Witam. Moja dziewczyna rzuciła mnie w tym tygodniu. Nasz związek ostatnio nie był najlepszy bardzo dużo się kłóciliśmy. Moim zdaniem to przez problemy jakie ma w domu z ojcem, który nie odzywa się do niej już pół roku. Za pierwszym razem jak mnie rzuciła to wróciła po 3 dniach bo beczała i brakowało jej mnie. Potem mnie rzuciła po miesiącu i to rozzstanie trwało tydzień (za każdym razem czekałem aż ona się odezwie, nie latałem za nią, nie błagałem o spotkanie, po prostu czekałem na jej reakcje - bo to ona zerwała, nie ja). Teraz bylismy bez przerwy 4 miechy i wydawało mi się, że złapalismy wiatr w żagle no ale ...
Ona chciała sie wyprowadzić (ona ma 18 lat, w tym roku pisze mature, ja mam 20 i jestem na 2 roku studiów) i ma prace którą godzi ze szkołą. Chciała ze mną chociaż nigdy mi tego wprost nie powiedziała -.- , dopiero teraz, po fakcie. A do mnie miałą pretensje że ja nie mam (ciężkiej) pracy. Bo mam takie lekkie fuchy i wychodze około 800-1000 PLN/miesiąc (legalnie zarabiam żeby nie było). Ona sie
zachłysnęła awansem w pracy na stanowisko kierownika.
Dla niej studia sie nie liczą, dla mnie owszem. Ona by chciala, żebym zarabiał weekendami ale nie znalazłem pracy (był jeden pewniak tzw. ale zachorowałem i nie mogłem sie stawić na czas, praca przepadła). Teraz chciałem, już nawet mam nagraną pracę i może wypali ale ona mnie rzuciła.
Tego dnia paliła papierosa z nerówów, a ja jej zawsze zakazywałem. Stawiałem ultimatum - ja albo papierosy. I ona zapaliła, na imprezie z koleżankami też. Kiedys sie na to zgodziła a ja uważam, że zasady to zasady. No i sie pokłócilismy. Spotkalismy wieczorem i mówiła że nie moge stawiac takiego ultimatum. Ja powiedziałem, że nienawidze papierosów i nie chce być z palaczką. Potem powiedziala, że nie możemy być razem bo ja nie wspieram jej i nie rozumiem jej problemów. Rozpłakała się mówiła, że bardzo mnie kocha i że być może będziemy jeszcze kiedys razem.
Mówiła, że jestem super chłopak, na co jej odpowiedziałem, że mówiła ostatnio, że jestem beznadziejny. Mówiła, że jak nie będziemy utrzymywać kontaktu to sobie potnie żyły. Żebysmy zostali przyjaciółmi chociaz ona wie, ze ja tego nie uznaje. Żebym jej obiecał że będziemy sie spotykać. Ja jej powiedziałem, że nie obiecam jej nic i że jak mnie rzuci to sama zobaczy. Rozeszlismy sie. Zadzwoniłem do niej i powiedziała po długiej rozmowie, że jednak musimy być razem bo ona beze mnie nie wytrzyma.
Na następny dzień spotkalismy sie i była już twardsza, bardziej niemiła i bardziej zdecydowana. Rzuciła mnie już totalnie, mówiła, że jestem niedojrzaly, że wiecznie bede chciał być na garnuszku u rodziców (ubrania, kosmetyki, rzeczy na uczelni kupuje sobie sam, więc nie jestem 100% darmozjadem, mnóstwo rówieśników mniej daje z siebie niż ja) i takie tam duperele. Ja nie wytrzymałem i sie rozpłakałem tym razem ja. Ona odeszla. Wróciła , przytuliła mnie i powiedziała, że jednak jestesmy razem. Ja mówiłem, że nie chce tak z litosci. Ona ze nie, ze to nie litosc. I potem była taka zdecydowana i oschła żębym sie ku*** ogarnął i zrobił cos z soba. Dla niej przyszłosc sie nie liczy tylko terazniejszosc (chodzi o wykształcenie, btw. jej rodzice są bez studiów i sytuacja finansowa w domu lekko ujmując jest do dupy, lepiej ten stan wyrazi słowo ch***wa - sorry ale musialem). Powiedziala ze pogadamy za jakis czas, jak zdam zaległe egzaminy, zebym sie na tym skupił.
Więc wróciłem do domu. Przed snem zadzwoniłem do niej i o cos zapytałem, a ona ze nieważne i to jej sprawa, a ja że przecież jestesmy para i powinna mi mowic, a ona ze wcale nie jetesmy. Ja jej na to, ze mowila przeciez ze nie zrywa. A ona ze wcale nie i że zerwała. Na to ja jej rzekłem "Zwiodłaś mnie" i się rozłączylem słysząc tylko "eeeeej". Wysłala mi smsa, że miała racje mówiąc że jestem niedojrzały. I na tym sie rozmowa urwała.
Tak, chciałbym do niej wrócić. Jakies porady kobiece?
Pozdrawiam