W zasadzie zastanawiam się po co to piszę.
Może po prostu chcę się podzielić z innymi swoim doświadczeniem.
Czytam to forum od dawna. Czytałam codziennie wiele wątków kobiet w tej samej sytuacji co ja, próbowałam przemówić sobie, że to co się dzieje w moim związku jest chore. Ale byłam totalnie uzalezniona od mojego partnera. Tak. Teraz to rozumiem. Wtedy nie trafiało.
W wielu wątkach kobiety pisały o facecie, który nie szanuje, wyzywa, bije. Każda odpowiedz była taka sama - zostaw go.
Ale to się nazywa uzaleznienie psychiczne od kogoś. Wiemy o tym, że powinnyśmy go zostawić, ale tego nie zrobimy, bo nie wyobrazamy sobie zycia bez niego, kochamy go (?) , jestesmy w stanie znieść wszystko.
Cały czas towarzyszą nam słowa - on się zmieni.
I własnie sęk w tym, że taki facet może się zmienić. Własnie chciałam obalić to co pisałyście - że tacy się nie zmieniają.
O tyle, że teraz to już mi nie zalezy.
Dobra zacznę od początku.
Mam 21 lat. Moja młodość byla piękna. Byłam najwiekszą wariatką jaką można być, kompanka imprez, wycieczek, plotek.
Heh... zawsze wszyscy mówili - jeszcze jej nie widać, ale już ją słychać.
Wszystko się zmieniło gdy trzy lata temu poznałam tego własnie człowieka. Zaimponował mi. Miał wiele pasji, był podobny do mnie i pasował do mojego aktywnego stylu życia (czyt. też nie lubi siedzieć na kanapie z pilotem w ręku).
Było pięknie.
Po trzech miesiącach zaczęło się przejmowanie przez niego dominacji nade mną. Kurcze mogłabym książkę napisać.
Postaram się w skrócie.
Najpierw musiałam zrezygnować z tańca- bo przecież to nie jest normalne, że się tanczy z innym partnerem. Zrezygnowałam więc z tego czym zajmowałam się od lat.
Później koledzy- no bo był zazdrosny i uważał, że oni chcą mnie tylko wyr***chać jak on to mówił. A zaznaczę, że owi koledzy to moi przyjaciele od piaskownicy. I gdyby chcieli coś takiego zrobić, to dawno bym to zauważyła. Nie mniej jednak- z najlepszym przyjacielem moim spędzałam całe noce na oglądaniu filmów i nigdy nawet nie próbował się dobrać, poza tym, gustował w innych dziewczynach niż ja i w kwestii wyglądu i z charakteru.
Dalej- jestem bardzo wysoka i bardzo szczupła. Mam naturalne dlugie włosy i wyraziste rysy twarzy. Wszyscy mówili, zebym sprobowała sił w modelingui. Nie uważam się za piękność, baa daleko mi bardzo. Ale modelki mają to do siebie, ze muszą po prostu spelniać okreslone kryteria a resztą zajmą się wizazysci i stylisci. Udało się. Dostałam się do agencji modelek.
Oczywiscie mój Pan, powiedział, że modelki to szmaty i mi zabrania.
Mogłabym wymieniać dalej, ale chyba nie o to chodzi. Każda kłótnia nawet o błachostki konczyła się wyzywaniem mnie, nie raz dostałam 'w łeb' a później słyszałam, że go sprowokowałam go tego. Haa, ja po prostu broniłam swojego zdania. teraz wiem, że jak się z nim nie zgadzałam, to go prowokowałam po prostu ![]()
Po każdym uderzeniu mówiłam sobie - to jego ostatni raz, więcej na to nie pozwolę. I to trwało w nieskonczoność.
Po dłuższym czasie, gdy już oczywiście byłam niewolnicą ( swoją drogą, kiedyś powiedział, że jestem taka i owaka, ponieważ wieczorną porą wyszłam po papierosy do sklepu, a jego zdaniem wyszłam się polansować ) przestałam zwracać na to uwagę.
Zyłam w takim dziwnym świecie, zakłamanym, udawałam, że wszystko jest ok, sama sobie wmawiając, że już jest dobrze, nie ma co rozpamiętywać, trzeba walczyć o ten związek.
Do wazniejszych rzeczy należy to, ze on miał tak silną władzę nade mną, że przez ten cały okres ja sądziłam, że to ja nawaliłam w tym związku. Bo on mi cały czas to powtarzał. Płakałam w poduszkę pytając siebie dlaczego jestem taka zła i nie spełniam jego oczekiwań.
