Bez mała 10 lat małżeństwa, 2 dzieci (córka 3 i syn 8 lat). Żona poznała gościa, który nie ma moich wad i no i zakochała się w nim na śmierć. Jak to odebrałem chyba nie trzeba opisywać, bo podobnych historii tutaj widze mnóstwo. Jest jakiś tydzień po tym jak się zorientowałem, wyjaśniliśmy to sobie od razu. I dopiero dzisiaj jestem w stanie jakoś zebrać się do kupy. Wydarzenie bardzo bolesne dla wszystkich zamieszanych, bo nie widzimy rozwiązania bez znaczących zniszczeń. Ja ciągle kocham moją żonę, one tego nie widziała, myślała, że tylko czekam aż sobie kogoś znajdzie i ja będę miał ją z głowy. Jak zobaczyła moją reakcję, to była zaskoczona, teraz ma żal że nie wysyłałem jej takich sygnałów wcześniej. I fakt, nie wyrażałem swoich uczuć do niej wystarczająco głęboko. Zaniedbywałem rocznice, walentynki, zapominałem, że warto ją przytulić, pomuskać po szyji. Nie doceniałem jej. Jest piękna, pogodna, odważna, skłonna do dużych zmian, bardzo wrażliwa i ciepła. Ma swoje wady, ale to drobnostki, na których ja się wieszałem i ją to wkurzało. Ja myślałem, że zwracając jej uwagę, robię to dla jej dobra, żeby była jeszcze bardziej atrakcyjna, żeby nie była obiektem drwin itd. Ona odbierała to jako niepotrzebną krytykę. Mieliśmy wspólne marzenia i plany, dość oryginalne. Potrzeba było troche grosza, więc zanurzyłem się w pracy. Za bardzo. Myślałem, tylko o pracy, która jest też moją pasją. Ja przynosiłem pieniądze, żona zajmowała się dziećmi. Niby wychodziła z domu, miałem do niej bezgraniczne zaufanie, ale nie pracowała, nie miała się dla kogo wystroić, wymalować. Dzisiaj rozumiem, że nie mogła błyszczeć 10 lat tylko dla mnie. W międzyczasie była zdobywana, nawet dawała mi do zrozumienia, żebym coś robił bo inni są ciekawsi. A ja głupi chuj wszystko ignorowałem, wszystko przegapiłem. Wydawało mi się , że te nasze wspaniałe dzieci, te wspólne plany to gwarant stałości tego związku. Nie to, że byłem jakiś oschły, spędzilismy mnóstwo pięknych chwil, nawet w tym roku, ale jak mi powyliczała gdzie dałem ciała to sam sie za głowe łapałem, bo miała racje.
Nagle pojawił się facet ( uczyła się jezyka korespondując przez net i tam go spotkała), który takich braków nie ma - ideał, romantyk, czuły, troche pokrzywdzony przez los, nienachalny, facet bez wad. Nawet na nią nie polował, po prostu z dnia na dzień zaczęli do siebie coraz bardziej pasować, w końcu uczucie zrobiło się tak silne, że straciła głowe. Wybrała jego, bała się zestarzeć w tej monotonii. Skąd to wszystko wiem ? Rozmawiamy ze sobą od kilku dni jak nigdy przedtem, sczerze, ciekawie i wielkim smutku. Oboje się rozklejamy. Ja ją rozumie i pozwalam jej odejść. Boli strasznie, bardzo bardzo strasznie, bo to nie jest wszystko. Ona wyjedze do niego, dopiero jak uzbiera pare groszy, chce pokazać, że jest niezależna. Przez ten miesiąc, może 2 lub 3 jestem z nią w naszym domu. Szalejemy oboje, dzisiaj próbowaliśmy ze wszystkiego żartować, śmiać sie, bo już to uczucie rozbicia, braku snu, apetytu jest nie do wytrzymania. Mam taki odwleczony wyrok, mogę ją przytulić, porozmawiać, ale wiem że za niedługo zniknie na zawsze. Do tego pomagam jej w przygotowaniach. Poznałem gościa z jej relacji, pokazała mi też jego zdjęcia i filmiki i widzę, że to jest to czego ona szukała.
Pomógł mi znajomy lekarz, który pracuje z takimi przypadkami i sam przeszedł rozstanie w życiu, chociaż nie w tak skomplikowanej wersji. Dość obiektywnie i pewnie ocenił sytuację (aczkolwiek w niektórych kwestiach się mylił, nie może uwierzyć że można tracić żonę i bronić jej argumentacji) i dał mi kilka rad, do których z dużym prawdopodobieństwem się zastosuje - nie iść w alkohol, nie myśleć teraz o innych kobietach, wzmocnić swoją pozycję zawodową i finansową i zadbać o dzieci. Na razie kiepsko to widzę, bo w zawodzie musze pracować głową, a rozum chwilwo mam na urlopie. Teraz rzygać mi się chce jak patrze na tą moja prace, osiągnięcia i plany. W niczym nie widze sensu, znajomi i rodzina wydają mi się płytcy, wszystko co kolekcjonowałem wydaje się stratą pieniędzy, każda muzyka wkurza. To podobno okres tzw żałoby.
