolę nie pamiętać bo bola najbardziej. I tu zaczęła sie moja 2 letnia walka, najpierw z nim, o niego, a później o siebie. Zaczęło dochodzić do przemocy psychicznej, później fizycznej. Ja też mam swój charkterek, ale po jego powrocie do domu coś się ze mna stało, nie umiałam się bronic, ze strachu, ze go stracę. Namawiałm oczywiście na terapię -nic z tego, prosiłąm o rozmowy - nic z tego. Nie wytrzymywałam, wtedy trafiłam na stronę o KKZB, ileż tam rzeczy było mi znanych. Zmieniłam psychologa do którego chodziłam gdy go nie było w domu. Trafiłam w końcu na odpowiednią osobę. I powoli, małymi krokami zaczęłam rozumieć pewne mechanizmy. Złożyłam pozew rozwodowy, obecnie czekam na termin. Nie ukrywam, że jest mi strasznie źle. Rozwód jest moją przemyślaną decyzją, chociaż tego nie chiałam, jednak wybrałam "mniejsze zło" oraz chcę dać sobie szansę na lepsze jutro. Co nie oznacza, że jest mi z tym dobrze. Co jakiś czas ogarnia mnie ogromy smutek, żal, strach przed tym co będzie. Ten strach mnie czasami paraliżuje i właśnie tutaj potrzebuję wsparcia, osób, które przez to wszystko przechodziły, a wiem, że was tu niestety wiele
. Jak przetrwać ten trudny czas, jak poradzic sobie z bólem i strachem. Czasami po prostu sie wyżalić i wysłuchać.
Obecnie wiem, że jeszcze mąż na dniach powinien dostać pozew, co powoduje u mnie ogromny strach. Nie wiem jak zareaguje (mimo, ze o tym wie - chociaż chyba nie wierzy), kolejna awantura z wyzwiskami, spłynie to po nim jak po przysłowiowej kaczce, jest jeszcze jedna opcja najmniej prawdopodobna, ale biorę ja pod uwagę, będzie znowu mydlił mi oczy. Obecnie mieszkamy ze sobą, jednak jak dwoje lokatorów, bez słowa.
Dodajcie mi otuchy.