Mam skończone 27 lat, nie pracuję, a szukanie pracy idzie mi jak po grudzie. Jestem w związku prawie 7 lat. W zeszłym roku rozstałam się na 4 miesiące z facetem, w grudniu się spotkaliśmy i wróciliśmy do siebie. I to był błąd. Bo wcale nie jest lepiej. Tylko mnie się oczy otworzyły na parę spraw, widzę jak destrukcyjny jest dla mnie i faceta ten związek. Wydaje mi się, ze jestem też ofiarą przemocy psychicznej. A może po prostu ja mam bałagan w głowie i znęcam się nad facetem i dlatego on reaguje jak reaguje. Sama nie wiem, czy jestem tylko ofiarą, czy może i oprawcą.
Mój facet jest miły i fajny pod warunkiem, że się nie zdenerwuje. Jak się zdenerwuje, no to jest niefajnie. Wrzeszczy strasznie, lecą same wyzwiska, może nie tyle w moim kierunku, co ogólnie. Jest chamski, wredny, podły, strzela drzwiami od szafki, drzwiami wyjściowymi, rzuca jak coś ma pod ręką, żeby narobić hałasu. Ostatnio takie coś miało miejsce i ja się autentycznie wystraszyłam, poczułam, że się go boję. Próbowałam rozmawiać z nim, ale ja nie umiem już z nim chyba gadać. Jak coś mówię, to mnie przedrzeźnia, wyśmiewa. Wini mnie za swoje własne zachowanie, mówi, że to moja wina bo sam nad sobą nie panuje. Ale ja wiem, że to nie jest moja wina, bo to on ma problem z emocjami. Ja jestem mega spokojna, nie unoszę się, nie krzyczę. Ale podobno nieźle wyprowadzam ludzi z równowagi, tu się zgodzę, że coś w tym jest. On nie potrafi rozmawiać, unika rozmowy o uczuciach, tym co go boli. Trzyma to wszystko w sobie, aż do momentu, gdy wybucha i wtedy wykrzyczy wszystko co ma do powiedzenia i się nie patyczkuje, że to może zaboleć i że te treści można przekazać w sposób bardziej subtelny. A jak tak naprawdę w ogóle nie biorę pod uwagę co on krzyczy, chociaż czasami ma rację. Forma w jakiej mi te treści przekazuje do mnie nie przemawia. I chociażby miał rację w 100% ja mu nie przyznam tego, bo czuje się podle, że pozwalam na takie traktowanie. Po takiej akcji jest dzień milczenia zwykle, a później przychodzi, chce się pogodzić. I jest dobrze, aż do następnego razu. Bo ja wybaczam od razu, z marszu. Nie potrafię trzymać urazy do ludzi, jeśli wykażą choćby minimum chęci na pogodzenie się, ja od razu wybaczam. To pewnie ma związek z faktem, że nie potrafię wyznaczać granic w żadnej relacji. Pozwalam sobie "wejść na głowę". Jak się nauczyć szacunku do samej siebie? Jak się rozstać i nie mieć wyrzutów sumienia, że się kogoś skrzywdzi?
Przepraszam za chaotyczność, tak na szybko napisałam. Za chwilę idę poroznosić Cv, muszę wziąć się za swoje życie. Życzcie mi szczęścia.