Założyłam nowy wątek, bo bardzo bym chciała żeby ktoś odpisał, jakoś mi pomógł. Boje się swoich myśli o samobójstwie. Nie chce tego robić, naprawde nie chce, ale mam takie poczucie, jakby wszyscy ludzie ktorych mam wokól siebie, mieli mnie gdzieś, wręcz czuli niechęć do mnie, zimną obojętność. Nie moge tego znieść.
Nie mam pieniedzy zeby chodzic na wizyty do psychologa, (ci nieprywatni nie starają się zeby komukolwiek pomóc, albo naszprycują lekami, a mi leki raczej nie sa potrzebne), ale jezeli ktos stąd ma jakies wykształcenie psychologiczne, może mi w jakis sposob pomoze.
Chodzi o to że czuję straszna samotność... Ona mnie przygniata do ziemi, nie umiem się podnieść. I to nie jest tak że siedze zamknieta w domu. Wychodze, przynajmniej kilkarazy w tygodniu. Spotykam sie z kolezankami, z kolegami, chodze na piwo, do klubów, do kina, na domówki, wszedzie gdzie sie da. Studiuje, pracuje. Ale za kazdym razem, gdy jestem wśród ludzi, czuje sie samotna. Jesli spotykam sie z jedna osoba to jest dobrze, ale jak juz jest ich więcej, to zaczynaja sobie rozmawiac i ja automatycznie jestem wyrzucona z grupy. Nawet jak cos zagaduje to nikt nie łapie mojego kontaktu, tak jakbym była nieinteresująca, czuje sie olewana. Nie umiem nawiązac bliższego kontaktu, wszystko to jest takie powierzchowne. Gdy tylko okazuje jakos swoje wnętrze to ludzie uciekają, do tych bardziej rozrywkowych, wygadanych itd. Ja się uważam za ciekawą osobe, chociaz jest jedno ALE. Jestem bardzo czesto smutna. Nie umiem tego zmienic. Staram sie uśmiechac, cieszyc tym co mam, ale to chwilowe, potem znow wraca moj normalny melancholijny, smutny nastrój. Mowi sie ze temperamentu nie mozna zmienic, genów też. Z nimi sie rodzimy i umieramy. Ale czy to znaczy ze jesli taka jestem to mam byc skazana na samotnośc? Jestem na straconej pozycji? Nie chce przegrac swojego zycia.
Dodam tez ze mam juz 21 lat, a nigdy nie mialam chlopaka, czuje sie jakas wyalienowana. 'Koledzy' ktorych znam, zawsze interesuja sie ladniejszymi, nie wazne ze laska jest pusta, wazne ze ładna. No i ja dostaje kosza... a dodatkowo nie jestem krzykliwa i pewna siebie, wiec juz w ogole traktuja mnie jak powietrze.
Szczerze mam dosc swojego zycia. Czuje sie mentalnie jak 70 latka. to chore, chcialabym miec przyjaciol, ktorzy by mnie zrozumieli, lubili za to ze jestem, po prostu, a umiem byc przyjaciolka, bo juz nia bylam, ale mnie zraniono i ta przyjazn sie rozpadła.
Czy skoro taka jestem, to skoncze swoje zycie jako samotna, zgorzkniala dziewica? o ile sie wczesniej nie zabije...