Witam. Podejrzewam, że mało kto ma taki problem jak ja, jest on dość nietypowy. Może podam przykład: jestem w ostatniej klasie liceum, uczy nas nowa młoda fajna nauczycielka, która generalnie jest bardzo miła dla wszystkich. Potraktowałabym ją jak resztę grona pedagogicznego, ale zobaczyłam, ze lubi mnie trochę bardziej i zapamiętała moje imię (nie pamiętała niczyjego jeszcze w klasie). Kilka razy powiedziała do mnie 'ale ty jesteś fajna' czy w żartach 'nie kłóć się ze mną, tak musi być i koniec!' śmiejąc się, bo chciałam dogłębnie zrozumieć dany problem. W ten sposób po kilku tygodniach stala się moją ulubioną nauczycielką, myślałam o niej cały czas, chciałam ją spotkać idąc korytarzem by wymienić zwykłe 'dzien dobry'. Strasznie ją lubiłam, aż do przesady, a zwłaszcza gdy odzywałam się na lekcjach czy po nich, gdy po prostu z nią rozmawiałam. Chciałam jakby zaprezentować się z najlepszej strony, bo zależało mi na tym, żeby uważała mnie za taką świetną osobę, zabawną, sympatyczną. Żeby to mnie lubiła najbardziej ze wszystkich uczniów.
Trwało to parę tygodni, za każdym razem nie mogłam wytrzymac z niecierpliwości czekając na jej lekcje. Jakby to było możliwe, mogłabym mieć je cały czas, zamiast reszty przedmiotów. Uczyłam się pilnie, dostawałam u niej super oceny, żeby tylko wiedziała, że jestem dobra z jej przedmiotu. Aż tu nagle na jednej z lekcji palnęłam cos głupiego (w moim przekonaniu). Po prostu, najnormalniej w świecie, pomyliłam się w którymś z przykładów. Kilka dni po tym strasznie przeżywałam całą sytuację, żałowałam, że w ogóle się zgłosiłam do zrobienia tego, obgryzałam paznokcie, tak tego żałowałam, chciałam cofnąć czas, bo wydawało mi się, że rozczarowała się mną - wyolbrzymiłam całe zajście. Było to dla mnie bardzo ważne. I od tej pory (!) czar prysł, stawała się ona dla mnie coraz mniej fajna, potem obojętna, a potem wręcz przestałam ją lubić, a zaczęłam nienawidzieć, jak tylko o niej pomyślałam, to uważałam ją za głupia i beznadziejną. przestałam się przed nią popisywać, stałam się normalną sobą - bez wybitnych ocen (ale też nie najgorszych), już nie super zabawna,tylko neutralna. Przestało mnie obchodzić to, czy będzie mnie uważać za świetną dziewczynę, czy za jedną z wielu. Byłam dla niej miła, ale wewnątrz już nie czułam takiej sympatii do niej.
Nie wiem co się stało. Nie chodzi mi o to , żeby przywrócić tamten stan, tylko dlaczego tak się stało? To nie jest pierwszy raz gdy przechodzę taką 'fascynację' jakąś osobą, a po kilku tygodniach najbardziej pozytywne odczucia w stosunku do tego kogoś przeradzają się w nienawiść i obojętność. Czy z moją psychiką jest coś nie tak? Może po prostu podświadomie chcę, by ktoś mnie bardzo lubił, może w ten sposób podnoszę sobie samoocenę? Nie znam się na zjawiskach psychologicznych, w tej chwili tylko spekuluję. Ale proszę, pomóżcie zrozumieć mi istotę tego zachowania.
Podobne tematy
Wiesz co, też tak kiedyś miałam. Było to z przedmiotem, którego uczy mnie wychowawca. I tak się złożyło, że połączyło mi się kilka problemów naraz i z nim porozmawiałam na ten temat. Powiedział, że pomimo głupstw, które czasami popełniam, nadal uważa mnie za świetną z informatyki i że mam się nie przejmować drobnymi niepowodzeniami. Może po prostu masz tak, że jak Ci coś nie wyjdzie, to od razu spisujesz wszystko na straty? Może powinnaś dać sobie drugą szansę? ![]()