Dobrze znam ten problem...
Kilkanaście lat temu, kiedy byłam może 7letnim dzieckiem, obudziły mnie krzyki w środku nocy. Wraz z siostrą zeszłyśmy do salonu, by sprawdzić co się dzieje. Byłyśmy w szoku. Ten widok nigdy nie zniknie z mojej pamięci... Wszystko było rozrzucone po podłodze, stół leżał do góry nogami na sofie, kwiaty rozrzucone po podłodze, zniszczone książki, zdjęcia, obrazy. W tym wszystkim mój ojciec wrzeszczący, kopiący wszystko i moja zapłakana matka. Na nasz widok nie zareagował. Mama wyprowadziła nas z pokoju, uspokajała, starała się nas przekonać, że "tatuś się wygłupia". Została z nami. Z dołu wciąż było słychać krzyki i dźwięki łamanych sprzętów... Po jakimś czasie wszystko ucichło. Rano zastałyśmy w salonie porządek. Zostały tylko rzeczy, których nie dało się już poskładać. Połamana ława, ponad dwumetrowy kaktus - duma mojej mamy, sterczał złamany w pół. Ojca nie było. Nie wrócił jeszcze przez kilkanaście kolejnych dni. Mimo zapewnień mamy, że wszystko jest w porządku, właśnie wtedy dotarło do mnie na czym polega problem - ojciec pił. Zrozumiałam wtedy wiele sytuacji, które wydarzyły się wcześniej. Dziś wiem, że takie momenty to codzienność w naszym domu. Zawsze jednak ojciec się ukrywał. Nigdy przy nas. Zawsze obrywała mama. Trwało to latami. Z czasem kiedy zaczęłam dorastać, zaczęłam rozpoznawać kiedy coś jest nie w porządku. Urodził się nasz braciszek i starałyśmy się, żeby nie cierpiał z tego powodu, chroniłyśmy go, jednak z czasem on też zrozumiał co się dzieje. Nigdy o tym nie rozmawiałyśmy. Każda z nas udawała, że wszystko ok. Któregoś dnia, ojciec jak co dzień przyjechał do domu na przerwę obiadową. U mojego brata było wtedy kilku kolegów. Wpadł do kuchni, gdzie jak zwykle siedziałam z mamą i rozpoczął awanturę. Zdawał się mnie nie zauważać. W kierunku mamy padły takie słowa, których nigdy jeszcze z jego ust nie słyszałam. Trwało to kilkanaście minut. Mój braciszek przyszedł by sprawdzić co się dzieje. Ojciec nie zareagował. Po chwili wyszedł. Od tamtej pory nie ukrywał się już przed nami, nie hamował słów. Wtedy mama zaczęła z nami rozmawiać, zwierzać się, tłumaczyć. Po kilku dniach ojciec wracał. Przepraszał. Ze łzami w oczach mówił, że nas tak bardzo kocha... Po czym przez tydzień trwała sielanka, aż do następnej awantury. I tak w kółko. Mama zaczęła mieć dość, kiedy awantury zaczęły się powtarzać za dnia. W całą sprawę zamieszani byli moi dziadkowie, rodzice mamy. Mieszkają obok. Dodatkowo ojciec i dziadek pracowali razem. Dziadek zmarł. Sytuacja była trudna. Ojciec był wtedy pijany. Załamał się. Obwiniał siebie o śmierć dziadka, ponieważ był wtedy zbyt pijany, by zareagować. Być może można było jeszcze uratować dziadka. Obiecał wtedy, że przestanie pić. Nic z tego. Kilka miesięcy później zachorowała mama. Wykryto u niej guza mózgu. Spędziła kilka miesięcy w szpitalu, przeszła skomplikowaną dłuuugą operację. Przez ten czas ojciec nadal pił. Mama wróciła do domu i wszystko było bez zmian. Pewnej nocy nie wytrzymałam słysząc krzyki dobiegające z kuchni. Pobiegłam tam i zobaczyłam moją matkę zgarbioną, przykrywającą rękami głowę, a nad nią ojca wrzeszczącego i wymachującego rękami. Impulsywnie zaczęłam krzyczeć, podbiegłam do ojca, uderzyłam go w twarz, odepchnęłam... Chyba się wtedy obudził. Spojrzał na mnie i odszedł bez słowa. Wyszedł. Krzyczałam wtedy na mamę. Powiedziałam, że jeśli będzie tak postępować, w końcu zrobi jej krzywdę. Że nie może się poddawać! Kazałam jej się bronić! Do dziś mama wspomina, że gdyby nie nasza rozmowa, nadal musiałaby znosić takie upokorzenie. Namówiłam ja na pójście do psychologa. Ten poradził jej zgłoszenie sprawy na policję i rozwód... Mama miała obawy, wstydziła się. Ale kiedy ojciec zrobił jej awanturę w centrum miasta, nie wytrzymała. Wróciła do domu, powiedziała nam co zamierza i pojechała prosto na komisariat. Od tamtej pory policja odwiedzała nas raz na jakiś czas... W końcu mama zaczęła mieć dość tych wizyt, poprosiła, by tego już nie robili. Wyprowadziłam się z domu. Wyjechałam na studia, jednak prosiłam mamę, żeby dzwoniła zawsze kiedy tego będzie potrzebowała. Kilka tygodni temu napisała sms, że zawiozła ojca do szpitala. Nie wytrzymał, sam ją o to błagał. Nie chcieli przyjąć go na oddział, ponieważ był jeszcze pijany. Mama błagała lekarza, spędziła tam kilkanaście godzin, czekając aż ojciec wytrzeźwieje i zostanie przyjęty. Został tam na 2 tyg. Od tamtej pory nie pije. Chodzi do psychologa. Ma jeszcze opory, by zapisać się na terapię, jednak mama ciągle go przekonuje. Mam nadzieję, że da się namówić. Modlę się, by był silny. By dał radę...
Przez lata, widziałam i słyszałam różne rzeczy. Wiele rzeczy mu wypomniałam. Nadal czuję ogromny żal. Były chwile, kiedy marzyłam, by po prostu zniknąć. Miałam dość, jednak wiedziałam, że muszę być z mamą. Muszę ją wspierać i być przy niej, kiedy tylko będzie tego potrzebowała. Nadal się tego trzymam. Ojcu staram się wybaczyć. Chciałabym, jednak nie mam pewności jak to będzie dalej. Wiem jednak, że nigdy nie zapomnę...
Dziewczyny, teraz wiem, że TO JEST CHOROBA. Taki człowiek potrzebuje pomocy. Potrzebuje wsparcia, silnego kopniaka - czasem nawet dosłownie! Warto walczyć, wierzcie mi...