Od kilku miesięcy mieszkam z narzeczonym i jego rodziną na wsi. Zajmujemy jeden pokój, który wcześniej za własne środki przystosowaliśmy do zamieszkania. Teściowie są prostymi ludźmi, on pracuje fizycznie, ona zajmuje się gospodarstwem (kury, świnie, krowy itp.). Na początku wszystko było ok. Problem zaczął się mniej więcej po miesiącu i objawia się tym, że nie mogę spokojnie nic zrobić bez tzw. dogadywania. Przykład: gotuję obiad i z ust matki mojego faceta słyszę: "ja robię to inaczej" (wszystko robi inaczej, czyli do wszystkiego dodaje szklankę śmietany, mnóstwo margaryny i mąki), "my nie jemy takich rzeczy" (czyli takich, jakie gotujemy ja i mój facet, chudych, zdrowych, z przewagą warzyw), "ja kalafior płuczę przed..." (tak jakbym ja nie płukała) i wiele innych tym podobnych haseł. Raz ugotowałam pyszny kapuśniak na białej kapuście. W garnku została połowa, a na drugi dzień powędrowała do pomyj. Nie ostatni raz jak się okazało, taka subtelna aluzja do tego, że jedzenie bez śmietany i margaryny jest be. Tego typu akcje dzieją się non-stop i dotyczą wszystkich czynności codziennego życia. Od gotowania począwszy przez sprzątanie, mycie garów, na myciu podłóg skończywszy. Koszmar.
Ja i mój partner pracujemy w domu i nie musimy jeździć codziennie do firmy. W związku z tym słyszę że się obijamy, nic nie robimy w domu, tylko ciągle bawimy się przed komputerem (to co robimy, to nie jest zabawa, ale praca z wykorzystaniem komputera).
Teściowa jest osobą, dla której praca jest najważniejsza. Nie ważne jaka, ważne żeby harować jak wół od rana do nocy. Przykład: piwnica pełna szczap narąbanych na 3 tygodnie. Nie ważne, ona musi rąbać dalej. I oczywiście skarżyć się, że nikt jej nie pomaga. Albo mycie okien dwa razy w miesiącu (na szczęście tylko latem). Do tego ciągle musi wszystkim, nie tylko mnie, zwracać uwagę i wszystkich poprawiać. Ogólnie rzecz biorąc, kiedy gotuję a ona nagle wlewa mi dosłownie pół butelki oleju do żarcia, "bo ona zawsze tak robi i oni tak jedzą", to naprawdę trafia mnie szlag. I to się nie stało raz, to się dzieje nagminnie. Oczywiście protestuję. Tłumaczę, że to ja gotuję i ja decyduję, co i jak robię i proszę żeby to uszanowała. Jak groch o ścianę. Wyprowadzić się na razie nie możemy, z wielu różnych, ważnych przyczyn. Ignorować też się nie da, jak się nie odzywam, to albo jest foch albo dogaduje trzy razy więcej.
Jej zachowanie jest strasznie toksyczne, odbija się nie tylko na mnie, ale i na reszcie. Z córką co chwilę na siebie krzyczą, z młodszym synem również. Relacje między teściami są nacechowane agresją słowną i obojętnością, totalnym chłodem. Staram się ją zrozumieć, ale naprawdę nie mogę. Teściowa ma kilkoro udanych, mądrych dzieci, fantastycznego wnuka, męża który może nie jest ideałem, ale pracuje, pieniądze do domu przynosi, na gospodarce pomoże, mają dom w pięknej okolicy, wszyscy w rodzinie są zdrowi. Nic tylko się cieszyć. Ale nie, jej zdaniem ona sobie życie zmarnowała, nikt jej nie pomaga, nikt nic nie robi a jak ktoś już coś robi, to zawsze źle. No dramat po prostu. To się odbija na jej dzieciach, najmłodsza córka już zaczyna być podobna do matki, z jednej strony ostro ją krytykuje, ale z drugiej jej zachowanie wobec mnie robi się podobne jak teściowej (a szkoda, bo bardzo ją lubię i chciałabym dla niej dobrze).
Myślałam, że jestem bardziej odporna na takie osoby. Sama nie wiem, co mam w tej sytuacji robić, czy kompletnie olewać, nie wtrącać się, pozwalać jej na te głupie dogryzanie, na "doprawianie" mojego jedzenia wg jej widzimisię, na palenie w mojej obecności (mam astmę i bardzo źle reaguję na dym z papierosów)? Mój partner kompletnie olewa sytuację, mówi że będziemy tam mieszkać w sumie jeszcze kilka miesięcy i ze mam sobie sama dawać radę. Zresztą tak czy inaczej ja wolałabym go do tego nie mieszać. Poza tym wiadomo jak to jest, w każdym konflikcie mężczyzna i tak staje po stronie matki, chociaż w tym wypadku oni bardzo dobrych relacji nie mają, nie widać w ich relacjach miłości. Oczywiście problemów jest więcej, szczególnie takich, które dotyczą mojej prywatności i własności, na punkcie których jestem zresztą przeczulona. Po prostu nie wiem, skąd się tacy ludzie biorą i jak można z nimi żyć pod jednym dachem. Boję się, że któregoś dnia po prostu nie wytrzymam i wybuchnę, a potem będę się musiała wyprowadzić. Na ogół nie proszę o poradę w moich osobistych sprawach na forum, sto razy bardziej lubię sama doradzać, ale w tym konkretnym przypadku mam już po prostu dość i boję się swoich reakcji, bo robią się coraz bardziej nerwowe.