Witam!
Nie praktykuję takiego sposobu rozwiązywania własnych problemów - niestety w chwili obecnej nie mam takiej możliwości by z kimkolwiek porozmawiać o swoim problemie ( z osobami mogącymi spojrzeć zupełnie neutralnie na tę sytuację). Na wstępie też dodam, że post będzie długi i być może chaotycznie napisany - od kilku dni mam kompletny mętlik w głowie i ciężko mi zebrać myśli w spójną całość.
Mam na imię Michał, mam 25 lat w tym roku kończę studia, a za 3 miesiące mam stanąć na ślubnym kobiercu. Moją partnerkę (narzeczoną) znam od 5 lat, od 4.5 jesteśmy parą a od 2.5 roku jesteśmy w narzeczeństwie - to sporo czasu by kogoś poznać, by zweryfikować swoje uczucia, by wiedzieć jak chce się spędzić resztę życia z druga osobą. Między mną a moja narzeczoną jest 6 lat różnicy - w tym roku skończy 31 lat. Oboje pochodzimy z zupełnie różnych środowisk, ja jestem jedynakiem pochodzącym z konserwatywnej rodziny katolickiej (w dodatku moja mama jest z zawodu i wykształcenia KATECHETKĄ), ona natomiast ma 2 rodzeństwa (jest tą "średnią") jej rodzice są 2 różnych wyznań po ślubie cywilnym (jej mama jest wyznania prawosławnego, tata katolikiem - oboje od wielu lat są niepraktykujący - "najstarsza córka" jest wychowana w prawosławiu, "średnia (moja narzeczona)" ma przyjęte sakramenty częściowo w prawosławiu a częściowo w kościele katolickim, a ich najmłodszy syn jest w pełni katolikiem). to tak po krotce zobrazowanie różnic - między środowiskami z jakich oboje pochodzimy
Poznaliśmy się 5 lat temu za pomocą gry internetowej (oboje byliśmy w tamtym czasie po poprzednim nieudanym związku i by nie myśleć i zabić czas - klikaliśmy w necie w co popadnie), przez pierwsze 0.5 roku dożo ze sobą rozmawialiśmy za pomocą Gadu-Gadu, pisaliśmy po klika godzin dziennie o wszystkim i o niczym, plany marzenia, wyobrażenia przyszłego życia, w końcu zdecydowaliśmy się na pierwsze spotkanie (nie było ono łatwe - dzieliło nas 230 km). To ona przyjechała do mnie i wtedy - dla mnie już było za późno - zatraciłem sie w niej, wszystko inne nie miało znaczenia, gdyby powiedziała bym rzucił sie pod pociąg - zapytałbym tylko "pod który?". Wiedziałem wtedy, że zrobię wszystko by tylko być z nią - wiedziałem też, że nie będzie to takie proste - odległość, moja rodzina, różnica wieku, różnica w poglądach (mojej rodzinie której już od 1 spotkania moja partnerka nie przypadła do gustu, z racji wieku i poglądu ze to chłopak jeździ do dziewczyny a nie odwrotnie). Ona po pierwszym spotkaniu jeszcze się wahała, miała wątpliwości - które zostały rozwiane wraz z podjęciem decyzji o 2 spotkaniu. Nasze początki były bardzo trudne przez pierwszy rok ciągle zadawaliśmy sobie pytania czy to ma sens, były chwile zwątpienia i to nie raz, chwile kiedy się kłóciliśmy pomimo odległości przez GaduGadu albo przez telefon... spotkania były bardzo rzadkie - 1 spotkanie było w lutym (2 dni razem), 2 w kwietniu (5 dni razem - wykorzystałem wyjazd rodziców), 3 spotkanie w maju (weekend majowy - 3 dni razem spędzone u mojego kolegi), 4 raz spotkaliśmy się na wakacjach w sierpniu (choć ona pracowała wtedy nie było jej stać na opłacenie wakacji - dlatego ja przez 2.5 miesiąca w trakcie trwania sesji pracowałem po 12 - 14 godzin w 3 róznych pracach dorywczych by tylko mieć pieniądze i móc z nią spędzić gdzieś w fajnym miejscu choć te kilka dni). Po tych wakacjach miałem dość ukrywania się i naszej miłości - oznajmiłem rodzicom, że nie zerwałem tej znajomości a co więcej nadal się spotykam