Witam Was drogie Kobiety!
Chciałbym podzielić się z Wami pewną historią, i chciałbym jednocześnie poznać Wasze zdanie i rady co dalej robić.
Byłem z piękną dziewczyną prawie rok czasu. Nasze początki nie były najlepsze - często się kłóciliśmy, a gdy po 2 miesiącach dowiedziała się, że miałem ex (nie wiem sam czemu to ukrywałem...), myślałem że to już koniec naszej historii. Tak jednak nie było. Dlaczego? Bo okropnie mi na niej zależało i pokazywałem to na każdym kroku.
Zawsze, po każdej kłótni, to ja wracałem, przepraszałem i robiłem wszystko, żeby było lepiej.
Czasami się później zastanawiałem, czy przez tą moją "dobroć" ona tego nie wykorzystuje. Nawet jeśli wina była po jej stronie, to ja zawsze się starałem i doprowadzałem, że znów było cudownie.
Nasze kłótnie były w 98% z jej strony, ale w 100% o jakieś drobnostki, niepotrzebne rzeczy, o które po fakcie (jak się porządnie zastanowiła) mnie przepraszała. Ale taki ma charakter - wybuchowa, nie panuje nad emocjami.
Uwierzcie mi lub nie, ale przezyłem z nią najwspanialsze chwile mojego życia. Nigdy tak dobrze się przy nikim nie czułem. Poświęciłem się do reszty - oddałbym za nią wszystko. Była zawsze na pierwszym miejscu.
Po ponad pół roku coś we mnie pierwszy raz pękło. Ciągłe starania z mojej strony, sytuacje gdzie ratowałem nasz związek, sytuacje w których doprowadzałem do tego by było lepiej, by nasz związek się rozwijał, doprowadziły do tego, że zacząłem się zastanawiać: "chwila, ale tylko ja tworze ten związek?".
Gdy próbowałem z nią o tym porozmawiać, oczywiście wyszła jedna, wielka awantura. Nigdy z resztą nie dało się z nią na spokojnie porozmawiać bez większej kłótni.
No ale przecież (uwaga, to jej słowa) "to ty jesteś facetem, ty powinieneś o wszystko zadbać".
Niedługo potem dostała szansę zarobienia pieniędzy za granicą. Wyjechała na 3 miesiące. Porozmawiałem z nią - powiedziałem, że to jest dobry czas, żeby sobie przemyślała czego ode mnie oczekuje, jak bardzo mnie kocha, czy jej w ogóle zależy na tym wszystkim.
Wyjechała, choć i mnie i jej nie było łatwo.
Minął tydzień, drugi, trzeci. Wszystko było okej. Ciągle o niej myślałem, strasznie tęskniłem. Prawie codziennie rozmawialiśmy, a ja po miesiący sam do niej poleciałem i tak spędziliśmy piękny weekend.
Niestety nic nie trwa wiecznie - po jakimś czasie znowu zaczeła się kłótnia. Miałem tego wtedy dość. Postanowiłem to zakończyć. Zadzwoniłem i powiedziałem jak się czuję. Następnego dnia ona oddzwoniła - powiedziała, żebym tego nie robił, płakała mi do słuchawki i powtarzała, że jestem jej całym życiem. Wybaczyłem jej i znowu było cudownie.
Wiedziałem jednak, że za niedługo znowu będzie okropnie, że znowu się pokłócimy o byle pier**oły, no i tak też było. Wiecznie fochy z jej strony po malutku oddalały mnie od niej. Miałem coraz mniej siły.
Po pewnym czasie zadzwoniła (oczywiście z pretensjami), wybuchła krzykiem i złością. Chodziło o to, że z jej największym wrogiem (który mocno jej naubliżał, kiedy jej nawet jeszcze nie znałem) poszedłem na piwo i zaprosiłem na facebooku (ja osobiście nic do niego nie mam, nic mi nie zrobił i jest w porządku).
Po tej kłótni powiedziałem "dość!".
Nie sądziłem że kiedyś to się stanie, ale uwierzcie mi, że stałem się zimny. Ona doprowadziła do tego, że strasznie się od niej oddaliłem, że nie zalezy mi już tak jak na początku. Nie wiem nawet czy ją kocham. Nie ma we mnie nic, absolutna pustka - i tak to się powiększało z każdą kłótnią, aż w końcu się stało. Jestem absolutnie bez jakichkolwiek uczuć. Już nie płaczę jak kiedyś, kiedy oglądam jej zdjęcia. Kiedy o niej myślę lub przypomina mi się jakaś nasza wspólna historia, która nas cieszyła lub też smuciła, teraz nie pozostawia ani smutku, ani uśmiechu na mojej twarzy.
Żeby nie było to ona ze mną zerwała tym ostatnim telefonem, ale ja tydzień później do niej zadzwoniłem, i jak gdyby nigdy nic zacząłem opowiadać co u mnie, jak w pracy itd. Zupełnie jednak bez emocji. Ona zorientowała się że coś jest nie tak, zapłakała i spytała czy o niej myślę. Po tym telefonie nic się nie zmieniło.
Powiedzcie mi proszę czemu już jestem bez uczuć, czemu tak jak kiedyś nic we mnie nie siedzi.
Wiem, że jak przyleci (a to już za 3 dni) będzie chciała do mnie wrócić, ale ja nie wiem czy ja tego będę chciał. Nie wiem czy jestem w stanie ją pokochać tak jak na początku. Nie wiem czy mi na niej już zależy. Nic nie wiem. Nie wiem co mam robić.
Tęsknie za nią okropnie, ale jakoś nie czuję już tego boom! Mimo wszystko brakuje mi tego, co było kiedyś. Za bardzo się do niej przyzwyczaiłem.
Czy któraś z was też tak miała? Czy jest szansa na odrodzenie się tego uczucia? Jakie były potem Wasze dni, co się zmieniło, jakimi staliście się ludźmi?
Poradźcie mi coś proszę, bo to co się ze mną stało mnie przeraża... ![]()