Witam serdecznie
Nie wiem po co tu opisuję moją historię, może potrzebuję wsparcia, porady, "cudownego leku" na bolączki duszy... nie wiem sama, może to próba wołania o pomoc, marna próba.
Pogubiłam siebie, gdzieś w tym wszystkim życie przestało być ważne, rodzina przestała być ważna, nic się nie liczy, jestem tylko ja i moja choroba, mój "współtowarzysz niedoli".
Wiecznie zapracowana, wydawało mi się, że szczęśliwa, wcześniej zakochana, kiedy zachorowałam kilka lat temu wszystko przestało się dla mnie liczyć, mąż zszedł na dalszy plan, rodzina również, praca, dom, po prostu wszystko. Czułam niesamowitą złość na cały świat, nadal ją czuję, nienawidzę życia, nienawidzę siebie, boga. Wszystko kojarzy mi się z tą chorobą, najchętniej bym od tego uciekła, zmieniła wszystko i może wtedy gdybym rozpoczęła życie na nowo coś by się we mnie zmieniło. Czuję się nic niewarta, taki "wadliwy produkt", trędowata...
Wszyscy pocieszają, mówią, że z tą chorobą da się żyć. Ja jednak nie potrafię z nią żyć, świadomość jej nieprzewidywalności po prostu mnie dobija. Ciągła apatia, brak apetytu, niechęć i obojętność.
Nie znoszę słów innych, wsparcia, udawanej troski. odnoszę wrażenie, że bliscy boją się poruszać temat mojej choroby, obawiają się usłyszeć złe wieści więc zwyczajnie nie pytają, słyszę zdawkowe "jak się czujesz" ale odnoszę wrażenie, że pytają profilaktycznie, ze strachem i mają nadzieję, że usłyszą "dziękuję, dobrze"- zawsze to słyszą, a kiedy już zdobywam się na coś więcej, to słyszę, że przecież są poważniejsze choroby! Może i są.. ale co mnie to obchodzi? to jest moje życie, moja choroba i z nią właśnie muszę żyć, nie wybrałam jej, nie chcę, boję się!