Drogie Panie,
Szukałem miejsca, gdzie mogę napisać o swojej sytuacji. Poczytałem trochę wątków na netkobietach i spodobał mi się poziom dyskusji, postanowiłem, że warto przedstawić swoją historię i zasięgnąć osób zupełnie "z zewnątrz", a w szczególności kobiet. Opiszę całość, aby dać dobry pogląd sytuacji.
Ciut ponad 2 lata temu zakończyłem jeden całkiem OK związek, niestety nie wyszło. W nastawieniu, że teraz trzeba swoje odczekać, odpocząć itd i na nic nie liczyć spokojnie sobie żyłem, aż tutaj dosłownie 2 miesiące później przypadkiem wpadłem na ciekawą osobę. Spotkaliśmy się raz, drugi i... drugie spotkanie skończyło się dopiero po 3 dniach, gdy już trzeba było iść do pracy ;-)
Było cudownie, długo się gryzłem w język aby za wcześnie nie wyskakiwać z deklaracjami, i tak ona to zrobiła pierwsza, gdy i ja to w końcu powiedziałem, to z wewnętrzną pewnością, że naprawdę znalazłem :-). Dopasowaliśmy się świetnie, nie wiem kto kogo "bardziej" kochał, ale z obydwu stron na pewno było to szczere i mocne. Znajomi bliżsi i dalsi również bez wyjątku mówili, że się znaleźliśmy, również Ci, którzy np. moich wcześniejszych partnerek do końca nie pochwalali.
Nadmienię jeszcze, że obydwoje jesteśmy obecnie tuż przed 30 (wtedy minus prawie 2 lata), ona dawała znać, że szuka kogoś "na serio", partnera, nie chłopaka na kilka miłych miesięcy. Ja przy tej kobiecie również doszedłem do wniosku, że chyba już czas na stabilizację - szczególnie z taką osobą.
I tak sobie byliśmy razem szczęśliwi. W zeszłe wakacje doprowadziłem do sytuacji, gdy finansowo straciłem wszystko, jak się okazało z perspektywy czasu mocno to na mnie wpłynęło. Zapuściłem się (nieco utyłem), zrobiłem się smutny, nie wiedziałem tak do końca co dalej zawodowo, regularnie narzekałem/smuciłem się. Zamiast podjąć w ciągu paru tygodni jakąś zwykłą pracę, rzuciłem się ze wspólnikiem do pracy nad dużym projektem, który jeśli wyjdzie będzie OK, jeśli nie - nic się nie poprawi. Miało się to rozstrzygnąć do wczesnej jesieni, niestety zaczęło się przesuwać aż do stycznia. Jej również zmieniła się sytuacja zawodowa, porzuciła stałą pracę, przeszła "na swoje" w trybie, gdzie większość dnia wolna, praca głownie późnymi wieczorami + weekendowy wyjazd raz w miesiącu. Przez tę zmianę trybu dnia i pracy okazało się potem, że zaczął jej doskwierać brak kontaktu ode mnie (tutaj nic nie zmieniałem, ponieważ do tej pory to co było było OK i nie miałem wyraźnych sygnałów, że coś nie tak).
W końcu na początku grudnia coś w niej pękło, zapewne rozmyślała już od kilku dni. Jak zwykle podczas jej wyjazdu weekendowego bardzo mało się odzywałem, a gdy wróciła jeszcze rozmineliśmy się na dworcu, ona zapomniała kluczy, wieczorem przez osobę trzecią (myśląc, że to jej sprawka) ja również nie mogłem się dostać do domu - duży kwas się z tego zrobił. Wieczorem porozmawialiśmy, powiedziała mi, że po prostu przestała czuć, że mam ją w głowie, że zaczęła się czuć jakby to już ona głównie dawała. Powiedziała, że już mi o tym wspomniała (jeżeli chodzi o trochę za mały kontakt gdy nie jesteśmy razem). Zrozumiałem, porozmawiałem z Nią, powiedziałem, że to poprawię, bo mi nadal zależy, nawet jeśli ona przestała to tak odczuwać. Powiedziała, że jej "przestało się chcieć" nie może nic obiecać.
Grudzień minął pod znakiem praktycznie braku fizyczności, ja czy to podczas mojej pracy w biurze czy jej wyjazdu weekendowego zacząłem się częściej odzywać, i po prostu zmieniłem to pozytywnie, nie było tak, iż po tygodniu stwierdziła, że tylko się chwilę postaram i mi się odechce. Po Świętach spędzonych osobno zrobiło się pozytywnie, dziewczyna w końcu sama się na mnie rzuciła, przytuliła, powiedziała co nadal do mnie czuje. Ja głupi facet zamiast wtedy ponownie porozmawiać ucieszyłem się i przyjąłem to za dobrą monetę, że trzeba tak dalej jak po pierwszej rozmowie i będzie OK.
