netkobietyWszystkie działy
Miłość, związki, partnerstwo

Na 3 miesiące przed ślubem...

40 odpowiedzi7 932 wyświetleniazałożony przez Mrok, 24.05.2011

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » MIŁOŚĆ , ZWIĄZKI , PARTNERSTWO » Na 3 miesiące przed ślubem...

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 41 ]

1

Temat: Na 3 miesiące przed ślubem...

Witam!

Nie praktykuję takiego sposobu rozwiązywania własnych problemów - niestety w chwili obecnej nie mam takiej możliwości by z kimkolwiek porozmawiać o swoim problemie ( z osobami mogącymi spojrzeć zupełnie neutralnie na tę sytuację). Na wstępie też dodam, że post będzie długi i być może chaotycznie napisany - od kilku dni mam kompletny mętlik w głowie i ciężko mi zebrać myśli w spójną całość.

Mam na imię Michał, mam 25 lat w tym roku kończę studia, a za 3 miesiące mam stanąć na ślubnym kobiercu. Moją partnerkę (narzeczoną) znam od 5 lat, od 4.5 jesteśmy parą a od 2.5 roku jesteśmy w narzeczeństwie - to sporo czasu by kogoś poznać, by zweryfikować swoje uczucia, by wiedzieć jak chce się spędzić resztę życia z druga osobą. Między mną a moja narzeczoną jest 6 lat różnicy - w tym roku skończy 31 lat. Oboje pochodzimy z zupełnie różnych środowisk, ja jestem jedynakiem pochodzącym z konserwatywnej rodziny katolickiej (w dodatku moja mama jest z zawodu i wykształcenia KATECHETKĄ), ona natomiast ma 2 rodzeństwa (jest tą "średnią") jej rodzice są 2 różnych wyznań po ślubie cywilnym (jej mama jest wyznania prawosławnego, tata katolikiem - oboje od wielu lat są niepraktykujący - "najstarsza córka" jest wychowana w prawosławiu, "średnia (moja narzeczona)" ma przyjęte sakramenty częściowo w prawosławiu a częściowo w kościele katolickim, a ich najmłodszy syn jest w pełni katolikiem). to tak po krotce zobrazowanie różnic - między środowiskami z jakich oboje pochodzimy

