Witajcie netkobietki.
Znalazłam się w pewnej niezręcznej sytuacji, bowiem poznałam przez internet faceta, który urzekł mnie z miejsca swoim usposobieniem, poczuciem humoru itd itp.
Mam niestety pewne twarde wymagania dotyczące wyglądu potencjalnego partnera - nie może być "szkieletorem", a jeszcze gorzej - "misiem", no i musi być coś pociągającego w jego twarzy (sama nie jestem tak szczupła, jak bym chciała, ale mam kobiecą figurę bez nadwagi).
No i ok, spotkałam się z nim po 2 miesiącach wielogodzinnych rozmów przez telefon, uprzedzał mnie, że piękny to on nie jest, ale musiałam się przekonać na własne oczy. On należy właśnie do kategorii tych misiowych mężczyzn, co dla mnie jest po prostu nie do zaakceptowania... Próbowałam przeformułować jakoś swoje myślenie, ale moje wysiłki spełzły na niczym... Chce ćwiczyć (już zaczął ze 2 tyg temu), żeby mi się bardziej podobać, ale naprawdę DUŻO pracy przed nim... Nie powiedziałam mu, że mi to aż tak przeszkadza, bo naprawdę duchowo jest dla mnie idealny, no ale musi mnie choć trochę pociągać, żeby coś z tego wyszło. On mówi, że wie, że mi się nie podoba i że go zostawię, a ja nie potrafię kłamać, więc po prostu milczę, ale czułabym się jak ostatnia [tu wstaw preferowane brzydkie słowo], gdybym go teraz wystawiła, bo bardzo się zaangażowałam w relację z nim..... Można powiedzieć, że mówiąc mi, że na pewno go zostawię, rzucił mi wyzwanie.. Ale ja nie chcę być z nim, aby mu coś udowodnić, a na chwilę obecną, te świeże wrażenia ze spotkania przyćmiły mi całą sympatię do jego osobowości:(
Powiedzcie, czy machnęłybyście ręką na wygląd, czekały na poprawę, czy uciekały, żeby nie męczyć siebie i nie trzymać w niepewności drugiej strony? Nie boję się o swoje cierpienie, ale nie chcę za nic świecie zranić jego.