Cześć,
jestem lektorką w prywatnej szkole językowej. Dzisiaj bardzo się ściełam z dyrektorką szkoły. A poszło o ksero - przyszłam pięć godzin przed zajęciami z prośbą o skserowanie kilku stron z podręcznika. Nikogo w szkole nie było, zero uczniów. Akurat w sekretariacie nie było dziewczyn, tylko dyrektorka. W skrócie - nie chciała mi skserować, bo nie wpisałam się do zeszytu dwa dni wcześniej. I zaczęła mi coś gadać o regulaminie szkoły- że go nie przestrzegam. Owszem, jest ten zeszyt do ksera, ale tam wpisują się lektorzy, którzy mają do skserowania całe unity, a nie kilka stron. I powszechną praktyką jest, że małe ilości nawet kserowane są 10 minut przed zajęciami. Stąd nie rozumiałam afery jak grzecznie poprosiłam 5 godzin wcześniej a nie 5 minut o ksero kilku stron, aby na spokojnie przygotować kilka ćwiczeń. Zwłaszcza, że tydzień temu to nie był problem. Nie chciała mi skserować, więc stwierdziłam, że nie poprowadzę zajęć, bo nie mam niezbędnych materiałów i niech robi co chce, nawet może mnie zwolnić. Dopiero wobec tak postawionej sprawy, zrobiła ksero.
Pracuję w Łodzi. Jest duże bezrobocie, warunki zatrudnienia śmieciowe. Wszyscy lektorzy myślą wiele złego o tej polityce kserowania, ale nikt się nie odezwie, tylko potulnie milczy, bo się boi utraty pracy. A ja uważam, że mam prawo się odezwać, jeśli coś nie jest tak jak powinno i może wpłynąć negatywnie na moją pracę. Nie znoszę osób, którzy zamiast ludzi widzą zasady, regulaminy. Macie podobne doświadczenia?