Poznaliśmy się 5 lat temu za pomocą gry internetowej (oboje byliśmy w tamtym czasie po poprzednim nieudanym związku i by nie myśleć i zabić czas - klikaliśmy w necie w co popadnie), przez pierwsze 0.5 roku dożo ze sobą rozmawialiśmy za pomocą Gadu-Gadu, pisaliśmy po klika godzin dziennie o wszystkim i o niczym, plany marzenia, wyobrażenia przyszłego życia, w końcu zdecydowaliśmy się na pierwsze spotkanie (nie było ono łatwe - dzieliło nas 230 km). To ona przyjechała do mnie i wtedy - dla mnie już było za późno - zatraciłem sie w niej, wszystko inne nie miało znaczenia, gdyby powiedziała bym rzucił sie pod pociąg - zapytałbym tylko "pod który?". Wiedziałem wtedy, że zrobię wszystko by tylko być z nią - wiedziałem też, że nie będzie to takie proste - odległość, moja rodzina, różnica wieku, różnica w poglądach (mojej rodzinie której już od 1 spotkania moja partnerka nie przypadła do gustu, z racji wieku i poglądu ze to chłopak jeździ do dziewczyny a nie odwrotnie). Ona po pierwszym spotkaniu jeszcze się wahała, miała wątpliwości - które zostały rozwiane wraz z podjęciem decyzji o 2 spotkaniu. Nasze początki były bardzo trudne przez pierwszy rok ciągle zadawaliśmy sobie pytania czy to ma sens, były chwile zwątpienia i to nie raz, chwile kiedy się kłóciliśmy pomimo odległości przez GaduGadu albo przez telefon... spotkania były bardzo rzadkie - 1 spotkanie było w lutym (2 dni razem), 2 w kwietniu (5 dni razem - wykorzystałem wyjazd rodziców), 3 spotkanie w maju (weekend majowy - 3 dni razem spędzone u mojego kolegi), 4 raz spotkaliśmy się na wakacjach w sierpniu (choć ona pracowała wtedy nie było jej stać na opłacenie wakacji - dlatego ja przez 2.5 miesiąca w trakcie trwania sesji pracowałem po 12 - 14 godzin w 3 róznych pracach dorywczych by tylko mieć pieniądze i móc z nią spędzić gdzieś w fajnym miejscu choć te kilka dni). Po tych wakacjach miałem dość ukrywania się i naszej miłości - oznajmiłem rodzicom, że nie zerwałem tej znajomości a co więcej nadal się spotykam i będę spotykał dalej. Doszło do sytuacji w której zostałem zatrzymany przez moich rodziców na dworcu PKP (spakowałem sie kompletnie miałem zamiar porzucić dom rodzinny, rodziców szkolę i wszystkie plany jakie miałem) własna matka błagała mnie na środku dworca na kolanach bym nie opuszczał rodziny - przystali na moje warunki - obiecali nie utrudniać mi kontaktu z kobieta która pokochałem bez pamięci - tak więc nie wyjechałem pozostałem w domu. Od tamtego czasu jeździliśmy do siebie na przemian jeden miesiąc ja do niej na kilka dni, jeden miesiąc ona do mnie (ona mieszkała wtedy w dużym mieście, była świeżo po studiach miała wtedy 26 lat a z domu rodzinnego wyprowadziła się zaraz po maturze - po skonczonych studiach nie miała lekko w pierwszej pracy zarabiała 1400 zł netto i by przezyc byla zmuszona wynajmować 2 pokojowe mieszkanie do spółki z para studentów - sama zajmując pokój przechodni, z kolei spotkania juz u mnie były w moim domu rodzinnym w obecności moich rodziców - bardzo mi zależało by rodzina zaakceptowała mój wybór i moją partnerkę. Mniej więcej przez rok spotykaliśmy się tak jeżdżąc któreś do któregoś - miałem wtedy nawet przyjemność poznać jej rodziców, jej rodzinę, rodzeństwo (nie jest to dużo max 10 osób, w porównaniu z moją rodzina liczaca ok80 - gdzie przynajmniej z 50 osobami trzymamy się naprawdę bliski spotykając sie przynajmniej kilka razy w miesiącu). Jej rodzina to zupełne przeciwstawieństwo mojej, przyjeli mnie nie raz bardzo miło i ciepło, jednak wyznaja zupełnie inne poglądy i wartości niz te z którymi spotykałem sie w mojej rodzinie - miałem juz wtedy w poczatkach naszej znajomości świadomość tego że teściowie mogą sie miedzy soba nie dogadać - jednak liczyłem ze uda mi się to zmienić (uszczęśliwić wszystkich)i miałem przekonanie - że nie bede sie wiązał z moja czy jej rodziną tylko z NIĄ - konkretna kobietą - uznawałem że to tylko i wyłącznie moja sprawa i nikt inny nie ma tu nic do gadania. Wtedy też właśnie - w czasie tego pierwszego roku, naszych spotkań rzadkich ale jednak (nie raz okupionych tonami łez) OBIECAŁEM JEJ zawarcie związku małżeńskiego i dzieci zaraz jak tylko skończe licencjat (chciałem mieć jakiś papier, bałem sie ze po liceum z sama maturą nie bede w stanie zapewnić bytu jej i rodzinie którą założę). Dodatkowo po 1.5 roku naszej znajomości moja ukochana znalazła prace w duzym mieście - niedaleko mojego miejsca zamieszkania (w mieście w którym studiowałem), zdecydowała się na zmianę pracy i miejsca zamieszkania - przeprowadziła się (specjalnie dla mnie), dzięki czemu nie dzieliło Nas już 230 km a 30 km, od tej pory moglismy widywac się w zasadzie codziennie, bardzo często przywoziłem ją do domu rodzinnego - bardzo chciałem by moim rodzice zaprzyjaźnili się z moją partnerką.