Witajcie,
to mój pierwszy post.
Nie oczekuję pokelpania po ramieniu i powiedzenia mi,że dobrze zrobiłam lub przeciwnie, że postąpiłam bezsensownie. Internet i forum to w tym wypadku kolejna forma rozładowania emocji.
Kilka dni temu rozstałam się z moim chłopakiem, to była moja decyzja. Nie byliśmy ze sobą długo, jakieś 3,5 miesiąca.
Teraz czuję dysonans "podecyzyjny", ale tak chyba dość często jest, czyż nie?
Dlaczego podjęłam decyzję o odejściu? Ponieważ od początku naszej znajomości w naszym związku brakowało czułości z jego strony. Starałam się o tym rozmawiać, mówił, że to się zmieni, że musi się otworzyć, że w jego rodzinie nie było czułości i stąd dla niego ludzkie kontakty bywają trudne. Dawałam więc czas i próbowałam w międzyczasie pokazać mu, jak przyjemny jest bliski kontakt dwóch osób --- przytulałam, całowałam, drapałam po plecach, po karku, mówiłam, jak mi na nim zależy, dowartościowywałam go mówiąc, jaki jest wartościowy. W najzwyczajniejszych sytuacjach okazywałam mu czułość, uśmiechałam się często tuląc się do niego.
Nie, nie odpychał mnie, nie mówił, bym przestała. Lubił to.
Z inicjatywą wyszedł może 3 razy? W tym dwa razy po rozmowie na ten temat.
Na początku jeszcze czasami obejmował mnie do snu, ostatnimi czasu już nawet tego nie robił, a ja miałam dość wychodzenia z ciągłą inicjatywą, proszenia go o czułość. Czekałam na jego ruch, dawałam sygnały, ale nic nie działało. Słów już nie chciałam stosować ponieważ podczas przedostatniej naszej rozmowy, gdy pół żartem zapytałam, dlaczego nie chce mnie przytulić, usłyszałam: "mówiliśmy już o tym" (i co? coś się zmieniło od tamtej pory?) lub "wielka mi rzecz". Dla mnie była.
Ale po takiej odpowiedzi, przestałam o tym mówić, nie chciałam go naciskać. Brnęłam dalej, dając czas. I męcząc się mimowolnie.
Dałam kolejny miesiąc bez poruszania tej kwestii.
Nic się nie zmieniło. Bywało, że nie widzieliśmy się ponad tydzień, choć mieszkamy całkiem niedaleko. Żadne z nas nie ma dużo pracy, ani tym bardziej stresującej, oboje mamy dużo wolnego czasu. Dotąd ja się "wpraszałam", mówiłam, że mogę przyjechać po pracy, w wolne, że możemy gdzieś pojechać za miasto, wymyślałam wyjazdy, rozrywki. Aż przestałam. Czekałam na jego inicjatywę, nie było jej. Parę razy zareagował na moje aluzje: "jestem w mieście, niedaleko Ciebie" i napisał, żebym wpadła, ale on jest nie w humorze więc będę się nudzić.
Po tygodniu przerwy w widzeniu się myślałam, że może zatęsknił za bliskością i przytuli mnie, ot tak, sam z siebie, choćby lekko na przywitanie. Nie, nie zrobił tego. Weszłam do jego pokoju jakbyśmy widzieli się ostatnie 10 lat, 24/dobę. Siedzieliśmy, gadaliśmy, coś zjedliśmy i poszliśmy spać. Taka frajda.
Nic nie mówiłam, obawiając się tamtych słów i tak naprawdę punktu wyjścia.
Jednego dnia już nie wytrzymałam, postanowiłam to definitywnie skończyć, bo naprawdę się męczyłam. Skłamię jeśli powiem, że nie miałam nadziei, że zawalczy.
Nie zawalczył.
Wiem, że trochę ponad 3 miesiące to krótki czas, ale zawsze martwiło mnie, że jeśli czułości, zabiegania o dotyk, przytulania nie ma od początku znajomości, to co będzie dalej? Zawsze mawia się, że na początku jest fascynacja, pragnienie siebie, a dopiero potem coś zaczyna się psuć, wypalać...
Miałam czekać, aż się (może) otworzy jednego dnia? I czekać, czekać, i się męczyć? Bywały dni kiedy nie przeszkadzało mi to, że to ja próbowałam się do niego przytulić czy go pocałować spontanicznie, uśmiechałam się, byłam szczęśliwa. Ale na krótko, bo nie było sprzężenia zwrotnego, nie odwzajemnił tego na drugi, trzeci dzień.
Znów robiło mi się przykro, zaczęłam się mimowolnie oddalać, on się nie przybliżał.
Mimo tylko 3 miesięcy, kochałam go. To bardzo dobry mężczyzna, żaden imprezowicz, "rozrabiaka", nic z tych rzeczy. Dlatego pomimo wszystko jest mi naprawdę ciężko i próbowałam wrócić, desperacko poczułam, że za nim tęsknię.
Z drugiej strony co by to zmieniło? Znów byłoby jak ostatni miesiąc? To samo w kółko? Nie wiem, mogę gdybać. Nie ma już nas. It's time to move on, jak to mawiają. Po prostu nie był dla mnie. Podczas ostatniej rozmowy powiedział mi, że nigdy nie rozumiał moich potrzeb względem przytulania i ogólnie czułości. Nie rozumiał nawet, jak mu o tym mówiłam, pokazywałam mu tuląc go czule, pieszcząc, nawet gotując makaron potrafiłam się do niego przytulić na chwilkę i uśmiechnąć szeroko? Ot tak, spontanicznie. Nawet wtedy nie rozumiał? Dawałam mu wszystkie możliwe znaki, werbalne i niewerbalne, ale on ich nie odbierał, tak jak tego, dlaczego tak tego potrzebuję.
Dodam, że on mnie nie kochał, mówił, że bardzo lubi, że mu zależy.
Wspominał też, że by pokochać, musiałby zmienić otoczenie. Nie zrobił nic, by ruszyć do przodu jednakowoż, chociaż proponowałam kilka rzeczy.
Wiem, że wiele z Was miało podobne problemy. Może w moim przypadku łatwiej jest odejść ponieważ nie byliśmy ze sobą długo. Nie wyobrażam sobie tkwić w związku rok, dwa... i mieć cały czas tę samą sytuację, jaką mam teraz... I tak mi bardzo, bardzo ciężko.
Podobnych topików na pewno jest wiele, ale każda historia różni się od siebie w jakimś szczególe.
Chciałam podzielić się moją.