november napisał/a:Znojka użyła dobrego argumentu. Sprzedający szkodzi komuś? Nie, kupujący szkodzi sobie. Zresztą wszystko zaczyna się od popytu.
A z gangami to nie chodzi przecież o to tylko by odebrać im zyski. W takiej sytuacji nie ma możliwości kontrolowania całego procederu - nawet częściowo, bo uważam to za stan lepszy, niż kompletny chaos.
Nie, argument nie był dobry. Wyobraź sobie dwóch walczących szermierzy. To był cios miażdżący, zupełnie niemożliwy do powstrzymania, tylko że zniszczona została ławka albo ściana, na pewno nie przeciwnik.
Prościej mówiąc, ten argument był świetny, ale był argumentowaniem jakiejś innej sprawy, tu mijał się z celem.
Gdybyśmy pisali "czy handel ludźmi jest we wszystkim podobny do handlu narkotykami", byłby to argument miażdżący. Pięknie wykazano, że są różnice.
Ale pisaliśmy coś innego.
Pani Juliette zaproponowała (nazwijmy to: ironicznie) legalizację wszystkiego, co nielegalne, w domyśle: na tej samej zasadzie, na jakiej legalizować chcemy narkotyki. Innymi słowy by sprawdzić jakość argumentów należy je zastosować do wszystkich spraw, które spełniają pewne początkowe warunki. Jeśli dojdziemy do absurdu, metoda jest błędna.
NIKT nie mówił, że oto wymyślamy argument, którego jakość będzie zależna od krzywdzenia czy niekrzywdzenia. Argument był na przykład taki:
"Kto chce to i tak kupi i będzie używał.
Legalizacja byłaby zagrożeniem dla szarej strefy, na której zarabiają gangsterzy." (młody-stary), na te słowa odpowiedziałem, oraz:
"Mam dwa główne argumenty: dorosły człowiek ma prawo sam decydować czy skorzysta czy nie, a legalizacja ograniczy zarabianie na narkotykach gangów, które w sytuacji zakazów mogą bezkarnie windować ceny w górę. " (Zojka), na te słowa odpowiedziałem również. Widać tu gdzieś uzależnianie stosowania tego argumentu zależnie od tego, kto się krzywdzi? Chodzi o uderzenie w gangi, w szarą strefę. Zauważa się, że ćpać będą dorośli i że dostęp jest i tak, absolutnie się to jednak nie przekłada na twierdzenia, że dorośli są dojrzali czy rozsądni, że legalizacja sprawi, iż tylko dorośli i tylko siebie będą krzywdzić.
1. Pogląd, że ćpający krzywdzi tylko siebie to albo głupota, albo chamskie oszustwo. Nie, człowiek, który się uzależnia, krzywdzi rodzinę, otoczenie, pracodawcę, osoby, które później okrada, społeczeństwo - przykładem. Alkoholizm to choroba rodzin, nie wiesz tego? A narkotyki nagle mają inaczej działać?
Może porozmawiaj o uzależnieniach z kimś, kto ma pojęcie?
2. Uderzanie w gangi, dostępność czy własny wybór dorosłych nie zmieniają się nagle, gdy mówimy o handlu ludźmi. Jakieś różnice? Nie uderzy się w gangi? Popularność handlu ludźmi nie jest faktem? Dobrzy dorośli ludzie nie korzystają handlując i nie korzystają z usług sprzedanych kobiet?
3. Relatywizm w jawnej formie mówi "jeśli ja coś akceptuję, to jest ok, jeśli ja nie akceptuję, to jest zło". Istnieje jednak też forma niejawna "skoro ja mam akurat w miejscu X granicę między akceptacją i brakiem akceptacji, to NA PEWNO SĄ JAKIEŚ SUPER NAUKOWE DOWODY, które moje zdanie potwierdzają". Wówczas relatywistom bardzo chętnie się wydaje, że wszystko, co tylko się napisze, jest świetną, racjonalną argumentacją. Albo uderzanie w gangi to argument, wtedy działa i tam, gdzie relatywista nie chce, albo nie argument, wtedy nie działa nigdzie. Bo niszczenie szarej strefy nie ma związku z tym, czy ktoś się krzywdzi czy nie. Sprawa zostaje sprowadzona do tego, czy CHCEMY zastosować (z jakichś powodów) ten sam argument do dwóch spraw. Innymi słowy sprowadza się zagadnienie do relatywizmu jawnego: małe ćpanko akceptujemy, więc argumentacja wydaje się dobra (ale już po akceptacji samego ćpanka), a handlu ludźmi nie, dlatego argumentacja jest zła.
Ale to tylko pomylona kolejność. Najpierw się powinno bez jakichś uprzednich poglądów argumentować, a z argumentacji powinny wynikać poglądy. Gdy z poglądów wynika ocena argumentacji (a nawet ten sam argument jest dobry lub zły, zależnie od tego, jak pasuje), jest to zwykły relatywizm. Myślę, że już lepiej dać zdychać dzieciakom, ale nie obłudnie. Staczające się dzieci nie wadzą, gdy chodniki są szerokie. 
november napisał/a:Z edukowaniem ludzi - owszem, jest to optymistyczne, ale nie twierdzę, że wszystko pójdzie jak po maśle. Kampanie antyalkoholowe są, ale kiepskie. Nie sądzę by była jakakolwiek skuteczna metoda edukacji. Nadal jestem zdania, że człowiek sam dokonuje wyboru, począwszy od tego jak żyje sam, jaki daje przykład, jak traktuje swoje dziecko i otaczające je zagrożenia. Wyrażam dużą wątpliwość w to, by sprzeciw wobec legalizacji miał prowadzić do czegokolwiek.
