Witam wszystkie forumki, to moj pierwszy post na netkobietach. Chętnie podzielę się swoją "dziwną historią". Do dziś nie umiem sobie wytłumaczyć, co i w jaki sposób się wtedy stało.
Miałam jakieś 9 lat, po raz pierwszy wyjechałam bez rodziców na zagraniczne kolonie. W Polsce było wtedy szaro i biednie, nie było mowy o atrakcjach typu aquaparki. Tymczasem w miejscowości, do której trafiłam, był ogromny, kilkupiętrowy park wodny. Opiekunowie wprowadzili nas, przebralismy się w szatni, weszlismy na baseny i dostaliśmy czas wolny - dwie godziny samodzielnej zabawy. Potem miała byc zbiórka już na zewnątrz, przy autokarze. Ja bawiłam się z dwiema koleżankami - szalałyśmy na rurach, zminiałyśmy piętra, odwiedzałysmy rózne baseny (nie wszystkie były ze sobą połączone). Cały czas kontrolowałyśmy zegar, żeby nie spóźnić się na zbiórkę. Gdy nadeszła pora, poszłyśmy do szatni. Przebrane, w skarpetkach, z butami w rekach postanowiłyśmy skoczyć jeszcze do barku na terenie basenu po jakieś tam slodycze. I to byl błąd, gdyż wlasnie przy tym barku oddzieliłam się od koleżanek i zgubiłam:( Za nic w świecie nie pamietałam, gdzie jest wyjście. Biegałam po całym terenie parku, góra dół, góra dół, pomiędzy basenami, po brzegu, między bawiącymi się ludźmi, oczywiście ubrana i w mokrych już skarpetkach... Byłam coraz bardziej przerażona, zegar pokazywał juz duże spóźnienie, bałam sie, że pojadą beze mnie, a to przeciez obcy kraj, obcy język... Biegałam nadal, łzy lecialy mi ciurkiem, ale nikt nie zwracał na mnie uwagi. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek w życiu potem jeszcze była tak bardzo przerażona i samotna. I wtedy stało się coś dziwnego - nagle z basenowych megafonów dało się słyszeć: "Agnieszka proszona jest do wyjścia z besenu". Po polsku, w obcym kraju. Bardzo wyraźnie, powtórzone kilka razy. A wtedy ja, jak po sznurku, zeszłam z piętra, przeszlam przez halę, zeszlam po schodkach do szatni, przeszłam obok pryszniców i trafilam prościutko do wyjścia... Tam czekał autokar, zniecierpliwiona grupa, wściekli opiekunowie... Dostałam ochrzan za spóźnienie (blisko godzinne...) i odjechaliśmy. Jeszcze w autokarze poszłam do opiekunów wytłumaczyć sie ze spóźnienia i powiedziec, że slyszalam jak mnie wywoływali. I tu konsternacja, bo przecież nikt nie wywoływał, nawet im do głowy nie przyszło żeby robić takie cyrki. Czekali na zewnątrz i już. A ja do dzisiaj nie wiem, czy to były glosy w mojej głowie, jakaś projekcja wywołana skrajnym przerażeniem, czy ktoś tam jednak dorwał ten mikrofon i nawoływał mnie po polsku?
Ot, cała historia:) Pozdrawiam wszystkich:)