Witam, bardzo proszę o radę...
4 lata temu poznałam starszego o 8 lat, kochającego mężczyznę. Mężczyznę po przejściach, 3 lata wcześniej zginęła mu żona w wypadku, został wówczas sam z 6-letnią córką. Postanowiliśmy być razem. Sytuacja jak z bajki. Dom, oboje pracujemy, dorastająca córka, ogród. Mężczyzna kochany, starający się o mnie, wspólne plany na przyszłość.
A jednak w idealnym świecie zaczynały się małe sygnały: sprawdzanie mi komórki, konta bankowego, informowanie mnie, że nie będzie mieć ze mną bachorów...podkreślanie,że to jego dom...
8 m-cy przed ślubem u mężczyzny wykrywają nowotwór nerki. Informują go, że wszystko będzie dobrze, że w porę wykryty i,że ma wracać do zdrowia. Ale tak nie jest. Mężczyzna cały czas powtarza,że umrze, że to przeze mnie zachorował, że go dobijam, jestem wysłannikiem diabła, aby go dobić... Dochodzi do kłótni, pierwszych uderzeń, siniaków, pierwszej krwi. Mężczyzna nie chce iść do poradni, poszukać psychologa. Uważa,że nic mu nie jest, a ja się czepiam. ślub nie jest jak z bajki. Po ślubie ... Rodzina zostaje zakaz przyjazdu do mnie, bo niszczą jego dom. Zaczęłam słuchać, ze nie nadaję się na matkę. Zabronił mi adoptować swoje dziecko, a mi oświadczył,że nigdy nie urodzę swojego. Dochodzi coraz częściej do kłótni, bicia, szarpania. Grożę odejściem, szantażuję poradniami małżeńskimi...nic nie dociera. Dziewczynka dorasta, pojawiają się pierwsze problemy wychowawcze. Ja mam coraz mniej do powiedzenia w sprawie jej wychowania, bo wszystko źle robię.
W domu wciąż te same teksty, że o nic nie dbam, bo to nie jest moje.
Przestajemy się kochać, sporadyczne stosunki to według określenia mężczyzny "spuszczenie z krzyża". Zwala winę na chorobę i operację, nie chce jednak szukać pomocy u lekarza. Uważa, że obrzydliwe jest kochanie się ze mną.
Pojawiają się częste wspomnienia byłej żony. Padają zdania, że "nie dorastam jej do pięt", że on miał "tylko jedną żonę".
Czuję się,że mam tylko sprzątać, prać, gotować i opiekować się jego córką...a i tak wciąż mi udowadnia,że źle to robię.
W domu wciąż kłótnie. Mężczyzna nie odchodzi od komputera. Nie ma z kim rozmawiać, bo "nie ma obowiązku rozmawiania ze mną". Nie mozna mówić o zbliżeniach. Nie mam prawa go dotknąć, przytulić, bo nie rozumiem, że go boli, jest chory i, że go obrzydzam.
Rok po ślubie...
Znowu mnie uderzył. Nie wiem, który już raz.
Ostrzegałam o odejściu, kupowałam Anonse, aby widział, że szukam mieszkania, ściągałam na komputer wzory pozwów o rozwód.
Myślałam,że może coś zauważy, że coś zrobimy.
Sama zaczynam być nerwowa. Zaczynam reagować krzykiem, płaczę co wieczór, nie mogę się na niczym skupić.
W domu mieszkam w kartonach, bo nie mam gdzie wyłożyć swoich rzeczy.
Wciaż mnie wyzywa, poniża...uważa, że jestem chora psychicznie, że trzeba mnie zamknąć w psychiatryku, że mam napady.
Podczas bicia, szarpania jak tylko go odepchnę dostaję kilkakrotnie silniejsze uderzenia.
Odeszłam...
W piątek rano afera. Powiedziałam,że nie wrócę już do jego domu. Zaczęło się sprawdzanie torebki, wyrzucanie mi z niej rzeczy. Odepchnęłam go...uderzenia w twarz. Zaczęła mi lecieć krew. Z opuchniętą twarzą poszłam do pracy.
Koleżanka załapała,że za często przychodzę z siniakami. Powiedziałam prawdę...
Pomogła mi zabrać rzeczy z domu...
Uciekłam...
Wiem,ze może nie radzi sobie z chorobą. Już prawie dwa lata (bez 3 m-cy) jak zdiagnozowali mu chorobę. Nie chcę być uważana za samolubna, że zostawiłam chorego człowieka. Nie daję już jednak rady.
W domu mam jak w więzieniu. Wszystko według niego niszczę, do niczego się nie nadaję.
Uderzenia bolą...
Nie pójdzie do poradni...
Wszyscy mi radzą, abym nie wierzyła jak będzie mnie przepraszał,że się zmieni, że wtedy poczuje się pewnie, że nigdy od niego nie odejdzie.
Pokochałam jego córkę, lubiłam to życie rodzinne, miałam gdzie mieszkać. Kocham go...
Ale ja tak nie mogę...
Mam 28 lat. Według niego nie urodzę dziecka, jestem chora psychicznie i sama sobie nie poradzę. Zostałam bez niczego. Muszę szukać chociaż pokoju do wynajęcia.
Mam dobrą pracę, rodzina jest po mojej stronie, bo widzieli,że zabraniał mi utrzymywania z nią kontaktu, co ich strasznie dziwiło.
Proszę, czy ktoś miał podobnie? Czy on może się zmienić? Czy, tak jak mówią inni nie powinnam wierzyć w przemianę.
Tak bardzo nie wiem, co mam robić. Kocham go...kochałam z całego serca. Bicie, wyzwiska tłumaczyłam,że nie radzi sobie z sytuacją.
Ale to już 2 lata.
Nie mam marzeń. Wracając do domu chciałam tylko,aby mnie nie wyzywał i nie bił. Wszystko widziała 13-letnia córka.
Proszę powiedzcie jak to widzicie.
Jak trzeba coś uzupełnić zrobię to...
Proszę i dziękuję.