Witam, chciałbym prosić o poradę dotyczącą mojego związku...
Jesteśmy za sobą 8 miesięcy, od 6 mieszkamy razem. Oboje mamy sporo za sobą, zerwane zaręczyny, niemiłe wspomnienia. Układa nam się różnie. Wzloty i upadki, problemy z komunikacją, które mnie przerażają i skłaniają do zastanawiania się nad sensem naszego związku...
Oboje mieszkamy w UK- tutaj się poznaliśmy, wyjechaliśmy wspólnie do innego miasta, wynajęliśmy mieszkanie, znaleźliśmy pracę. Wszystko układało się świetnie, niestety tylko na początku, bo pierwsze "zgrzyty" pojawiły się już po 2 miesiącach wspólnego mieszkania. Głównie chodziło o to, że wszystko jest na mojej głowie- sprzątanie, gotowanie, zakupy itd. On nie brał na siebie żadnych obowiązków i jeszcze w dodatku nie szanował w ogóle mojej pracy- nawet ciężko mu było wyrzucić skórkę od banana do kosza, zostawiał gdzie popadnie: na stoliku, nie podłodze.
Rozmawiałam z nim wielokrotnie. Uważał, że nie ma problemu, bo jemu taki bałagan nie przeszkadza. Były prośby i groźby, gdzieś tam w końcu go "ruszyło". Nie było pięknie w tej kwestii, ale cieszyłam się z małego kroku, który zrobiliśmy. Głównie to on zmywał, ja gotowałam, większe zakupy robiliśmy zazwyczaj wspólnie. Jakoś się poukładało, daliśmy radę...
Wydawało mi się, że skoro potrafimy się dogadać, to między nami będzie już tylko lepiej, że zrozumienie przyjdzie z czasem, kiedy bardziej się dotrzemy. Niestety pojawiały kolejne problemy- on ciągle chciał zmian, szukał wrażeń, chciał znów wyjechać, mimo, że oboje mieliśmy pracę. Bez przerwy mówił o wyjazdach: najpierw do innego miasta, potem do innego kraju, wreszcie o powrocie do Polski... Przerażało mnie to, bo ja raczej liczyłam na jakąś stabilizację i bezpieczeństwo. No ale rozmawialiśmy, potem on dostał kontrakt na stałe w pracy i jakoś ucichły te jego pomysły.
Znów miałam złudzenie, że wszystko jest w porządku...
Nagle, 2 miesiące temu okazało się, że spodziewam się dziecka. Ta wiadomość była dla nas wielkim zaskoczeniem, oboje chcieliśmy mieć dzieci, ale kiedyś, po ślubie itd. No i zabezpieczaliśmy się... Znów były rozmowy, planowanie, postanowiliśmy, że spróbujemy razem. Ale od samego początku miałam tą świadomość, że mogę zostać z dzieckiem sama, bo on zwyczajnie nie dorósł do roli ojca i głowy rodziny...
Teraz jestem w 4 miesiącu ciąży a nasz związek wisi na włosku. Nie potrafimy za sobą rozmawiać, kiedy próbuje coś mu wytłumaczyć, on mnie przekrzykuje, nie słucha, trzaska drzwiami i wychodzi. Nic mu się nie chce, na zakupy chodzę sama, chociaż dobrze wie, że nie mogę dźwigać (zagrożona ciąża). Jestem za zwolnieniu, nie mogę się przemęczać, a nie mam od niego żadnej pomocy, w domu nic nie robi, tylko chętnie dołącza się do jedzenia, które przynoszę. I zjada to, na co ma ochotę, nie patrząc na to, że np zjadł ostatnią bułkę i nie będę miała nic na śniadanie...
Próbowałam z nim rozmawiać- efekt ten sam, wszystko ma w nosie, twierdząc, że nic mi się nie podoba i wiecznie narzekam. Nie wiem zupełnie co dalej, nie wiem, czy jest sens żeby ratować to, co z nas zostało... W listopadzie urodzi się nasze dziecko, a ja nie wiem jak poradzę sobie sama. Nie chcę się męczyć tylko ze względu na dziecko, które i tak na chwilę obecną niewiele go obchodzi, ale chciałabym dać nam szansę. Nie wiem, czy w ogóle jest o co walczyć? Proszę o pomoc...