i będę spotykał dalej. Doszło do sytuacji w której zostałem zatrzymany przez moich rodziców na dworcu PKP (spakowałem sie kompletnie miałem zamiar porzucić dom rodzinny, rodziców szkolę i wszystkie plany jakie miałem) własna matka błagała mnie na środku dworca na kolanach bym nie opuszczał rodziny - przystali na moje warunki - obiecali nie utrudniać mi kontaktu z kobieta która pokochałem bez pamięci - tak więc nie wyjechałem pozostałem w domu. Od tamtego czasu jeździliśmy do siebie na przemian jeden miesiąc ja do niej na kilka dni, jeden miesiąc ona do mnie (ona mieszkała wtedy w dużym mieście, była świeżo po studiach miała wtedy 26 lat a z domu rodzinnego wyprowadziła się zaraz po maturze - po skonczonych studiach nie miała lekko w pierwszej pracy zarabiała 1400 zł netto i by przezyc byla zmuszona wynajmować 2 pokojowe mieszkanie do spółki z para studentów - sama zajmując pokój przechodni, z kolei spotkania juz u mnie były w moim domu rodzinnym w obecności moich rodziców - bardzo mi zależało by rodzina zaakceptowała mój wybór i moją partnerkę. Mniej więcej przez rok spotykaliśmy się tak jeżdżąc któreś do któregoś - miałem wtedy nawet przyjemność poznać jej rodziców, jej rodzinę, rodzeństwo (nie jest to dużo max 10 osób, w porównaniu z moją rodzina liczaca ok80 - gdzie przynajmniej z 50 osobami trzymamy się naprawdę bliski spotykając sie przynajmniej kilka razy w miesiącu). Jej rodzina to zupełne przeciwstawieństwo mojej, przyjeli mnie nie raz bardzo miło i ciepło, jednak wyznaja zupełnie inne poglądy i wartości niz te z którymi spotykałem sie w mojej rodzinie - miałem juz wtedy w poczatkach naszej znajomości świadomość tego że teściowie mogą sie miedzy soba nie dogadać - jednak liczyłem ze uda mi się to zmienić (uszczęśliwić wszystkich)i miałem przekonanie - że nie bede sie wiązał z moja czy jej rodziną tylko z NIĄ - konkretna kobietą - uznawałem że to tylko i wyłącznie moja sprawa i nikt inny nie ma tu nic do gadania. Wtedy też właśnie - w czasie tego pierwszego roku, naszych spotkań rzadkich ale jednak (nie raz okupionych tonami łez) OBIECAŁEM JEJ zawarcie związku małżeńskiego i dzieci zaraz jak tylko skończe licencjat (chciałem mieć jakiś papier, bałem sie ze po liceum z sama maturą nie bede w stanie zapewnić bytu jej i rodzinie którą założę). Dodatkowo po 1.5 roku naszej znajomości moja ukochana znalazła prace w duzym mieście - niedaleko mojego miejsca zamieszkania (w mieście w którym studiowałem), zdecydowała się na zmianę pracy i miejsca zamieszkania - przeprowadziła się (specjalnie dla mnie), dzięki czemu nie dzieliło Nas już 230 km a 30 km, od tej pory moglismy widywac się w zasadzie codziennie, bardzo często przywoziłem ją do domu rodzinnego - bardzo chciałem by moim rodzice zaprzyjaźnili się z moją partnerką.- niestety w swoich pogladach moi rodzice byli nieugięci - ich stanowisko było i jest takie, że ja mam czas by sie ożenić, a moim celem jest skonczenie studiów - zrobienie licencjatu i magistra. Nie będe ukrywał że od momentu sprowadzenia się mojej ukochanej do moich stron - liczyła ona szybko na pierscionek zaręczynowy, Ja za bardzo nie wiedziałem jak to zrobić - miałem świadomość ze moi rodzice nie zgodzą sie na slub tak szybko, chciałem to zrobić tak jak mnie uczono - poinformować moich rodziców, poinformować jej rodziców, kupic pierścionek, zaaranżować spotkanie obydwu rodzin i poprosić o jej rękę. Dowiedziałem się natomiast od mojej obecnie prawie żony - że gdybym tak zrobił - jej rodzice