Sytuacja wygląda następująco : Mój partner po 1,5 roku związku zerwał ze mną. Nie podał racjonalnego powodu. Po 2 tyg wrócił do mnie. Spędziliśmy razem cudowne 2 dni. Jednak później czar prysł - sporadycznie sie odezwał ( mieszkamy 20 km od siebie),nie dzwonił. Kiedy ja to robiłam nie odbierał,itd. Powiedziałam mu,że jezeli to sie nie zmieni to niestety bedziemy musieli się rozstać... No i nie zmieniło się ...:(
Od tego czasu mija już miesiąc...Przez cały ten czas ``walczyłam`` o niego - wypisywałam,błagałam,dzwoniłam ( wiem,kardynalny błąd).On mnie zupełnie olewał. Wysyłałam po 10 smsów, on z łaski odpisał. Nie chciał mi oddać rzeczy - omijał temat.Jednak w sobote cos we mnie pękło - wygarnełam mu wszystko co o nim myślę - ze jest nieodpowiedzialnym dupkiem,że jest totalnym maminsynkiem ( przypuszczam ,ze przez matke ze mna zerwał,bo mnie nie akceptowała), ze nie chce juz go widziec i że moge juz mu obiecac,że nigdy nie będziemy już razem. Przestałam równiez pisac i dawac znaki zycia.
I to go zmieniło - całą niedziele wypisywał,chce mi oddac rzeczy, chce ze mną spędzić weekend .Stwierdził,ze chce isc ze mna na rowery tak jak dawniej, gdy na poczatku naszego zwiazku pokonywalismy po 40 km
,bo miło wspomina nasze wojaże (cytuje). Wczoraj równiez wieczorem wypisywał , jak nigdy.
Nie wiem co o tym sądzic,nie chce znowu robić sobie nadzieje...;/
Bo to cholernie boli... Myślicie,że może mnie jeszcze kochać czy to raczej przyjacielski gest ?
Gdy pierwszy raz ze mną zerwał stwierdził, ze chce się ze mną przyjaźnić, jednak w przyszłości znowu się związemy i że inne panny go nie interesują.
Dodam,że on ma 20 lat ,ja 21.