Z całym szacunkiem, ale drugi krok, o którym mówisz jest absurdalny. I myślę, że jest tam jednak o wiele, wiele dalej, niż z punktu, w którym jesteśmy teraz, do legalizacji marihuany. A poza tym po prostu nie wierzę, że rządzący mogliby być aż tak krótkowzroczni, bo dla Państwa oznaczałoby to destrukcję. I jeśli świat jest aż tak zły jak mówisz, że może być, to i tak nikt nie zakręcałby kurka, z którego sam czerpie.
Skoro zauważasz, że człowiek COŚ robi dając przykład, zauważ, że ktoś w takim razie BIERZE ten przykład. Gdyby nie istniało branie przykładu, nie można by oceniać dawania przykładu. To chyba jest proste?
A skoro ktoś może brać przykład, to mówimy o wpływie zachowania ludzi na zachowanie i poglądy innych ludzi. Uważasz, że legalizacja nie ma wpływu jako PRZYKŁAD OCENY? Skoro nawet rządy oceniają coś jako nieszkodliwe...
Wiele zależy od drugiego faktu: czy rzeczy nielegalne są uznane za szkodliwe czy za zakazane owoce. Często mam do czynienia z drugą opcją. Takie jest wychowanie, gdy nie ma legalizacji.
Pewnie dlatego jest już tak źle, że legalizacja niewiele zaszkodzi. Ale skoro edukacja i wychowanie są na właśnie takim poziomie, środków zyskanych na legalizacji nie ma co na głupie ćpające bachory przeznaczać. Lepiej na ludzi pracujących na czyjeś emerytury.
Z całego szacunku bardzo się cieszę. Drugi krok, o którym piszę, jest faktem. FAKTEM. O czym napisałem w tym samym poście. Jeśli z zarobionych na legalizacji alkoholu 100 zł co najmniej 97 zł było przeznaczonych na edukację, byłoby to zaprzeczenie temu, o czym piszę (choć lepiej, by było to 100 zł albo 115). Póki co jest czerpanie zysków, czyli pieniądze płyną, a niewielką ich część przeznacza się na słabe kampanie. Może porównaj (mnie się nie chce szukać) wpływy do budżetu z używek, wydatki z budżetu na kampanie przeciwużywkowe, a potem może wydatki na kampanie wyborcze. 
Ja widzę typowe przejęcie interesu i niewielkie maskowanie. Dawno nie spotkałem (nie bywam na spotkaniach religijnej młodzieży) nikogo pod wpływem tych świetnych akcji.
Dla państwa absolutnie nie oznacza to destrukcji! Nie chodzi o zaćpanie większości obywateli. Chodzi o to, że PKB rośnie, inwestycje są, drogi się poprawiają, a trochę ofiar uzależnień to taka norma. Powiedzmy, że nic nie mogliśmy zrobić, to wina rodziców itp.
Państwo to organizm, a organizm nie polega na tym, że się każdą komórkę ratuje. Wystarczy, że nowych komórek jest dość, by te martwe zastąpić, wystarczy, że ustrój ma się dobrze. Komórka bez organizmu zdycha, organizm ma problem dopiero, gdy ginie za dużo komórek. Gdy wojna nakręca przemysł, nie przejmujemy się ani trzema dziesiątkami szeregowych idiotów, ani o wiele większą liczbą szeregowych idiotów z USA (bo tam przemysł jest nakręcony odpowiednio bardziej).
Jest taka zasada 80/20. Ma różne wersje, nie zawsze te liczby są najodpowiedniejsze. Ale można powiedzieć ogólnie, że 80% celu osiąga się przy 20% nakładów. Pozostałe 20% celu wymaga 80% nakładów. Zabezpieczenie żołnierzy na wojnie to zbyt duży koszt. Wystarczy ich zabezpieczyć w 80%. Oszczędność duża. Wystarczy 80% skuteczności kampanii antyalkoholowych. Mam nadzieję, że się w tym kraju nie upija więcej niż 20% obywateli, zatem 80% to ładne tanie trafienie w ludzi, którzy szkodliwość alkoholu już rozumieją. (Akcje trafiają właściwie tylko do tych, którzy już się z celem akcji zgadzają). Duże liczby wymagają niewielkich starań. Wielkie starania dają już tylko niewielką poprawę. I naprawdę nikogo (poza rodzinami umierających) nie obchodzi, że jakiś niewielki odsetek się uzależnia, umiera, krzywdzi wzajemnie, ginie na wojnach, oberwie kulkę od Ryszarda C. itp. Chodzi o rozsądne gospodarowanie pieniędzmi.
W związku z tym legalizacja różnych dziś nielegalnych rzeczy nie ma szans się przełożyć na edukację. Stworzy się programy wyświetlania przed serialami dla gospodyń domowych ostrzeżeń przed narkotykami, za bezcen oczywiście, rozklei plakaty, omówi rzecz na apelu w gimnazjach. Niećpające (przynajmniej zbyt regularnie) 80% nie sięgnie po narkotyki. Ogromny sukces, zaniedbywalna liczba ofiar, wpływy do budżetu większe.