Witam wszystkie Panie i Panów na tym forum. Przyznaje jestem nowa i nie do końca wiem jak poruszać się tutaj, ale do rzeczy.
Mam przyjaciela, który jeszcze 3 lata temu był moim facetem. Związek rozpadł się przez jego egoizm i zbytnią wiarę w siebie. Otóż byliśmy razem dobre 2 lata, ale niestety Filip zawsze uważał, że czego to on nie umie, czego nie wie, co to on nie jest i że wszystko powinno skupiać się na nim. Końcem końców uznałam, że nie mogę z nim więcej wytrzymać, gdyż przestałam się liczyć w tym związku co mnie strasznie bolało. Rozstaliśmy się w zgodzie jak na dorosłych ludzi przystało, żadne nie miało większego żalu do drugiej osoby itp. Po ponad roku milczenia zaczęliśmy się spotykać ale już na bazie przyjaźni (ja w tym czasie zaczynałam związek z facetem, który teraz jest już moim narzeczonym, a on też kogoś w tamtym czasie miał). Nasi partnerzy poznali się wzajemnie i ogólnie nie mieli żadnych zastrzeżeń gdybyśmy się od czasu do czasu spotkali, bądź utrzymywali kontakt telefoniczny.
Przechodząc do sedna.
Mój partner wyjechał na delegacje i przez dobry tydzień miałam zostać sama... Nie wiele myśląc zadzwoniłam do przyjaciela czy byśmy się nie mogli spotkać we 3 (ja, on i jego panna) któregoś dnia, jeśli naturalnie nie mają planów i wyskoczyli na pizze. On podjął pomysł i wieczorem przyszedł do mnie z pizzą i filmem na DVD mówiąc, że i tak ma do mnie sprawę, więc temu jest sam. Było miło, fajnie się bawiliśmy i w pewnym momencie Filip powiedział, ze potrzebuje pomocy w wyborze prezentu dla swojej połówki z racji urodzin. Umówiliśmy się, że na dniach wybierzemy się razem na zakupy, ja mu coś doradzę itp.
Przyszedł dany dzień, dzwonie do niego aby dowiedzieć się, gdzie i o której się widzimy i nie uwierzycie, ale zmieszał mnie z błotem! Uznał mówiąc z złości i z podniesionym głosem, że nie jestem jego właścicielem aby mogła wszystko wiedzieć co mi się chce, że nie podpisaliśmy żadnej umowy aby on był na moje zawołanie itp.
Przyznam, byłam w szoku! Przecież to on prosił mnie o pomoc, a nie ja jego. I nagle przypomniałam sobie, że gdy był ze mną w związku również się podobnie zachowywał... Musiało być po jego myśli, bo inaczej gromy szły jak podczas burzy. Jak coś nie tak powiedziałam czy coś - pokazywał jaki to on jest zajeb** i że jemu wolno się obrazić, poczuć urażonym, bo przecież jego honor został naruszony i że lepiej będzie jak będę go przepraszać... Dawniej to działało, bo miał mnie zakręconą wokół palca, ale teraz. Zadzwoniłam do mojego narzeczonego i prosiłam by jako facet wyjaśnił mi takie zachowanie. On nie umiał wyjaśnić, ale uznał, że lepiej będzie jak na jakiś czas wstrzymam się z kontaktem (wie, że jestem osobą, która nie lubi milczenia i zawsze pierwsza wyciągam rękę na zgodę), że to wyjdzie na lepsze, że może on zrozumie, że niepotrzebnie się unosił. Wiem, że mnie wspiera pomimo odległości i gdyby mógł to by wrócił dziś a nie dopiero w nocy z niedzieli na poniedziałek.
Nie wiem co robić. Przyznam, że może to głupie, ale ciężko mi z tym... To jest moja pierwsza sprzeczka z przyjacielem od kiedy odnowiliśmy swój kontakt. Zawsze było spokojnie, nawet gdy przychodziły tematy, które mogły wywołać spięcie mogliśmy spokojnie porozmawiać, wyjaśnić. A teraz... Jestem zagubiona. Chciałabym poprosić o pomoc, jakąś radę aby wiedzieć co mam zrobić, jak postąpić, ewentualnie co napisać mu. Cieszę się, że odnowiliśmy znajomość i nie chce jej przekreślać, ale w tym momencie jestem zagubiona... Pomożecie?