zwyczajnie by mnie wyśmiali - wyjaśniła mi że jej rodzice zupełnie inaczej podchodzą do tego tematu i nie lubia robić niepotrzebnej szopki, słysząc to tym bardziej wiedziałem że takie spotkanie moich i jej rodziców może byc mieszanka wybuchową - przestraszyłem się tego i troche to spowolniło wykonanie zaręcznym z mojej strony o kilka miesięcy - zresztą heh te zaręczyny odbiegły zupełnie od moich wyobrażeń - skonczyło się na tym, ze w tajemnicy kupiłem pierścionek, i oświadczyłem się tylko jej w wynajmowanym mieszkaniu tuz zaraz po upojnym seksie - czy to było romantyczne? wtedy sądziłem że tak - dziś już mam wątpliwości. Oznajmiłem tylko moim rodzicom po fakcie - że się zaręczyłem - bardzo ich to zabolało i wbrew moim obawom - oznajmili mi że podporządkowaliby się mojej decyzji co do wyboru życiowego mojej partnerki - a bardzo im zależało na uczestniczeniu w takim wydarzeniu jak zaręczny (tłumaczyli się że mają tylko 1 dziecko i dla nich jest to wyjątkowe wydarzenie - w którym ja ich nie umieściłem). I w tym momencie no cóż cos się zaczeło zmieniać - tak czuję - między mną a moja narzeczoną i mna a moimi rodzicami. Nadal kochałem moja narzeczoną, ale wyhamowałem nieco z realizacją naszych wspolnych planów. Tak mijały dni, tygodnie, miesiące - 3 lata odkąd się poznaliśmy - skonczyłem licencjat (dziennie). Moja narzeczona liczyła że weźniemy się do roboty - zorganizujemy ślub, ja sie wcale nie rozmyśliłem od bycia z nią jednak moje myślenie na temat życia i świata - sposób jego postrzegania zaczeło ulegać zmianie, zacząłem się zastanawiac jak utrzymam siebie, ją i nasze dzieci - ona twierdziła że to nie ma znaczenia, że życie "jakoś" samo się ułoży byle być ze sobą razem, mi niestety "jakos" nie odpowiadało, dodatkowo rodzice wrecz wymuszali na mnie kontunuacje (dziennie) studiów - powtarzając że to tylko 2 lata - że zamkne pewien etap w miom życiu, będę wolny i mógł robic co chce iść dalej. Wiedziałem że wybór studiów dziennie nie przejdzie przy mojej narzeczonej - że nie będzie czekała za mną kolejnych 2 lat - sama mi to od pewnego czasu powtarzała - więc w drodze kompromisu by wilk był cały i owca syta - podjąłem studia magisterskie w trybie zaocznym, jednocześnie obiecałem mojej narzeczonej ze sprawy związane ze ślubem pójda w ruch jak tylko znajde w miare stabilną pracę. Niestety rzeczywistość była dość okrutna - moje studia - to studia humanistyczne - pedagogiczne, nie mogłem znaleźc pracy przez 7 miesięcy, w zawodzie oferowano mi 900zł netto przy 42 godzinach pracy tygodniowo - gdzie uwazałem to stanowczo za mało by utrzymac siebie i rodzinę, a co bardziej absurdalne nawet nie chcieli mnie przyjąc do biedronki - twierdząc ze mam za wysokie wykształcenie i że poszukuja osoby która zostanie w tej pracy na stałe a nie dopóki nie znajdzie czegos lepszego. Tak więc nasza sytuacja slubna była przez pewien czas w "zawieszeniu" widziałem że moja 2 połówka strasznie to przeżywa i ma takiej sytuacji dość - tak więc znów by załagodzić sytuację - wbrew zdaniu rodziców, ich wychowania i pogladów zacząłem powoli pomieszkiwac z moja narzeczoną - stopniowo jeżdzac na weekendy zjazdowe na uczelni jak i te wolne, poxniej nawet zostawałem na kilka dni w tygodniu ( ucieszyło ją to bo spedzalismy coraz wiecej czasu ze sobą, poza tym ona od zawsze miała trudności w nawiązywaniu znajomości w tym mieście po przeprowadzce nie miała przyjaciół, nawet znajomych z którymi mogla by iśc na piwo czy komus innemu wyżalić się w rękaw, rozumiałem