Witam wszystkich serdecznie,
Prosze o pomoc ponieważ już nie wyrabiam.. całe życie wywróciło mi się do góry nogami. Oszalałem.
Niestety, ale 2.5 miesiaca temu rozstałem się z miłością mojego życia z mojej winy, bardzo tego żałuję. Mam 28 lat, ona ma 26 lat. Bylismy razem 4 lata i 3 miesiace. Od czasu zerwania nie potrafię się pozbierać, jestem cieniem samego siebie i ciągle myślę o niej i serce mi pęka, łudzę się nadzieją, nie potrafię już patrzeć na inne kobiety.
Do zerwania doszło w maju zaraz po moich urodzinach, miałem bardzo stresujący/nerwowy okres w pracy oraz w życiu prywatnym, moja ex (w ogóle nadal do mnie nie dociera, że to moja ex.. nie potrafie jej tak nazwać) w tym okresie mnie irytowała (tego tygodnia zaczęliśmy się kłócić o byle pierdoły, że ona mi czegoś nie chce zawieźć, że ja ją gdzieś nie zawiozłem jak chciała itd). To była pierwsza poważna awantura, no i jak widać ostatnia, bo przegiąłem.
W czwartek po ostrej wymianie wiadomości na Facebooku, napisałem do niej, że mam tego wszystkiego dość, że wszystko mnie irytuje, że czas zakończyć ten cyrk i się rozstajemy, że oddam jej prezenty które dostałem na urodziny.. odpisała, że ona nie chce żadnych oddawanych prezentów, bo kupiła je dla mnie i że prezentów się nie oddaje.. działałem pod wpływem emocji. Nie rozmawialiśmy do niedzieli.
W niedzielę, zaczęliśmy pisać bardzo oschle, nie było żadnej poprawy.. jestem osobą nie pijąca alkoholu, ale coś we mnie pękło i się "nastukałem" na wieczór, w tych wszystkich emocjach i nerwach po kłótni w niedzielę, wieczorem napisałem jej wiadomość "ZEGNAJ" i ją zablokowalem. Nie miałem intencji z nią zrywać, to był swego rodzaju straszak, żebyśmy się ogarnęli, liczyłem, że rano jak wstanę zobaczę sms od niej "co Ty odwalasz" lub coś tego typu. Niestety, przeliczyłem się.
Gdy wstałem rano i nie zobaczyłem żadnej wiadomości, zdałem sobie sprawę z tego jak głupi jestem i co najlepszego narobiłem. Od razu ją odblokowałem, napisałem długą wiadomość o tym, że bardzo ją przepraszam, że ją bardzo kocham i to wszystko przez moją aktualna sytuację, stres, emocje itd.
Odpisała "chciales tego to masz, myślę że pojadłeś dobra decyzje". Przez 2 tygodnie wysyłałem jej multum wiadomości na Facebook, Instagram, SMS i ją przepraszałem, błagałem, wysłałem jej nasze wspólne zdjęcia, skomlałem jak zbity pies.. odpisywała bardzo zdawkowo. Wpadlem w jakiś amok, nie mogłem jeść, spać, schudłem 12 kg.. Chcialem z nią porozmawiać, ale ona nie chciała, gdy poszedłem do jej domu, drzwi otworzyła jej mama i powiedziała, że jej nie ma w domu - kłamała mnie, samochód stał pod klatka. Po kilku dniach kupiłem ogromny bukiet róż i zaniosłem jej do domu, gdy była w pracy, jej mama go wzięła, ale stwierdziła "nie wie czy powinna", po kilku godzinach otrzymałem wiadomość "możesz nie nachodzić mojej rodziny?" Odpisałem że nie zamierzam nikogo nachodzić, że tylko przekazałem jedna rzecz.. i już więcej tam moja noga nie postanie. Odpisała po powrocie do domu "kwiaty nic nie zmienią, zawsze było Ci żal na kwiatki, a teraz proszę, aż tyle róż" - kupiłem naprawdę gigantyczny bukiet z przeprosinami. Nadal nie chciała się spotkać, więc wymyśliłem, że zaczekam o 6:00 rano kilka klatek obok, jak będzie szła do pracy to chociaż ją złapie na chwilę.. żeby w 4 oczy pogadać.. I tak się stało. Gdy mnie zobaczyła, obróciła głowę w drugą stronę i przyspieszyła kroku.. zatrzymała się dopiero przy aucie, pogadaliśmy chwile.. ja płakałem, przepraszałem, błagałem... w jej oczach było widać nienawiść, była bardzo pewna siebie i powiedziała, że to koniec i że spieszy się do pracy, wsiadła do auta i odjechała..
