Witam. Proszę o radę w sprawie mojego małżeństwa. Jestem od 2 lat w związku małżeńskim, męża znam od ponad 3 lat. Przed ślubem było fantastycznie, mój mąż jako chłopak był czuły, wyrozumiały, pomocny, szukał wiecznie multum godzin żeby spędzić je ze mną. Nie miałam pewności co do tego związku, kochałam innego i myslałam o innym ale z czasem zaangażowałam się w związek z moim chłopakiem, zaręczyłam się i ślub. ślub był przyspieszony od ponad pół roku, ze względu na sprawy materialne. Tuż po ślubie on był zagubiony, uciekał do garażu, do rodziny, traktował mnie jak szwagierke, nie jak żonę. Rok później uznał że nie dojrzał do małżeństwa, a ja przepłakałam multum nocy przez niego, przez samotność. Nie mam z kim tak szczerze pogadać, przeprowadziłam się do niego tuż po ślubie, z teściami mieszkam. Obce miejsce, daleko mam przyjaciół, nie mam prawa jazdy żeby gdzieś wybyć. A dziś... niby lepiej, ale ja jestem tak cholernie samotna, jestem z regóły nieszczęśliwa, szarpię się z nim i jego rodziną. Niby nie pije, nie zdradza mnie, mówi że mu zależy ale czemu każdą wolną minutę woli spędzić z rodziną niż ze mną? Czasem się zdarza że zaplanuje weekend sam na sam, aż jestem zaskoczona. Nie wymaga ode mnie cudów, jeśli nic nie ugotuję to poprosi lub sam sobie robi kanapki, pozwala mi wypocząć, gdzieś wyskoczyć. Ale mam wrażenie że chce się mnie pozbywać, dlatego pozwala mi na wypady. Jeśli się pokłócę z jego bratem lub matką to i tak zawsze w jego oczach to ja jestem ta zła ;(. Jak mu wyjaśnię, przeanalizuje, przyzna mi rację, ale za miesiąc wypomni.
Dodam że ma takie samo wyksztalcenie co ja, pracuje na tym samym poziomie co ja, jest inteligentny, skomplikowany, za dużo gada, stąd te kłótnie. Zawsze mi rzuca, że jeśli mi źle to mogę się wyprowadzić, rozwieść, że mnie spłaci.
Dziewczyny czy to jest normalne? Zostawia mi drzwi otwarte. Mówi że jestem wymarzoną jego żoną, ale ja się z nim szarpię. Ja jestem konkretną kobietą, on jest ode mnie bardziej skomplikowany - nie tylko ja tak uważam. Jeśli boli mnie coś to od razu mu to mówię, jeśli coś mi się nie podoba to także, jeśli proszę żeby nie wynosił rodzinie to co dzieje się u nas to ons swoje. Pamięta na kilka dni, miesięcy, a potem spowrotem, zaniedbuje mnie, wychodzi z pokoju gdzie oglądamy nasz wspólny film i idzie do brata na kilka godzin - mimo że ja prosiłam go żebyśmy wieczór razem spędzili. Wcześniej też proszę żeby przyszedł wcześniej z garażu, bo mi jest smutno, mam problemy, a on wraca ok 21, gdzie ja muszę przed 22 iść spać ze względu na godziny pracy. Wymykam się do kumpeli, wymykam się do rodziców na cały weekend, wybywam do siostry, po takim weekendzie gdzie mnie nie ma w domu w poniedziałek jest stęskniony, szuka jak najwiecej tematów, kzyczy na mnie jak ja nie mam ochoty rozmawiać bo on mnie potzrebuje a ja jestem oziębła. Gdy już we wtorek chcę z nim spędzić czas, wieczór, to on zapracowany, zajęty, a potem widzę że ma czas dla swojej rodziny, ja sama spaceruję, jeżdżę na rowerze, a on na gadulcu u rodzinki. Życie na kupie, on ma bliskich pod ręka a ja nie, jego rodzinie nie mogę się wyżalić bo i tak to ja jestem ta zła, trzymam do nich dystans. Gdy męża nie ma w domu od rana do wieczora, to ja np w taką sobotę nie mam z kim słowa zamienić.
Chodziłam na obiadki, kawki do teściów, żaliłam się na męż a teraz mam przez tp przesrane.
Nie jestem wredna, mąż w pracy zarabia mniej niż ja, czasem dorobi dorywczo i wyrównuje się z moją wypłatą, ale on wiecznie musi robić jakieś kursy, podyplomówki, ja mu tego nie wygaduje, bo każdy kurs to podwyżka pensji. Ale ja się za to nie rozwijam, nie stać mnie na studia, kurs, podyplomówkę.