tę sytuacja i jej uczucia - co to za przyjemność co dzien iść do pracy i wracac do pustego mieszkania w którym jedynym oknem na świat i jakis kontakt z ludźmi był komputer? Tak więc sam uciąłem kontakty praktycznie ze wszystkimi znajomymi i zdecydowałem sie cały własny czas poświęcić jej). Gdy znalazłem pracę - przeprowadziłem się do niej na stałe - i w tym momencie problem ślubu ( problem z moimi rodzicami) rozwiązał sie sam - któregoś weekendu, moim rodzice zaprosili Nas do siebie - siedlismy przy stole i prosto z mostu padło pytanie: Kochasz go?; A Ty kochasz Ja? (potwierdzilismy), tak więc powinniście sie pobrać! (Ta rozmowa miejsce miała w sierpniu rok temu). jedynym warunkiem jaki postawili moi rodzice - było zorganizowanie spotkania by poznać rodziców mojej 2 połówki. I tu pojawił sie problem - moja narzeczona - twierdziła iż jej rodzice nie mają czasu i nie sa tu potrzebnie, a ślub to sprawa młodych więc jesli "moi" rodzice chca cokolwiek załatwiać - to powinni to załatwiać z nią. No cóz... do listopada probowałem ją nakłonic by zmieniła zdanie - proponowałem że moi rodzice moga jechać do jej (to jest jakies 400 km) skoro oni nie moga sobie na to pozwolic, w końcu sie udało w listopadzie po wielu trudnościach przyjechała do nas jej mama. Było spotkanie - nikt sie nie pozabijał i ustalono kilka rzeczy - że ślub i wesele będzie w tym obecnym roku - moja narzeczona pomimo że był listopad 2010 optowała za tym by wszystko było zorganizowane na marzec... Pomimo tego ze w rodzinie mojej połówki - wesele nie było tradycją i nie miało sensu - jej rodzina liczy max 11 osób, ustalono ze na naszym slubie bedzie wesele - ponieważ w mojej rodzinie panuje taka tradycja i moi rodzice maja zobowiązania w rodzinie - sami byli proszenie na tego typu uroczystości i wypada im odprosić tym bardziej ze jestem ich jedynym dzieckiem. Dodatkowo rodzina połówki jest uboga - wiec w kwestii podziału kosztów moi rodzice ustalili, że płaca za alkohol, fotografa, księdza, obrączki, orkiestre i za swoich gości - tak więc rodzina mojej połowki miała pokryc tylko i wyłacznie koszt talerzyka za siebie nic więcej - osobiście uważam że to dośc sprawiedliwie - choc moja połówka ma do tej pory pretensje - bo ona uważa ze mimo wszystko jej rodzice sa naciągani na niepotrzebne koszta, na które nie moga sobie pozwolić (choć jak jej mama była pytana to przystała na te warunki, nawet słowem sie nie odezwała że coś jej nie pasuje). Z racji tego że cała impreza miała być organizowana w moich stronach - moja rodzina cała organizacje wesela wzieła na siebie. Niestety plan marca nie wypalił z kilku przyczyn a) wielki post nie udziela sie ślubów b) nie mielismy nic w kościele pozałatwiane c) moja mama zachorowała i nie byla wstanie jeździć i załatwiać rzeczy zwiazanych ze ślubem a ja z kolei mialem spory kocioł w pracy (dniami potrafiło mnie w domu nie być). W lutym zebralismy sie w koncu by zacząc organizacje slubu w 2 tygodnie znaleźlismy sale - było cięzko aby znaleźć termin - a spotkałem sie z przypadkiem gdzie sala jest na 5 lat do przodu zaklepana z terminem - mimo wszystko udało sie znaleźć piekną sale w rozsądnej cenie na 14 sierpnia i na chwile obecną wszystko jest zorganizowane i dopięte prawie na ostatni guzik i w czym teraz tkwia moje problemy:
Moja narzeczona nie toleruje mojej rodziny i moich rodziców - no cóż nie wymagam by ich kochała ale wręcz przy każdym spotkaniu okazuje im antypatię - jak gdyby oni coś jej zrobili specjalnie po złości.