Przez pierwsze dni, zaczałem głupio planowac, co tu robić, czy wyjechać z dziećmi i zamieszkać obok, czy zostać tutaj i rzeczywiście stanąć na nogi. Wyjazd to trauma dla dzieci (zmiana środowiska, zmiana języka) i dla mnie - oglądałbym żonę z innym gościem. Może później bym go strawił, bo widzę, że jest dobrym człowiekiem, ale teraz odezwała się u mnie uśpiona przez prawie całe życie zazdrość. To jest opcja, która miałaby zapobiec rozdzieleniu dzieci od mamy. Nie wiem jak dzieci to przeżyją. Ale dzisiaj zadałem sobie pytanie, czy mama będzie miała dla moich dzieci czas? U tego gościa też jest już jedno dziecko, a pewnie zaplanują swoje, żeby przypieczętować uczucie. Dzieci nie zrozumieją, że mama przychodzi co 2-3 dzień, bo mama będzie miała swoje problemy. Wiem, że ona tą rozłąkę z dziećmi też ciężko przeżyje, bo kocha je nad życie. Aż nie mogę uwierzyć, że ta miłość jest silniejsza od tej miłości do dzieci. Ale kumpel lekarz mówi, że to wurzut hormonów i teraz nie ma u niej szans na racjonalne myślenie. Co gorsza to może trwać 3-5 lat. Dla mnie to szmat czasu. A za 5 lat tez nie mogę spodziewać się zwrotu akcji. Gdybym miał gwarancję to bym na nią czekał. Zaakceptowałbym to, że ze sobą współżyli. Ja teraz widze w niej wszystkie zalety, jakbym poznał ją 2 dni temu. Ale czytam sobie jak się to zazwyczaj kończy. Ona nie wróci, wiele wskazuje na to, że utworza razem szczęśliwy i trwały związek.
Mógłbym tak pisać i pisać, bo ciekawych szczegółów jest o wiele więcej, ale to chyba wystarczy do zadania moich pytań.
1. Żona zapytała czy mogłaby za jakiś czas wziąć do siebie córkę, syn jest zapatrzony we mnie. Ta moja kochana żona cierpi nie mniej niż ja i nie chce jej zabierać wszystkiego, ale tez nie chce rozdzielać kochającego się rodzeństwa. Myślę, żeby jednak zostawić oboje przy sobie i pozwolić zapominać o mamie. Bo jaki sens ma jej późniejsze odwiedzanie ? Co o tym myślicie ?
2. Chcę znaleźć im nową mamę. Ale to będzie chyba trudne. Bo nowa mama musi zaakceptować gościa przed 40-ką z 2-ką dzieci. Co prawda cudownych, są śliczne i zdolne, uważam, ze swietnie je wychowywaliśmy, ale to i tak balast we wstępnej selekcji. W amoku wchodziłem na jakieś portale randkowe i jak przejrzałem "kandydatki" to posmutniałem. 80% to "selfie-dzióbki" jak małolaty na FB. Na tym badoo można wypisywac zainteresowania, a więc - Indie, Spa, shopping, moda, suchi, subnathing... Rece mi opadły. Nie no spoko, ja wiem, że to jest fajne, ale to tam wisi u większości na pierwszym miejscu. Nie ma górskich wycieczek, spacerów po lesie, rysowania, pasji, aktywności fizycznej. No i tu będę może bezczelny, ale musze być szczery. Podświadomie szukałem kogoś podobnego do mojej żony, a ona była piękna z ciepłym, przyjaznym wyrazem twarzy. Nie napiszę, że zależy mi tylko na dobrej , czułej itd. Mam jakieś wymagania estetyczne. Co prawda ze mną tez nie najgorzej, mam troche do zaoferowania. Ale biorąc to wszystko do kupy widzę, że moge szukać długo. Chciałbym jeszcze kogoś pokochać, ale teraz wydaje się, ze nikogo nie pokocham bardziej niż moją żone. Mam nadzieje, że to minie. Znacie podobne historie ?
3. Czy jeśli juz moze kogoś znajdę warto próbować osiedlić się blisko byłej i zaprzyjaźnić obie rodziny ? Plusy sa takie, że jest więcej dzieci do wspólnego dorastania (niezła nauka języka ang), dzieci widzą starą mamę (sam nie wiem czy to plus), niezły fundament do stabilizacji finansowej. Ja w UK zarobie w swoim fachu 3 razy więcej niż w tutaj, choć koszty życia tam też są duże, ale i tak jest lepiej.
Powiem tylko, że obecnie z żoną bardzo to przeżywamy i chcemy to rozstanie przeprowadzić jak cywilizowani ludzie. Nie zamierzamy się szarpać ani gonić po adwokatach, choć kiedyś trzeba to bedzie prawnie sformalizować. Ale to jak już kurz opadnie.
W tej chwili bardzo się boję. Tego, że zostaną mi po niej tylko zdjęcia, z głowy nie wyleci nigdy. Tego, że pierwsze noce bez mamy dla nas będą horrorem. Tego, że będę miał mało czasu. Będę go musiał podzielić na dzieci, pracę i podnoszenie kwalifikacji. Mówią, że z każdego bagna da się wyjść, ale teraz z mojego punktu widzenia jest to sytuacja tragiczna. Ustaliliśmy, że to wszystko utrzymujemy możliwie długo w tajemnicy, bo zostawiam sobie 0,01% szans na to, że wróci za miesiąc. Chociaż kolega mówi, że to skrajnie nieprawdopodobne. Ile takie rozbicie psychiczne może trwać ? Ja kurde muszę zacząć pracować, a teraz idzie mi 5 razy wolniej niż normalnie. Łeb mnie bolał od płakania jakby mi walec przejechał. Jak to powiedziałem przyjacielowi to był w szoku, bo pewnie nie postawiłby grosza na to, że nam się coś takiego przydarzy. A najbardziej boje się tego ostatniego objęcia żony na lotnisku, chyba zesram się z żalu.