Ludzie się przemieszczają, "wędrują"; wyjazd na studia, przeprowadzka w strony rodzinne drugiej połówki, wreszcie: praca. Praca i tylko praca. A ściślej ujmując: bieda, niedostatek, który 'wygania' z rodzinnych stron.
W Stanach Zjednoczonych migracja jest powszechna, naturalna; człowiek z Kalifornii postanawia przyjąć pracę w Kentucky i to robi; pakuje manatki, rodzinę do samochodu i przemierza kraj.
W Polsce jeszcze wygląda to inaczej. A... może już nie?
Czy jesteście przykładami takich czasowych lub stałych migrantów? Jak zacząć w nowym miejscu i co zatrzymuje ludzi w miejscu, w którym są do tego stopnia, iż wolą cierpieć na niedostatek, niż z wioski/miasteczka bez szansy na pracę przenieść się do tego, który daje perspektywy?