Moja narzeczona rok temu kupiła mieszkanie sama w kredycie - mieszkanie kompletnie do remontu, nie dało sie tam prawie zamieszkac kuchnia cała zarobaczona, meble zgniłe a łazienka pamiętająca czasy gierka... Moja rodzina bez słowa wyłożyła 10k pln na najpotrzebniejszy remont, resztę sam z ojcem własnymi siłami odszykowaliśmny mieszkania - zostały już tylko okna do wymiany - mimo wszystko choc moja 2 połowka jest wszedzie zapraszana czy to do mojej cioci czy wojka czy dziadków - ona na swoje mieszkanie nie chce nikogo na herbatę zaprosić - bo twierdzi że kura domowa nie będzie
Zostawia totalny syf wszedzie, gdzie się nie przewinie tam zostawia ciuchy, nie zmywa naczyc, nie sprzata, nie gotuje, nie prasuje - wszystkie te czynności ja robię - ja rozumiem ze mozna tego nie lubić przeżyłbym to ale ona zostawia za soba za każdym razem tyle syfu że z bezsilności juz płacze w tym aspekcie... nie widziałem jeszcze nigdy dziewczyny która by nie potrafila wywalic do kosza wkładek higienicznych - ja robię to za nią. Próbowałem z nią rozmawiać - prosiłem - bo wiem ze nie każdy musi mieć talent do sprzątania i porządku - więc błagałem ją by chociaż nie robiła bałaganu - niestety rzeczywistość wyglada tak, odkurzam całe mieszkanie, zmywam wszystkie podłogi, ścieram kurze, a 20 min po wszystkim ona robi np herbatę - ups rozleje jej się nawet tego nie zetrze, tylko albo przejdzie nad tym jakby nic się nie stało, albo co gorsze jeszcze w to wejdzie rozdepcze i rozniesie po całym mieszkaniu.
Wszystkie święta i dni wolne przeznacza na urlop dla swojej rodziny - wiem że widuje sie z nimi bardzo rzadko - rozumiem to mimo wszystko znam wiele osob ktore potrafią w tym temacie nawiązac kompromis, chciałbym chociaż raz spędzic świeta razem z moja rodziną - pokazac jej jak to wyglada u Mnie - niestety nie wchodzi to w grę.
2 tygodnie temu gdy bylismy w USC - zaskoczyła mnie tym, ze nie chce przyjąć mojego nazwiska - nie powiem zabolało mnie to - ale skwitowała "że przecież o tym z nią nie rozmawiałem" - faktycznie przyznaje się moja wina - nie przyszło mi to do głowy - machnąłem ręką mówiąc trudno - to tylko kawałek druku w dokumencie.
