Witajcie;)
Nigdy nie pisałam o swoich problemach i wątpliwościach na forach internetowych, jednak przeglądając netkobiety pomyślałam, że czasami dobrze jest przedstawić swoją sytuację szerszej ?publiczności?
Gdybym 3 lata temu wiedziała to, co wiem teraz?.
Otóż ? w lutym kończę 21 lat. Mieszkam z rodzicami i o 13 lat młodszą siostra w małej wiosce pod jednym z większych polskich miast (w każdym razie najbrzydszym).
Studiuję w tym ?cudownym? mieście na uniwersytecie. Codziennie dojeżdżam z przesiadką na uczelnię (wydając przy tym o wiele za dużo, bo przecież wzrost ceny paliw oznacza wzrost ceny biletów prywatnych przewodników, a tylko tym sposobem mogę dojechać na uczelnię).
Utrzymują mnie rodzice, więc głupio mi każdego dnia brać od nich pieniądze na dojazdy;/
Pomagam w domu i jako ?niania? i przy pracach domowych, ale i tak czuje się jak pasożyt (mimo, że rodzice mnie kochają i niczego nie wypominają, jednak wiem, że tato ucieszyłby się, gdybym zamiast na studia poszła do pracy)
Jest to mój drugi kierunek. Poprzedni ? administrację rzuciłam po 2 miesiącach, gdyż po prostu brzydziłam się biurokracją i państwem utrzymującym bandę niepotrzebnych urzędników wymyślających durne przepisy, nikomu do szczęścia nie potrzebne. Nie chciałam zasilać armii urzędasów oraz uczyć się czegoś, co uważam za bzdurę kierunek wybrałam w sposób najgłupszy z możliwych ? uznałam, że budynek mojego wydziału jest wprost cudownym miejscem, a że nie miałam żadnych konkretnych planów na przyszłość uznałam, że przyzwyczaję się do tej administracji, przełamię uprzedzenia i może nauczę czegoś przydatnego?
Jednak nie dałam rady i teraz cieszę się z tej rezygnacji.
Przez rok nie mogłam znaleźć pracy(być może nawet nie chciałam, jej znaleźć) łapałam dołek za dołkiem i w sumie najchętniej przebywałam w domu, nigdzie nie wychodząc ale też pomagałam w domu, opiekowałam się siostrą, gdy rodzice pracowali do pozna etc? przez swoje stany depresyjne potraciłam przyjaciół (chyba raczej znajomych, bo przyjaciele by tak nie postąpili) uznawali, że jeżeli nie chcę z nimi wychodzić, bawić się, przebywać - znaczy, że mam ich gdzieś, co było nie prawdą, po prostu miałam wrażenie, że wszystkim przeszkadzam i "przepraszam, że żyję".
W każdym razie było mi okropnie głupio tak nic nie robić w stronę pracy/studiów. Ale przyszło lato, nowy rok akademicki...
W końcu poszłam na kulturoznawstwo ze specjalizacją teatrologiczną? na początku niby fajnie, miła atmosfera, super ludzie (w przeciwieństwie do administracji), jednak po pewnym czasie zaczęło mnie to męczyć.
Zajęcia denerwują mnie.
Zajęcia z teatru obrzydziły mi teatr, zajęcia z literatury ? książki, zajęcia z kultury to istne dywagacje, nie przydatne w codziennym życiu, sztuka zaczęła mnie męczyć? Coś, co kochałam zaczęło przybierać kształty ponurego obowiązku i teoretycznej nudy, paplaniny? miło się czasem słucha tych wykładów, ale gdy dochodzi świadomośc, że robię to bez celu, nic mi to nie da, zero pożytku: dla mojej rodziny, przyszłości?
Teraz, kiedy mam przed oczami sesję: tysiące stronic do przeczytania, mnóstwo rzeczy do nauczenia, eseje do napisania (przy czym czuję, że przez ten poprzedni rok zatraciłam zdolność pisania, za którą kiedyś byłam chwalona, a na pewno nie jestem na poziomie akademickim) czuję, że czas poświęcony na naukę tych rzeczy będzie marnotrawstwem czasu i miejsca na dysku w mojej głowie
, gdyz i tak nie zamierzam wiązać przyszłości z tym kierunkiem, chcę się uwolnić, czytać dla przyjemności, analizować tylko dla siebie i wewnątrz siebie, nie rozdrabniać wszystkiego na czynniki pierwsze: teatru, literatury, filmu.. jest to ciekawe, ale dla mnie zabija duszę danego dzieła.
Nie wiem czy podejść do tej sesji, marnować czas na naukę i się ośmieszać, czy też? hmm? no właśnie, czy rzucić drugi kierunek z rzędu to jednak nie jest troche za duzo? znajomi z roku twierdzą, że rezygnując okażę brak ambicji i zmarnuję kolejny rok? drudzy z kolei sami chcą zrezygnować.
W razie rezygnacji przychodzą mi do głowy dwie wersje:
1. Kurs językowy, kurs pilota/hotelarski itp. ? chciałabym nauczyć się hiszpańskiego, angielskiego, mieć kontakt z cudzoziemcami, pracować w ośrodkach wypoczynkowych, wyjeżdżać do obcych krajów itp. (minus to brak wyższego wykształcenia, poza tym muszę szukać pracy, żeby te kursy opłacić)
2. Poprawić maturę i iść na filologie hiszpańską z angielskim (plusem będzie wyższe wykształcenie, bez niego ciężko i głupio ;/ moja mama bardzo chciała mieć wykształcone dziecko, bo sama miała problemy z powodu braku wykształcenia)
w przypadku zostania na uczelni na kulturoznawstwie:
hmm? trzy lata, licencjat i koniec. Na mgr na ten kierunek na 100% nie pójde, w światku ?kultury? też kręcić się nie chcę ?.
W dodatku jestem taka strachliwa, boję się zmian i reakcji otoczenia, a może nic otoczeniu nie mówić ?
W tym momencie czuję się jak dziecko we mgle, bez celu? brak celu jest straszny ;/
Co byście zrobiły? Czy skoro żyłam, doświadczałam, przeżywałam to zmarnowałam te 2 lata?