Pragnę nadmienić, iż za każdym razem gdy po rozstaniu pisaliśmy, a ja pytałem o jej uczucia względem mnie pisała "nie da się od tak przestać kochać/wyłączyć uczuć", ciągle tez twierdziła, że "że pozno" I "doceniłeś dopiero gdy straciles". Nic ją nie ruszało, byla strasznie oschła.
Po moim spamowaniu wiadomościami przez 2 tygodnie, ona przestała odpisywać, wyciszyła konwersacje na fb/insta.. smsy ignorowała. W w końcu dalem sobie spokój, przestałem pisać. Byłem mega wściekły. Wyrzuciłem ją z wszystkich portali społecznościowych, wyrzuciłem nasze wspolne zdjęcia itd.
Po 11 dniach mojego milczenia, ona sama się odezwała na instagramie. Dodaliśmy się z powrotem na portalach społecznościowych. Zapytała "co z Tobą?", że martwi sie o mnie, że jej się śniłem w sobotę (zawsze gdy ktoś jej się śnił, to znaczyło że coś się stało, a ja właśnie w sobotę trafilem do szpitala z powodu zbyt wysokiego tętna tak mnie to wszystko wymęczyło.. ). Mówiła mi, że nigdy nie byłem i nie będę jej obojetny, gdy zapytałem jak ona sobie to wyobraża, że co.. mam zostać jej kolegą? Pisałem że nie wyobrażam sobie tego i nie chce, nie będę jej kolegą. Odpisała "a Ty? Czego chcesz?" Napisałem, że chce być z nią, że się zmienie - odparła, że za późno. Przepraszała mnie, ze ona taka nie jest itd.. ze była tak wściekła na mnie.. dlatego tak sie zachowala. Poinformowała mnie potem, że wyprowadza się z miasta! (60 km stąd, że musi to zrobić bo tu za dużo rzeczy jej mnie przypomina) I ze będzie mieszkać tam gdzie pracuje! Że wie, że powinna o tym ze mną porozmawiać.. że potrzebuję czasu na spotkanie.. schowala nasze zdjęcia które były na ścianie, bo nie mogła na nie patrzeć tak jej bylo przykro.. musi sobie wszystko poukładać w głowie. Czekałem 3 tygodnie bodajże, w końcu uderzyłem piescia w stół i powiedziałem, że jak się kogoś kocha to się z nim jest i naprawia, a nie wyjeżdża z miasta, nie chce spotkać i nie chce naprawiać. Mówiła, że ma metlik w głowie i "sama nie wie czego chce, bo jej zrobiłem tyle przykrości i nie wie czy jest w stanie to przeskoczyć". W emocjach napisałem, że traktuje mnie jak ścierę do podłogi i się nie dam tak traktować, ciągle rzygalem i nie jadłem, a jej to chyba sprawiało satysfakcję. Wiedziała o tym, bo jej wysłałem zdjęcie z wagi, mówiłem jak to przechodzę, że tesknie.. ujęła to w sposób taki, że ją to też ruszyło mocno, że zbiera samoocene z podłogi, ale nie przeszła tego az tak mocno jak ja..
Gdy wyjechała znowu mieliśmy spine, bo mówiła, że będzie co bedzie, że chce pisać ze mną, ale nie chce mi robić nadziei, bo wie że to się może nie udać, że nie chce mnie krzywdzić,
nie chce przechodzić przez to ponownie, napisałem, że bawi się moimi uczuciami i ja tak dalej nie mogę, ma się określić albo odejdę w cień mimo, iż ją kocham - stwierdziła, że ją szantazuje emocjonalnie i skoro tak, to każdy idzie w swoją strone.
Wyprowadziła się, w dzień przeprowadzki wieczorem napisałem do niej, czy wszystko w porzadku, bo się bardzo martwię.. była godzina 21:00, nie odczytała, a na Facebooku była do 23:00 - specjalnie. Nie spałem całą noc, martwiłem się. Kolejnego dnia była rano dostępna od 6:00, ale odpisała dopiero koło 11:00 "wszystko w porządku, nie musisz się już martwic". Mówiła, że dlugo nie będzie miała nikogo i nie chce związków. Kazałem jej w końcu podjąć decyzję, bo ja jestem w stanie wszystko wybaczyć, ciągle była gadka "moze, nie wiem, to trudne, zraniłeś mnie", nawet jej mówiłem, że zamierzałem się oświadczyć (pytała o to, czy zamierzalem), że jest tą jedyna. Ciągle chciała ze mną pisać, ale mówiła że do spotkania na razie na pewno nie dojdzie, jak napisałem jej, że to do niczego nie prowadzi i tylko zabije w nas uczucia i co to zmieni bez spotkań? Odpisała - NIC, BEDZIE CO BEDZIE, JAK JESTESMY SOBIE PISANI TO BEDZIEMY RAZEM, MAM NA CIEBIE BLOKADE PRZEZ TO CO ZROBILES, NIE WIEM CO JEST MI PISANE, MOZE BEDE SAMA DO KONCA ZYCIA, TEGO NIE WIEM.