Heh... 2 lata temu rodzice - nim jeszcze wyszła wizja slubu - postanowili postawić dla mnie dom - dość duży prawie 400m kwadratowych powierzchni łacznie, aczkolwiek 200m byłoby pod lokale użytkowe pod wynajem a mieszkania 200m na pietrze, działka jest w samym centrum miasta - to chyba najwspanialszy prezent o jakim mozna by bylo marzyc (prezent z rzeczy materialnych) - niestety moja 2 połowka szantażuje mnie że nigdy się tam nie wprowadzi - poniewaz projekt budynku nie był z nia ustalany przez moich rodziców i jak to stwierdziła - "jest to dla niej zniewagą".
to to sa tylko takie niuanski, które uznaje za małe - nad którymi mógłbym przejśc lub liczyć ze może z czasem przekona sie i zmieni zdanie, ale najwiekszy problem jaki spędza mi sen z powiek narodził się dośc niedawno.... Odkąd tylko się znam z moją 2 połówką ona wiedziała z jakiej rodziny pochodzę, jakim wartościom hołduje nie raz ja i moja rodzina mówilismy jej o ślubie (nawet nie chodzi o wesele) kościelnym... Nigdy nie powiedziała nawet słowem że jest przeciwna, co wiecej zawsze chodziła ze mna na msze. Choć ja nie musiałem to razem zrobilismy kurs przedmałżeński w kościele wraz z zajęciami w poradni rodzinnej. Moja partnerka utrzymuje ze jest w prawosławiu - ale nie jest osoba praktykującą - prawde mówiąc nie kryje się z tym że nienawidzi kościoła i kleru - no cóz... jesteśmy, żyjemy i każdy wie i widzi jacy ksieża są jedni nie wiadomo co tam robią inni faktycznie mają do tego powołanie, ale nie mi to oceniać - ja zajmuje sie swoją wiarą i wlasnym podejściem do Boga i religii. Moja narzeczona miała wybór - gdy szlismy do kościoła prosic o ślub, pójśc ze strony nie wierzącej i niepraktykującej, pójść ze strony prawosławnej lub przejśc na katolicyzm. Katolicyzm odpada - bo według niej "krzyż to bałwochwalstwo" - boli mnie to stwierdzenie ale nie bronie jej prawa do niego kocham ją a nie jej wiarę do ludzi czy Boga... Na strone nie wierząca sie nie zdecydowała - wybrała strone prawosławna - tak więc przed nami staneła wizja ślubu ekumenicznego. No i wszystko okey - ale Ona z prawosławiem tak na dobra sprawe ma tyle wspólnego co z buddyzmem, okazało się ze chrzest i bierzmowanie które przyjmuje sie w prawosławiu jednoczesnie podczas chrztu przyjeła w cerkwi, natomiast komunię świętą w kościele katolickim - co według kościoła prawosławnego - wyklucza taką osobę z grona jego wiernych. tak więc nie rozumiem czemu tak strasznie się upiera na to prawosławie - proponowałem jej że skoro i tak dla niej religia nie ma znaczenia - to by przeszła na katolicyzm - byłoby nam latwiej wziąc slub, łatwiej wychować dzieci, czy starac się dla nich o sakramenty. Tak więc w tym momencie tylko mi zależy na tym ślubie (w formie kościelnej). Skwitowała, że jeśli nie dostaniemy slubu kościelnego - to ona nie będzie stawała na głowie... Niestety problem rodzaju ślubu ma swoje 2 dno - moja mama wykonuje prace Katechetki - naucza religii w szkołach... Zatrudnienie zapewnia jej bezpośrednio Kościół - dając tzw. "Misje Katechetyczną" - i proboszcz parafii, w której pracuje moja mama jasno określil sytuację - jeśli syn katechetki nie będzie postępował według głoszonej doktryny Kościoła, katechetka nie może pełnić swojej roli - tak więc nie bedzię mogła byc dalej zatrudniona. Dlatego z mojej perspektywy - ślub cywilny oznacza utrate pracy przez moją mamę, dla kobiety mającej 50 lat i wykształcenie tylko w 1 kierunku, oznacza to śmierć zawodową - moja narzeczona stwierdziła, że jeśli nawet moja mama straciłaby prace to co wielkiego by sie stało? "najwyzej nie kupiła by sobie nowej pary butów."