Niestety w styczniu pod wpływem trochę stresu, trochę braku kasy a trochę nieświadomości, że w jej głowie były już tak powazne myśli "czy to ma sens, czy to na pewno to" dopuściłem do kilku "pierdółek", które w tej sytuacji były bardzo ważne i spowodowały, że stwierdziła, iż jednak nie mam jej w głowie. Jakoś w połowie stycznia (wtedy tego nie wiedziałem) zaczęła dyskutować ze swoją siostrą (która miała różne średnioudane związki), dużo myśleć nad całością i płakać. Zapadła u niej decyzja, że to koniec (wsparta przez siostrę - jak jest neiszczęśliwy związek to lepiej go zakończyć, bo ja jestem singlem w głowie).
Pod koniec stycznia w końcu pozytywnie udało się zamknąć ten duży projekt nad którym pracowałem. Niestety tydzień później wyskoczyła nam duża konkurencja, która ostatecznie całośc pogrzebała. I znowu u mnie huśtawka nastroju, wielki dół. Dziewczyna już nie chciała mnie wspierać. Dzień później zapytałem dlaczego nie powiedziała chociaż"przykro mi". Usłyszałem, że całe miesiące mnie wspierała, że zaczęła czuć się facetem, że przestała odczuwać bezpieczeństwo w naszym związku, że dla niej to koniec, niedawno podjęła decyzję o szybkiej przeprowadzce do przyjaciółki. Postanowiłem, że to ja się wyprowadzę, słysząc, że ostatnio lepiej się czuje gdy mnie nie ma w domu, postanowiłem dać jej 2 tygodnie kompletnego odcięcia, niech zajmie się tym co kocha, odpocznie od całego tematu.
Po dwóch tygodniach porozmawiałem z jej matką (o czym Ona się niestety dowiedziała) i zadzwoniłem do niej chcąc się umówić na jakiś obiad, porozmawiać. Twardo mówiła nie, że już m i powiedziała nie 2 tygodnie temu, że nie spodobała się jej moja rozmowa z jej matką. Że cieszy się, że to i to zrozumiałem, ale ona nie chce żadnej drugiej szansy, przyda mi się to wszystko na nowy związek. abym nie niaciskał bo gdy przyjedzie za 2 tygodnie po resztę rzeczy, to będzie mnie jeszcze prosiła, aby mnie nie było.
Zobaczyliśmy się dopiero na początku marca, gdy przyjechała wyprowadzić się do końca. Zanim przystąpiliśmy do pakowania (była cały czas zdystansowana) powiedziałem, ze chciałbym jej powiedzieć parę słów na spokojnie bez płakania. Wysłuchała. Podziękowałem za wszystko co było między nami, powiedziałem, że zrozumiałem ostatecznie o co poszło i dlaczego się tak u mnie porobiło, podziękowałem że powiedziała mi na koniec o tym braku bezpieczeństwa. Że od pewnego czasu pracuję nad tym wszystkim, bo zrobiłem się cipa, ale z tym już koniec - wraca ten dawny "ja". Że rozumiem, iż nie chce drugiej szansy, ja bym chciał, ale kocham i uszanuję teraz jej decyzję. Spakowaliśmy wszystko i pojechała, nie miała ochoty na żadne większe pożegnanie.
Od tego czasu minął tydzień, na dzień kobiet wysłałem krótkiego smsa z prostymi życzeniami (bez żadnej wylewności), niestety bez odzewu. Wiem też, że pojawił się jakiś nowy pan. Pojawiał się na jej zajęciach już od jesieni, widocznie czegoś chciał, ale ona dała do zrozumienia, że z kimś jest. Teraz po rozstaniu postanowiła spróbować, tak jak wspomniałem, szuka partnera na stałe. Po wszystkim dowiedziałem się, że jej poprzedni związek zakończył się podobnie, facet zrobił się strasznie miękki, podziękowała i wyszła (no ale wtedy była z 4 lata młodsza).
Drogie Panie, przez te wspólne 2 lata przekonałem się, że to "ta" osoba dla mnie. Pracuję dalej nad sobą poprawiając to co u mnie się popsuło i efekty już są (były już podczas wyprowadzki ostatecznej). Mocno martwi mnie "ten nowy", szczególnie w tym wieku gdy kobieta już chce się ustabilizować. Może coś z tego jeszcze być? Znacie pozytywne zakończenia podobnych historii?