W końcu się tak konkretnie zdenerwowałem, że kazałem jej mnie zablokować wszędzie, jeśli nie widzi żadnych szans dla nas, bo ja już tak dalej nie potrafię.. bylem wymęczony psychicznie.. odpisała, że ona tego nie zrobi. Ja na to, że jeśli nie ona, to ja to zrobię, napisala, że jej będzie bardzo przykro, napisałem dlaczego? "Bo czasami chciałabym wiedzieć co u ciebie" - trudno, odpisałem.
Zablokowałem ją, napisałem wiadomośc pożegnalną, że nigdy o niej nie zapomnę, że jest wyjatkowa i zawsze taka będzie dla mnie, że nigdy nie będzie obojętna, że zawsze będę trzymał kciuki za nią z tylnego siedzenia, mimo iż kocham to usunę się w cień, i zablokowałem. Plakalem jak dziecko.. niestety po tygodniu wymieklem, odblokowałem i napisałem, że ja tak nie potrafię, zbyt mocno ją kocham, prosiłem abyśmy się dogadali, spróbowali naprawić, zaczęli od początku - ona nie wychodziła z żadna inicjatywa, miała to gdzieś od samego zerwania, w związku to ona się bardzo starała, nawet pisała, że miała przeświadczenie, że jesten tym jedynym, że w końcu znalazła swoją przystan i wtedy zrobiłem taka głupotę.. ze nie spodziewała sie, ze najbliższa osobą jej sercu jest zdolna zrobić coś takiego.. tak ja zranić.. Zaprosiłem ją z powrotem do znajomych na fb efekt - od razu mnie zablokowała na Facebooku, na Instagramie nie przyjęła prośby dodania do znajomych. Odpuściłem. Przestałem robić cokolwiek. Po tygodniu odblokowała mnie na Facebooku, ale w tak specyficzny sposób, że nie mogę wysłać wiadomości, ani zaprosić do znajomych, widzę tylko ze istnieje (profilowe i jedno zdjęcie widzę, które dodała jak mnie całuję - z okazji urodzin na mojej tablicy) . Na instagramie po 2 tygodniach sama z siebie zaczęła mnie obserwować, po tym od razu ja wysłałem jej ponownie zaproszenie, przyjęła po równo godzinie (specjalnie, robienie na złość na 100%). Napisałem ostatnia wiadomość, że przepraszam za wszystko, ale działałem pod wpływem emocji i mam nadzieję, że kiedyś sobie wybaczymy i będziemy jeszcze razem - wyświetliła tylko, nic nie odpisała, więc po 24h skasowałem wszystkie wiadomości, bo uznałem, że zrobiłem z siebie debila, a ona ma pewnie ubaw.
Od tamtej chwili nic wiecej nie robiłem, wscieklem się, zająłem się sobą, robie mordercze treningi dzień w dzień, strasznie się zmieniłem fizycznie, w tym roku zrealizuje swoje marzenie i kupie sobie wymarzone auto (zbieram od 4 lat w tajemnicy), od 1.5 miesiąca milczę, przestałem błagać, prosić, argumentować, namawiać.
Zauważyłem podczas weekendowych spacerow, że zjeżdża co weekend do domu.. (jej rodzice mieszkają blok obok). Mimo, iż cierpię i codziennie o niej myślę, przestałem się kontaktować, przestałem za nią latać.
Czy są jakieś szanse? Jak Wy to widzicie? Nie potrafię jej wyrzucic z glowy, całymi dniami ciągle o niej myślę, uzależniłem się, moja samoocena sięgnęła dna. Nadal nie ogarniam co sie stało. Nie radzę sobie z tym, mam przeswiadczenie "o tej jedynej".
Ona nawet nie chciała zawalczyć o to wszystko. Z dnia na dzień stała się obojętna, bo jak to napisała "bo może zrozumiałam?" Obudziłem w niej "potwora" który zjadł mnie na moje własne życzenie. Dosłownie.