Patrzycie na to bardzo jednostronnie.
Moja pierwsza praca to telemarketing, gdzie musialam wydzwaniac do wybranych przez siebie w Internecie firm i wciskac im "wizytowke internetowa" za 250 zl. Na pierwszy rzut oka oferta niby w porzadku, poza cena z czapy. jest portal, ma swoja strone, jak wykupisz reklame to mozesz sie na nim zaprezentowac i tyle.
wlasciwie nie bylam do konca przekonana, za co niby mieliby dawac te 250 zl. no ale bylam w pracy, wiec musialam dzwonic.
po kilku probnych telefonach szefowa wziela mnie na szkolenie, podczas ktorego dala mi skrypt rozmowy i powiedziala, ze:
1) mam informowac klienta o tym, ze wspolpracujemy z google i onetem (wspolpraca mialaby polegac mianowicie na tym, ze nasza strona WYSWIETLA SIE gdzies na n-tej stronie w odmetach google - no ale na tej zasadzie to chyba caly Wszechswiat wspolpracuje z google, no nie?) a kiedy - o ja naiwna - powiedzialam jej, ze to sie mija z prawda, bo oni nie wiedza nawet o naszym istnieniu, to powiedziala, ze "takie sa zasady marketingu" i "wszyscy tak robia bo inaczej nic by sie nie sprzedalo"
2) ze firma juz jest na naszej stronie i ma wizytowke, ale zostala zawieszona i klient nie moze jej obejrzec, poki nie zaplaci,
3) mam nie dawac klientowi czasu do namyslu tylko bombardowac go zdaniami jak karabin maszynowy i zapytac - tutaj prawdziwy hicior:
CZY CHCE PRZEDLUZYC UMOWE NA KOLEJNE DWA LATA (mimo ze nic z nami wczesniej nie podpisywal, a sama ta firma chyba nawet roku nie miala...)
Podczas jednej z nielicznych rozmow, na jakie sie zdobylam po tym instruktazu, brzuch mnie rozbolal z nerwow gdy dotarlam do tego momentu. klient oczywiscie sie skapnal, ze go naciagam bo nie bylam w stanie sie normalnie zachowywac. trzeciego dnia wyszlam z tej pracy wczesniej wymawiajac sie zlym samopoczuciem i pobieglam, jakby grunt mi sie palil pod nogami. na rozmowe kwalifikacyjna do innej firmy... ktora okazala sie bardzo podobna do tej pierwszej.
tak wyglada pierwsza przygoda z praca wielu licealistow i studentow, ktorzy dopiero zaczynaja. czesc z nich zmusza do tego problemy finansowe, czesc - rodzice w ramach usamodzielnienia sie, inni ida tam nawet z wlasnej woli, ale widzenie w takich osobach potworow to juz jest lekka przesada. rozne sa firmy i rozne miejsca pracy, a szukanie jej przez mlode osoby to nic innego jak gmeranie miedzy jedna nieciekawa oferta a druga, najczesciej sposrod dwoch mozliwych, w ktorych ktos laskawie odpowiedzial na Twoje CV przy okazji odpowiadania na kazde inne.
wiec mimo ze teraz mam normalna prace, mam tez szacunek do pracy telemarketerow i naciagaczy, ktorzy zwykle sa dzieciakami ktore chca albo musza zarobic troche grosza. i krew mnie zalewa jak ktos rzuca chamskie odzywki albo rzuca sluchawka. sprobujcie znalezc sie po drugiej stronie.
przypominam sobie jedna prace, ktora hanbi. jest to najstarszy zawod swiata.