Moja historia jest tak zlozona, ze nawet nie wiem od czego zaczac...dzis jest mi znow smutno, nawet nie mam z kim porozmawiac, albo poprostu nie chce..mam juz dosc siebie jako ofiary, placzacej, za nim, za tym jak moglabym tego uniknac..
Takze, postaram sie w skrocie..choc mysle ze bd to chaotyczne bo tyle mysli, wspomnien w mojej glowie..
Znalismy sie od kilkunastu lat..mieszkalismy w jednej miejscowosci, wspolni zanjomi..od zawsze cos mnie do niego ciagnelo,w miedzy czasie bylam w stalym zwiazku(3 lata),zwiazek mi sie rozwalal, wzowilo sie z Y. Jeszcze za mlodu spedzalismy duzo czasu razem, sami..odcinalismy sie od grupy, za mlodych lat byly buziaki w policzek na czesc;) kiedys wybralismy sie na rower, zrobilismy sobie obraczki na znak w sumie nie wiem czego,kiedys przyznala mi sie tez do tego, ze wiedzial ze bd jego dziewczyna, ze od zawsze czul to cos, ze ze mna jest inaczej...pisze to aby Wam nakreslic,ze w sumie los zawsze nam sprzyjal,zawsze cos nam nakreslal w zwiazku z nami..bo nie trwalo to np miesiac i sie urywalo...od czasu do czasu los dawal nam jakis znak ze cos wisi w powietrzu..ze cos z tego bedzie..
Zwiazek, w ktorym bylam...nie bd sie nad nim rozpisywala, bo nie o to biega...ale w sumie od tego zaczely sie moje problemy z owczenym,a zarazem juz bylym Y. MoJ BLAD!! Moj cholerny blad, bo nie skonczylam do konca zwiazku z jednym , a juz zaczelam z Y. (chodzilo o zwykle utzrymywanie kontaktu, o jakas forme zazylosci z bylym). Y cierpliwie czekal, w sumie byl tak zauroczony, ze znosil to wszytsko,czekal..cierpliwie czekal...w miedzy czasie..jego rodzicielka, ktora jest w niego wpatrzona uslyszlaa wiele plotek na moj temat, oczywiscie wiekszosc to brednie, albo fakty, ktore w rzeczywistosci przezywa kazda dziewczyna,nawet jej corka, ale to niewazne..przeciez to bylam ja...Y strasznie walczyl o nasz kontakt, inicjowal spotkania, zostawial nas same zebysmy porozmawiaaly, no i wkoncu sie do mnie przekonala...zwiazek cudowny, inny..bo jednak przyjaznilismy sie od zawsze, ciezko bylo mi sie zakochac,bo jednak byl kolega...
Nadszedl czas moim studow,Y jest ode mnie mlodszy o rok. Wiec w sumie przezylismy jeden rok widzac sie co 2-3 weekend,ale dalo sie przezyc,to nas utwierdzilo,ze takl czy inaczej dajemy rade byc razem....przyszly wakacje..Y dostal sie na studia,w tym samym miescie co ja..wiec wielka radosc nam towarzyszyla...pod koniec wakacji zaczelo sie cos psuc..podczas jedenej z klotni doszlo do rozstania...na miesiac...wrocil sam..jednak juz nic nie bylo tak smao,strasznie sie zminil..myslalam ze to zachlysniecie sie studiami,ze minie...cierpliwie czekalam,znosilam rozne humorki i zostalam kopnieta w dupala!! Przez ten czas dowiedzialam sie ze bylam ukrywana przed rodzicami, strasznie mnie to ukokorzylo, wplynelo na moje emocje, czulam sie i czuje gorsza,ze nie pasowalam do rodziny..staram sie jak moglam przez ten rok, gotowalam, sprztalam, wolalam cos kupic jemu niz sobie,..poprostu zatracilam siebie;( keidys bylam silna osobowoscia, nie wiem co sie ze mna stalo...mija juz 2 tydz od rozstania,wyjechalam do innego kraju bo mialam mozliwosc, nie utrzymujemy kontaktu..jest mi ciezko, kocham go, kocham go miloscia inna..chcialabym go odzyskac, ale nie moge tym zyc, nie moge zyc nadziejami..mysle ze podczas dyskusji wyloni sie pewnie jeszcze wiele istotnych faktow..prosze o rady..o madre slowa..spedzilam na tym forum juz tyle godzin,czytajac wasze historie.. stwierdzam fakt, ze popelniamy jakis cholerny blad( o ile poprostu calkowite oddanie sie drugiej osobie mozna uwazac za blad), myslalam ze jestem sama, ze tylko ja mialam faceta z tak ciezkim charakterem, ze obiecywal gruszki na wierzbie , ze byl wpatrzony jak obrazek, ja uwierzylam, oddalam wszytsko co mialam i na koniec zostalam z nicxym...jestem swiadoma tego, ze musze teraz stoczyc walke ze soba, ze musze to przetrwaic , jego..tylko pytanie czy chce?