Moja historia jest bardzo podobna do wielu innych o tej tematyce. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że dotyczy to tak wielu osób, nie tylko mnie. Ale do rzeczy?
Jestem po ślubie konkordatowym nieco ponad rok. Z mężem zamieszkaliśmy u jego rodziców w domu jednorodzinnym, na górze mamy dwa pokoje, na dole wspólna kuchnia i łazienka. Ja tam od razu się nie wprowadziłam, bo miałam słabo płatną pracę, a od męża jest 30km drogi, a wtedy nie miałam prawa jazdy i wszystko bym wydała na dojazdy co zarobię, więc przez 5 miesięcy mieszkaliśmy osobno, tylko na weekendy przyjeżdżałam. Zaszłam w ciążę prawie od razu po ślubie i w momencie gdy poszłam na L4 tego samego dnia wprowadziłam się do męża. U nas problem polega na tym, że teściowie się kłócą między sobą, żyją jak pies z kotem, teściowa jest podległa mężowi, a jeśli chce mu zrobić na złość, to zachowuje się wtedy jak dziecko w przedszkolu przedrzeźniając i wychodzi z tego niezły cyrk aż żałość człowieka ogarnia. Jednakże głównym problemem jest teść, który jest osobą despotyczną i nie panuje nad sobą, wpada w furie i wtedy w domu jest piekło. Awantury, krzyki, wyklinania są na porządku dziennym, a niestety mamy dziecko. To wszystko działo się oczywiście jeszcze przed urodzeniem i w ogóle ciągnie się już latami tam. Wszyscy się do tego przyzwyczaili i jest to dla nich normalne, ja niestety nie potrafię i nie zamierzam. Mój mąż jest przez teścia poniżany i obsmarowywany na każdym kroku nawet przy mnie. Niestety ja nie reaguję, bo nie potrafię nic powiedzieć, zawsze się usuwam i wtedy rozmawiam z mężem ze jest tak i tak i że nienawidzę jego domu. Nie chcę zniżać się do poziomu ich, bo oni nie potrafią rozmawiać jak cywilizowani ludzie, potrafią tylko krzyczeć do siebie. Teściowie mają gospodarstwo rolne i trzymają bydło. Mąż dostał pole od teścia i jest młodym rolnikiem. Wszystko robi źle, a odkąd się ożenił nie robi nic. Jeszcze jak byłam w ciąży, po ok. 2 miesiącach od zamieszkania uciekłam pierwszy raz do rodziców. Było kilka tych ucieczek, ale zawsze wracałam. Chciałabym mieszkać osobno wiadomo, ale mąż mówi NIE. Nie ma takiego wyjścia, które by mu pasowało, zawsze NIE pasuje. Tylko jego dom, choć jest beznadziejny jest jego domem. Ostatnia moja wyprowadzka skutkuje tym, że siedzę u rodziców z dzieckiem już ponad miesiąc, wróciłam tylko na święta, a zaraz po nich się zwinęłam. Zawsze to ja ustępowałam i wracałam, bo rodzina powinna być razem itd., bo kocham męża? Ale gdyby ktoś był świadkiem tego wszystkiego czego ja musiałam doświadczyć byłby w tej samej sytuacji co ja. Tam po pierwsze nie ma warunków, żeby wychowywało się dziecko. Po drugie nie wyszłam za mąż za teściów, tylko za męża. Tylko, że on nie chce opuścić swojego domu rodzinnego. Ale ja już nie mam siły, nie muszę tego znosić. Każdego dnia zastanawiać się jak będzie dzisiaj wyglądać dzień, czy będą wrzaski, krzyki, wyklinanie, czy może już je słychać ?? Powiedziałam dość i cieszę się z każdego spokojnego dnia, gdzie nie muszę ich oglądać. Mąż przyjeżdża raz w tygodniu i nocuje oraz w niedzielę. Ja też kilka razy byłam tam. Z mężem nie kłócimy się, ale też rozmowy nic nie dają. Zawsze to ja musiałam się dostosować, ale teraz wiedząc, że mój powrót nie zmieni nic, nie wracam i nie wrócę. Walczę o to, żeby mój mąż zrozumiał i żebyśmy stworzyli coś swojego, wynajęli mieszkanie albo wzięli kredyt i kupili własne. Nie chcę opisywać wszystkich tych sytuacji okropnych, które miały miejsce, bo było ich tak wiele, że nie starczyłoby miejsca?
Wiem, że dobrze robię, że najważniejsze jest dziecko i ja. Boli tylko strasznie, że mąż wybiera wciąż ojca i pole, a nie żonę i dziecko. On nie odciął pępowiny i nie zapowiada się, żeby tak się stało, ojciec go poniża, a on mimo wszystko tam siedzi, a ja tu? przykre jest to tym bardziej, że się kochamy, nie usłyszałam od męża nigdy żadnego złego słowa obraźliwego w moim kierunku. Po prostu on nie potrafi się wyprowadzić i traktować jak pracy swoich dotychczasowych obowiązków, problemem są dla niego dojazdy rano i wieczorem bo zmęczony. Fakt, że przez oborę zaczyna pracę rano a kończy w nocy i wracałby na noc tylko, ale nawet tego nie potrafi. Niby mówi, że nas kocha, że jesteśmy najważniejsze, ale niestety ja tego nie widzę w jego działaniu. A słowa nic tu nie zmienią.
Szukam wsparcia i rady innych w podobnej sytuacji co ja?
Pozdrawiam