Straciłam najlepszą przyjaciółkę. Boli jak cholera, ale postanowiłam nie wybaczać jej... Potrzebuję jednak opinii osób postronnych na temat tej sytuacji, bo wciąż się zadręczam, że może jednak popełniam błąd. Że może jednak nie mam racji...
Do rzeczy.
Moja przyjaciółka napisała do mnie, że robi urodziny w danym miejscu, które było dość odległe od mieszkania mojego chłopaka, u którego pomieszkuję. Powiedziała mi o tym dwa dni przed urodzinami, kiedy już u niego byłam.
Powiedziałam, że nie wiem, czy przyjedziemy, ponieważ słabo stoimy z kasą, a jak wiadomo, benzyna jest droga (raczej nie byłoby jak przyjechać komunikacją miejską, bo musielibyśmy koczować na dworcu w nocy - chłopak mieszka na strasznym zadupiu). Zarzuciła mi, że "walę ściemę" i tak naprawdę po prostu nie chce mi się przyjechać. Zaczęłam jej tłumaczyć, że nie, naprawdę nie mamy pieniędzy, ale postaram się. Rozmowa zeszła na inne tematy, ogólnie znajomych i moich relacji z nimi.
Powiedziałam, że czasem mam ochotę się wyprowadzić, odciąć i zacząć wszystko od nowa... bez plot, wyrobionych opinii. Luźna refleksja, nie miałam na myśli jej. Nie miałam na myśli również realizacji tego pomysłu.
Co ona odpisała na to?
"Możesz zacząć ode mnie" i rozłączyła się. Od tamtej pory nie rozmawiałyśmy.
Uznałam, że zapędziła się i przejdzie jej. Pożyczyliśmy z chłopakiem pieniądze, kupiłam jej prezent. W dzień urodzin napisałam do niej, czy na pewno robi w tamtym miejscu i o której. Cisza. Zadzwoniłam do naszego wspólnego kolegi dowiedzieć się, czy je robi i gdzie. Robiła, ale w innym miejscu. Zadzwoniłam do niej. Nie odebrała, mimo że dzwoniłam z 10 razy.
Impreza odbyła się. Byli tam wszyscy, jacyś dalsi znajomi nawet - ja nie zostałam zaproszona.
Najlepsze (najgorsze) jest to, że taka sytuacja ma miejsce po raz kolejny. Po raz kolejny nagle przestała się odzywać z bliżej mi nieznanych powodów. Za każdym wcześniejszym razem to ja walczyłam o nasz kontakt, to ja pisałam pierwsza, wyciągałam rękę, nie zważając na to, że ją odrzuca. Poniżałam się, błagając o to, by się do mnie odezwała. Za każdym razem bardzo to przeżywałam, płakałam o każdej porze dnia, bo kurde, kocham ją! Kocham ją jak siostrę.
Ona nie robiła sobie z tego nic.
Wiem, że napawa się moim cierpieniem, napawała się tym, że pisałam, dzwoniłam. Wie, że cierpię, byłaby idiotką myśląc że mnie to nie obeszło, skoro wcześniej zawsze płakałam i żyłam jak zombie.
Nienawidzę jej za to, co mi robi. Nienawidzę tego, jak bardzo jestem od niej uzależniona. Mam szczęście, bo mój facet bardzo mnie wspiera. Jest dla mnie prawdziwym przyjacielem.
Czas zerwać z tym uzależnieniem, ale wciąż mam wątpliwość. Raz po raz czytam naszą rozmowę, doszukując się swojej winy. I nie umiem jej znaleźć... Poza tym, nawet jakbym powiedziała coś nie do końca przemyślanego to co, mam uważać na każde swoje słowo jak z nią pisze? To przecież przyjaciółka! Przyjaciółka rozumie, akceptuje... Tak przynajmniej być powinno.
Facet twierdzi, że dobrze robię.
Ten nasz wspólny kolega uważa, że powinnam dać jej szansę, usprawiedliwia ją.
Tyle że może się okazać, że jeśli ja nie wyciągnę ręki - ona tego nie zrobi. Czyli co, miałabym znowu się płaszczyć, błagać o wybaczenie mimo, że nic nie zrobiłam?
Odarła mnie z wszelkiej godności.