Szczerze mówiąc nie wiem co o tym wszystkim myśleć, przez tyle lat razem liczyłem sam ze jakoś miedzy nami a szczególnie miedzy nią a moją rodziną się ułoży... ale w tę sobotę coś we mnie pekło - zrozumiałem że nie jestem dla niej teraz w stanie poświęcić wszystkiego - nie jestem w stanie dla własnego (wątpliwego - bo nikt nigdy nie ma gwarancji) szczęścia - poświęcić wszystkich wpajanych mi wartości rodzinnych i postawić na szali byc albo nie byc prace zawodową własnej mamy.
Powiedziałem mojej 2 połówce - że jeśli nie dostaniemy ślubu kościelnego - to nie będziemy mogli być razem... nie powiem ciężko mi to przechodziło przez gardło, jej reakcja była bardzo histeryczna (nie dziwię się) stwierdziła, ze nikt jej tak w życiu jeszcze nie upokorzył jak ja tymi słowami, że jestem niesłowny i nie potrafię dotrzymać obietnicy i ze nie może na mnie juz patrzeć, że zmarnowałem jej całe życie... i ze ślubem i wszystkimi sprawami daje sobie spokój - jeśli mi zależy sam wszystko załatwię.
To co napisałem, napisałem bardzo chaotycznie - ciezko jest w kilkudziesięciu słowach streścic 5 lat wpólnej znajomości, wpólnego życia i relacji jakie zachodziły między nami... pisząc to wszystko nie szukam i nie oczekuję odpowiedzi jaką mam podjąć decyzje - czy brnąc w to dalej czy dać sobie spokój. Chciałbym jednak usłyszeć opinię czy faktycznie:
- upokorzyłem ją tym stwierdzeniem?
- jestem winny zmarnowania jej życia?
- mam prawo nie ogladac się na swoją rodzinę i decydować o sytuacji zawodowej własnej mamy? (bo w końcu moje życie, moja sprawa)
Boję sie też tego jak będzie wyglądało moje życie po slubie - moja partnerka pod względem zachowania w domu nie jest kobieca - nie zabiega o ciepło ogniska domowego, nawet się nie stara, boje się ze gdy pojawią się dzieci, nie bede miał nic do powiedzenia - do swojej rodziny bede jeździł sam lub walczył ciezko by moją partnerkę wyciągnąc ze sobę (przecież to chore), każdy urlop i wakacje będa spędzane u jej rodziców? a Gdybym chciał dzieciom pokazać kawałek świata - to bez zony? Albo wcale nie będę miał takiej możliwości? Kwestia wychowania religijnego też bedzie tylko na mojej głowie? nie bede miał wsparcia od niej skoro ona nie uznaje religii?
Boje się ze jesli dla niej poświęce wszystkie własne wartości - nie będe szczęśliwy w takim związku, a jeśli nie bede szcześliwy - to czy to sie nie odbije na niej i całej naszej rodzinie? Czy osoba która ma do mnie tyle zalu o ten czas - 5 lat - kocha mnie tak naprawdę - czy już chodzi tylko o to by nie byc "starą panną"?
Mam jeden wielki mętlik w głowie - żywie nadal do tej osoby uczucia choc nie takie same i nie tak intensywnie jak na poczatku naszego związku, wiem jaką dyecyzje podjąc albo wariant A) ide z nią mimo wszystko B) nasze drogi się rozchodzą (bo tak bedzie lepiej). Nie wiem tylko na jakie rzeczy zwrócic uwagę przy podejmowaniu decyzji a nie chciałbym skrzywdzic jej i siebie, jeżeli możecie to doradźcie mi - jak przekonac strasznie upartą osobę chociaż do próby podjęcia kompromisu?
Pozdrawiam