Witam Wszystkich,
Jestem tu nowa i tak naprawdę nie wiem od czego zacząć. Najlepiej zacznę od początku...
Mam problem z mężem, albo ze sobą, jak kto woli. Chyba po części z jednym i drugim. Jesteśmy małżeństwem od 3 lat. Ślub nastąpił w trybie przyśpieszonym, aczkolwiek "nie zmuszonym" ze względu na ciążę. Przed ślubem byliśmy parą kilka ładnych lat, chyba 4 lub 5. Byłam strasznie zakochana.... najpierw liceum, później studia.... Mój mąż uważany był i jest za duszę towarzystwa- nigdy nie siedzi cicho przy stole, zawsze ma na każdy temat coś do powiedzenia, ja natomiast jestem odwrotnością jego - cicha, stonowana, staram się słuchać innych, wyciągać wnioski, coś powiedzieć- ale nie jestem typem człowieka, który nawija non stop. Po prostu tak nie potrafię. Mamy śliczną córkę (3latka) a teraz obecnie jestem w 7m-cu ciąży. Niby idealne małżeństwo a jednak....
Może i uznacie mnie za durną babę, ale.....
Zaczęło się wszystko psuć po tym jak zamieszkaliśmy razem po ślubie...
Wcześniej w trakcie studiów mieszkaliśmy zaledwie pół roku i tak naprawdę po tym pół roku powinnam spakować walizki i więcej do takiego człowieka nie wracać, ale głupia łudziłam się, że przecież jesteśmy młodzi, piękni i bogaci i Są STUDIA więc są też różnego rodzaju imprezy itd. więc ALKOHOL również jest....
Po ślubie zamieszkaliśmy razem, wtedy jeszcze bez pracy, mój mąż znosił piwka do domu ( co mnie drażniło i drażni do tej pory ). Oczywiście to człowiek, który zawsze znajdzie okazję do wypicia ( a to ktoś przyjechał, a to coś komuś trzeba załatwić i odwdzięczyć się w sposób typu "czteropak" a to inna rzecz..). Po drugim roku zaczęły być dwa piwka dziennie !! w tym też w weekend nieodłączna - IMPREZA ! (tzn. nawalenie się w piątek, w sobotę leczenie kaca, a w niedziele może piwko, może obejdzie się bez, a od poniedziałku po 2). Zaczęłam się stawiać i bulwersować- mąż mówi, że mam jakieś furie, napady i że jestem niezrównoważona psychicznie i jeszcze różnymi epitetami potrafi rzucić.
Kiedyś po pewnej imprezie z "super kolegą" nie był w stanie wrócić o własnych siłach do domu, znalazłam go pijanego w sztok pod blokiem całkiem ograbionego !!!! to było apogeum tego wszystkiego !!!!!
Wyniosłam się z domu, powiedziałam że do niego nie wrócę dopóki się nie zmieni, że koniec z codziennymi piwkami, ma do wyboru: albo JA jestem w jego życiu najważniejsza i NASZA wspólna rodzina i dziecko, albo może spadać na szczaw i zachlać się na śmierć! Oczywiście dałam się omamić i uwierzyłam że on już nie będzie, że to się już nie powtórzy itd... można by opowiadanie napisać. Było wszystko super do pewnego momentu, oczywiście kontrolował się sam. Później stopniowo zaczęła się sytuacja zmieniać, mianowicie codziennie piwa nie było ale weekend musi "zaliczyć", czyli standardowo znalezienie sytuacji dogodnej do wypicia, a to kumple, a to rodzina, a to coś innego... wiecznie coś, tylko nie ja i córka !
Teraz obecnie "goni" się od prawie dwóch tygodni ze względu na to, że brat przyleciał z zza granicy a często się z nim nie widuje. Potrafi zostawić mnie, rzucić wszystko, obowiązki zwalić na mnie i pójść do swojego brata na wódkę. Szlag mnie trafia, bo wiem, że takie zasrane moje życie będzie, że wiecznie będzie jakaś okazja do tego aby wypić a ja ze wszystkim zostaję sama. Poza tym, po alkoholu jest strasznie nerwowy, jak już zacznie i np. przerwę mu w piciu, czy jak kto by zwał imprezie, to później się awanturuje, mało tego jest takim manipulatorem że zwala winę na mnie, albo co gorsza w taki sposób ubiera słowa, że to ja czuję się naprawdę winna. Myślę sobie, aha... no faktycznie nie widuje tego brata codziennie, czy np. no tak ten jeden dzień to już mogłabym się nie czepiać. Zaczynam wątpić w siebie i w to co chcę osiągnąć. Do tego potrafi mnie np. szarpnąć albo ścisnąć (mimo tego że jestem w ciąży) !!! a później na drugi dzień zwalić na mnie że to ja go sprowokowałam, albo że nie potrafię obiektywnie spojrzeć z drugiej strony na tą całą sytuację i że ja jestem po części temu winna. Boję się, że mnie kiedyś uderzy, aczkolwiek jeśli by do tego doszło to wiem co robić ! Wiem, że muszę uciekać, jestem tego świadoma! Uświadomiłam też i jego, że jeśli kiedykolwiek podniesie na mnie rękę to nie ma na co liczyć i że to kończy nasz toksyczny związek. Odpowiedział, że jeśli ja na niego ręki nie podniosę to on na mnie też nie.
Najbardziej szkoda mi dziecka, ponieważ ona jest świadkiem naszych kłótni !!! Do tego jeszcze ta druga ciąża.... Jestem na skraju załamania nerwowego. Dzisiaj po kolejnej kłótni (ponieważ zakazałam mu wychodzenia na dowalenie się do brata) powiedział kilka "miłych" rzeczy, typu że jestem beznadziejna, że nie potrafię zrozumieć jaka zażyłość jest między nimi braćmi, że tak się zdarza raz na rok albo i rzadziej a ja głupia nie potrafię tego zrozumieć, powiedziałam, że skoro NAS - to co razem tworzymy -pseudo rodzinę- nie traktuje na poważnie, skoro nie szanuje mojej decyzji i nie jest odpowiedzialny za NAS, to niech znika z naszego życia. Odpowiedział, że on i tak ze mną jest tylko ze względu na dziecko.... i wyszedł....
Niech ktoś mi powie, bo ja już wątpię w siebie w to wszystko że uda mi się to jakoś poskładać ? Nie czuję się szanowana, ani kochana, moje zdanie się dla niego nie liczy (on twierdzi, że i tak się dla mnie zmienił, a że ja nie potrafię tego docenić. Fakt było gorzej, ale idealnie tak jak bym chciała, czyli bez alkoholu nie jest).
Jestem w domu jak popychadło, w sensie -nic lepiej nie mów bo gadasz głupoty, albo nikt Cię i tak słuchać nie będzie. Nie można go przegadać, bo zachowuje się jakby pozjadał wszystkie rozumy świata !!!!!! Na wszystko ma wytłumaczenie, nie mogę go zagiąć z żadnej strony. Błagam, czy to wszystko kiedyś się skończy.... ?
Dodam, że jest z rodziny gdzie tatuś jest alkoholikiem a mamusia całe życie usługiwała mężowi, a synom nie potrafi się przeciwstawić.
Tak wpakowałam się w bagno, tylko co teraz.... ? PS. Na swoją rodzinę nie mam co liczyć.