Witam. To mój pierwszy wątek, nie wiem od czego zacząć.
Jestem mężatką od 10 lat, bywało różnie, mój mąż był zawsze o mnie zazdrosny, mamy dwie córki; jedna z nich jest niepełnosprawna, potrzebuje stałej opieki; nie pracuję zawodowo, opiekuję się dziećmi, domem. Z moim małżonkiem zawsze były problemy, na początku wkradł się alkohol, uporaliśmy się z tym. Zawsze myślałam, że to przez to, że bardzo mnie kocha, zależy mu na rodzinie. Postawiłam ultimatum, albo wódka albo ja. Problem się zakończył, ale zaczął oddalać się od rodziny, ciągła praca, brak czasu dla nas. Bolało mnie to, że popadał ze skrajności w skrajność, lecz z dwojga złego wolałam już tą drugą opcję. Brakowało mi wspólnego czasu, jednak wiedziałam, jak bardzo mnie kocha, powtarzał to wielokrotnie.
Luty tego roku stał się przełomem. Byliśmy na wspólnej zabawie karnawałowej ze znajomymi i rodziną, był alkohol, pozwoliłam na kilka kieliszków dla humoru, wróciliśmy nad ranem do domu, zadowoleni. Tak dawno nigdzie nie wychodziliśmy sami bez dzieci, ubawiłam się, rozerwałam. Położyliśmy się spać, chciałam przespać choć kilka godz., potem musiałam odebrać dzieci od teściowej. I się zaczęło. Wyszedł rankiem, jak stwierdził, po papierosy do sklepu, wrócił po kilku minutach podpity; zrobiłam awanturę, nic do niego nie docierało, wpadł w szał, zamknęłam drzwi, wyskoczył przez okno, Widziała to moja młodsza córka, to był dla niej szok. On poszedł do swojej matki, przedtem jednak "doprawił się "do stanu opłakanego. Z tego, co wiadomo mi, ledwo trzymał się na nogach.
Tego dnia coś we mnie pękło. Oczywiście były przeprosiny, kwiaty, obietnica, że nigdy już tego nie zrobi. "Ciche dni" rwały dwa tyg.. Za to mi stał się obojętny, przestałam wyczekiwać jego powrotów z pracy, nie cieszyły mnie nawet wspólne chwile, skończyła się namiętność, odmawiałam współżycia, nie miałam ochoty na pocałunki, przytulenia. Przestaliśmy ze sobą rozmawiać, spacer z córkami, tak, ale między nami brak komunikacji, nie zależało mi na tym. Alkohol, faktycznie, już więcej się nie pojawił, za to on, stał się podejrzliwy, zaczął sprawdzać mój tel., komputer, wmawiać mi, że z pewnością kogoś mam, zrezygnował z dodatkowych prac, by częściej być w domu, by móc mnie mieć pod kontrolą; gdy przebywał w pracy, słał niezliczone ilości smsów. Dzwonił, gdy miałam zajęty tel., a był niedaleko w domu, pojawiał się, by zabrać mój tel. i sprawdzić spis połączeń. Czasem, gdy dzieci i on zasypiali, ja siadałam w fotelu czytając książki lub prasę - to był czas tylko dla mnie, relaksowało mnie to, cisza, książka i ja. Teraz tego nie ma, nie zaśnie dopóki i ja nie zasnę. Pilnuje, czy z kimś przypadkiem nie esemesuje . To jest nie do zniesienia. Wmawia mi kochanków, choć nigdy nie dałam mu do tego powodu.
Od dwóch tyg. przebywa za granicą, musiał wyjechać, by zarobić większe pieniądze na leczenie córki, dzwoni codziennie, często puszcza sygnały, by sprawdzić czy mam zajęty tel. Jeśli tak, dogaduje mi, wymyśla niestworzone historie, pyta czy przebywam na necie. A ja, a ja jestem szczęśliwa, oddycham, radzę sobie świetnie, nie tęsknię w ogóle, córki też nie, ta chora córeńka czasem, sporadycznie zapyta o tatę. Zapomniałam dodać, że pojawiły się też szantaże z jego strony, typu cytuję "jeśli odejdziesz, powieszę się na oczach córki, by wiedziała, że to przez ciebie", "podpalę twoją rodzinę, puszczę ich z dymem''.
Co ja mam robić?? Boję się , że jak odejdę naprawdę coś zrobi, wiem, że jest do tego zdolny, a ja go nie kocham, nie chcę z nim być.