Jak mam przypływ gotówki, to kupuję sobie ciuchy, robię wypad na winko, kawę, pizzę z kumpelami albo jadę do siorki - a on mi to prędzej czy później wygaduje, że musi mnie przywieźć że szkoda że nie mam prawka - jestem w trakcie. A kolejnym razem mówi, że go dręczę że mogłabym gdzieś wybyć, że on się czuje taki osaczony. Tak źle tak niedobrze. Ma rodzinę u boku ale wiecznie jest za nimi stęskniony. Ja już pępowin dawno odcięłam.
W kwestii finansowej nigdy nie miałam z nim problemów, nigdy nie brakowało nam na chleb.
W kwestii uczuciowej - zastanawiam się nad rozwodem (nie mamy dzieci), czuję się niespełniona, brakuje mi wspólnych chwil, brakuje mi rozmów. Jeśli nawet poruszamy ważny temat, a wejdzie jego brat, lub go zawoła on wychodzi, nigdy go nie wyprosił.
W tej chwili z bratem i jego kumplam siedzi i pije, zapraszali mnie, ale ja nie mam ochoty, humoru, beczeć mi się chce. Chciałabym pooglądać tv razem z nim, jechać na pizzę, na lody a siedzę sama, znowu.
Dodam że mówię mu czego pragnę, czego chcę, a oboje przed ślubemmieliśmy szansę się wyszumieć. Nie zamykam go w domu, wydzieram się, żeby wyszedł z garażu do ludzi, ale on woli hobby - garaż lub swoją bliska rodzinę.
Czuję się jak 5 koło u wozu, jak taka zabawka którą można pogłaskać, przytulić, spędzić z nią czas ale na kolejny tydzień wyrzucić. I znowu ta zabawka prosi żeby przyszedł wcześniej, mam problemy, w pracy z prawkiem, potrzebuję wsparcia, mówię mu to a on przytuli mnie , pogada, a potem mówi że nie wziął sobie małej dziewczynki za żonę i wychodzi.
On przed ślubem miał poważne problemy ze studami - wywalili by go, pomogłam mu napisać pracę , pomogłam mu pokompletować notatki na obronę, jednocześnie ciągłam swoją obronę, pracę i dom i swoją rodzinę. poświęcałam się dla niego, zwsze byłam u jego boku i jestem jak mam problemy, jestem przy nim tak długo na ile potrzebuje wsparcia. A on mi tego wsparcia daje mało. Jak jestem zajęta, oziębła, nie mam czasu dla niego - to on wraca wcześniej, szuka ze mną pytania, a jak ja mówię że naprawdę nie mam czau to pyta się czy go kocham, czy chcę być z nim, czy nie myslę o kimś innym. Głupie.
nawet dalej stosuję praktykę olewczą, szukam sobię pracy, robię generalne porzadki, wybywam do rodzicy, przyjaciół - a on stęskni się, pyta się czy go kocham, przytula się, prosi o wsparcie, porusza tematy, czy widzę sens w związku bo on tak, ale czuje że ze mna coś jest nie tak... A potem od nowa znowu sama siedzę, znowu on niby taki zapracowany a potem sam się przyznaje że nie miał ochoty być ze mną, że ma ochotę wymknąć się do matki, pogadać z bratem.
Dziewczyny co robić? Chcę jeszcze powalczyć o ten związek, ale nie mam siły. Pragnę faceta który będzie stały w uczuciach, raz zimny drań a raz czuły kotek .A jak mi jest źle to mnie wysyła do rodziców, albo wesprze mnie tak mniej wiecej. Warto być w tym związku? Czy ja za dużo wymagam? Czy ja nie mam prawa czuć się samotna, zmęczona szarpaniną, tłumaczeniem? Na długo i tak to nie podziała, a jak jestem oziębła to on sie zastanawia czy go kocham. Wiem że faceta nie warto trzymamć krótko, że nie warto go więzić, ale mi już psychika pada, jestem taka samotna, jest mi źle, chętnie spakowałabym się jeszcze dziś i wyprowadziła do rodziców, maiałabym wsparcie, bliskich przy sobie, mogłabym się wygadać, a takto tłamsze to. Jak się mężowi wygada jak jest mi źle to mi mówi że nie jestem małą dziewczynką, a sam potem potrzebuje wsparcia.
czy mam mu odbijać piłeczkę? Czy mam go średnio pocieszać i wspierać? Jak najrzadziej bywać w domu? Zwłaszcza gdy będę miała już prawo jazdy? Co mam robić?
On coraz cześciej pragnie dziecka, a ja boję się że potem znowu mi powie że nie dojrzał do ojcostwa tak jak nie dojrzał do małżeństwa. co robić? Proszę o konkretne odp