Nie wychodziłam nigdzie, nie spotykałam się ze znajomymi, baa ja nawet z kolezankami nie mogłam wyjść na kawę, bo przecież dziewczyny nie chodzą pogadać tylko krecic tyłkiem na miescie.
Los sprawił, że miał powazne problemy zdrowotne - pół roku temu. Lezał w szpitalu.
Dzięki temu zrozumiał, że stracił tyle czasu na te kłótnie.
I ogólnie jak wyszedł ze szpitala, to pomyslałam, ze ktos podmienił mi chłopaka. Powiedział, ze wszystko było jego winą, że jestem aniołem i najcudowniejszą kobietą na swiecie. Od 6 miesięcy nieba mi przychyla, traktuje mnie jak księżniczkę.
Cieszyłam się jak cholera. Byłam taaaka szczesliwa, ze wreszcie mnie szanuje, ze stworzymy udany związek.
Sielanka trwała i trwała, aż ja wszystko zrozumiałam. Aż mi wróciło trzezwe myślenie i doszłam do wniosku, ze ja jestem aniołem i zasługuję na lepsze traktowanie.
Chciałam o tym zapomnieć co było. Ponieważ zaufałam mu na nowo. I ufam nadal.
Prawie stracił zycie i to go skłoniło do takiej zmiany. Ale ja... ja codziennie, nawet kilka razy dziennie, próbując odpocząc, mam wizje przed oczami. Widzę to jak mnie traktował. Przypominam sobie wszystko, kawałek po kawałku, słowo po słowie...
Mimo, że nigdy nic nie rozpamietywałam, zawsze zapominałam o jego błedach od razu.
I wiecie co? Gdy to wszystko mam przed oczami, jedyne słowa jakie mi się nasuwają na myśl to - Boże jaka byłam głupia...
Z początku bolało, ale teraz tak po mnie to spływa, że smiać mi się chce.
Chcę się z nim rozstać. Jest to przemyslane od dłuzszego czasu, nie chciałam podejmować decyzji pochopnie pod wpływem emocji.
Wiem to na sto procent. Chce zacząc zyc od nowa.
Swoją drogą, głupio mi się do tego przyznać- strasznie dużo piłam...
Były miesiące, że piłam codziennie po trzy, cztery piwa, budziłam się rano z bólem głowy. Wiem, że to straszne.
Ale ja kompletnie nie miałam co robić. Jedyna opcja na wieczór?Wyjść na balkon z paczką papierosów i piwami i delektować się widokiem morza- bo tylko widok z balkonu był piękny. I wiecie co? Dotarłam do momentu, w którym poczułam, że ja się zaraz uzależnię. Że kolo godziny 18 zaczynam robić się nerwowa i myśleć, ze trzeba po piwka do sklepu jechać.
Na szczęscie ocknęłam się w porę i z tym i ze sprawami związku.
Z nim chcę skonczyć a alkoholu do ust nigdy nie wezmę, bo w wieku 21 lat prawie się uzależniłam (boże, aż mnie ciary przechodzą).
Do wszystkich dziewczyn trwających w takich związkach- mam nadzieję, że moja historia dała wam cokolwiek do zrozumienia.
Zapraszam do rozmowy, dyskusji na takie tematy, może wy napiszecie podobne przezycia. Ten wątek jest otwarty dla wszystkich.
Ja już wiem co mam zrobić, ale chętnie posłucham kilka słów od was, zwłaszcza, że przede mna najciezszy okres - rozstanie, ciezko bedzie mi to samej przetrwać.
Także bede wdzięczna jeśli bedziecie mi towarzyszyć, choćby wirtualnie, bo kolezanki straciłam przez niego oczywiście.
Swoją drogą - co myslicie o sytuacji- miałam grono przyjaciółek. Przerwalam z nimi kontakt, nie rozmawialam z nimi, unikałam kontaktu. Nie mówiłam dlaczego. Za bardzo mi było wstyd, ze dałam sobą tak pomiatać. W efekcie usłyszałam od nich kilka niemiłych słow, rozumiem to, pewnie sama postapiłabym podobnie. Ale od niedawna zastanawiam się, zeby iść do nich, porozmawiać szczerze, opowiedzieć o wszystkim. Paść na kolana i blagać o wybaczenie. Ale boję się...
Wiem, ze przyjaciół się tak nie zostawia jak ja to zrobilam. Jak myslicie?