- niestety w swoich pogladach moi rodzice byli nieugięci - ich stanowisko było i jest takie, że ja mam czas by sie ożenić, a moim celem jest skonczenie studiów - zrobienie licencjatu i magistra. Nie będe ukrywał że od momentu sprowadzenia się mojej ukochanej do moich stron - liczyła ona szybko na pierscionek zaręczynowy, Ja za bardzo nie wiedziałem jak to zrobić - miałem świadomość ze moi rodzice nie zgodzą sie na slub tak szybko, chciałem to zrobić tak jak mnie uczono - poinformować moich rodziców, poinformować jej rodziców, kupic pierścionek, zaaranżować spotkanie obydwu rodzin i poprosić o jej rękę. Dowiedziałem się natomiast od mojej obecnie prawie żony - że gdybym tak zrobił - jej rodzice zwyczajnie by mnie wyśmiali - wyjaśniła mi że jej rodzice zupełnie inaczej podchodzą do tego tematu i nie lubia robić niepotrzebnej szopki, słysząc to tym bardziej wiedziałem że takie spotkanie moich i jej rodziców może byc mieszanka wybuchową - przestraszyłem się tego i troche to spowolniło wykonanie zaręcznym z mojej strony o kilka miesięcy - zresztą heh te zaręczyny odbiegły zupełnie od moich wyobrażeń - skonczyło się na tym, ze w tajemnicy kupiłem pierścionek, i oświadczyłem się tylko jej w wynajmowanym mieszkaniu tuz zaraz po upojnym seksie - czy to było romantyczne? wtedy sądziłem że tak - dziś już mam wątpliwości. Oznajmiłem tylko moim rodzicom po fakcie - że się zaręczyłem - bardzo ich to zabolało i wbrew moim obawom - oznajmili mi że podporządkowaliby się mojej decyzji co do wyboru życiowego mojej partnerki - a bardzo im zależało na uczestniczeniu w takim wydarzeniu jak zaręczny (tłumaczyli się że mają tylko 1 dziecko i dla nich jest to wyjątkowe wydarzenie - w którym ja ich nie umieściłem). I w tym momencie no cóż cos się zaczeło zmieniać - tak czuję - między mną a moja narzeczoną i mna a moimi rodzicami. Nadal kochałem moja narzeczoną, ale wyhamowałem nieco z realizacją naszych wspolnych planów. Tak mijały dni, tygodnie, miesiące - 3 lata odkąd się poznaliśmy - skonczyłem licencjat (dziennie). Moja narzeczona liczyła że weźniemy się do roboty - zorganizujemy ślub, ja sie wcale nie rozmyśliłem od bycia z nią jednak moje myślenie na temat życia i świata - sposób jego postrzegania zaczeło ulegać zmianie, zacząłem się zastanawiac jak utrzymam siebie, ją i nasze dzieci - ona twierdziła że to nie ma znaczenia, że życie "jakoś" samo się ułoży byle być ze sobą razem, mi niestety "jakos" nie odpowiadało, dodatkowo rodzice wrecz wymuszali na mnie kontunuacje (dziennie) studiów - powtarzając że to tylko 2 lata - że zamkne pewien etap w miom życiu, będę wolny i mógł robic co chce iść dalej. Wiedziałem że wybór studiów dziennie nie przejdzie przy mojej narzeczonej - że nie będzie czekała za mną kolejnych 2 lat - sama mi to od pewnego czasu powtarzała - więc w drodze kompromisu by wilk był cały i owca syta - podjąłem studia magisterskie w trybie zaocznym, jednocześnie obiecałem mojej narzeczonej ze sprawy związane ze ślubem pójda w ruch jak tylko znajde w miare stabilną pracę. Niestety rzeczywistość była dość okrutna - moje studia - to studia humanistyczne - pedagogiczne, nie mogłem znaleźc pracy przez 7 miesięcy, w zawodzie oferowano mi 900zł netto przy 42 godzinach pracy tygodniowo - gdzie uwazałem to stanowczo za mało by utrzymac siebie i rodzinę, a co bardziej absurdalne nawet nie chcieli mnie przyjąc do biedronki - twierdząc ze mam za wysokie wykształcenie i że poszukuja osoby która zostanie w tej pracy na stałe a nie dopóki nie znajdzie czegos lepszego. Tak więc nasza sytuacja slubna była przez pewien czas w "zawieszeniu" widziałem że moja 2 połówka strasznie to przeżywa i ma takiej sytuacji dość - tak więc znów by załagodzić sytuację - wbrew zdaniu rodziców, ich wychowania i pogladów zacząłem powoli pomieszkiwac z moja narzeczoną - stopniowo jeżdzac na weekendy zjazdowe na uczelni jak i te wolne, poxniej nawet zostawałem na kilka dni w tygodniu ( ucieszyło ją to bo spedzalismy coraz wiecej czasu ze sobą, poza tym ona od zawsze miała trudności w nawiązywaniu znajomości w tym mieście po przeprowadzce nie miała przyjaciół, nawet znajomych z którymi mogla by iśc na piwo czy komus innemu wyżalić się w rękaw, rozumiałem tę sytuacja i jej uczucia - co to za przyjemność co dzien iść do pracy i wracac do pustego mieszkania w którym jedynym oknem na świat i jakis kontakt z ludźmi był komputer? Tak więc sam uciąłem kontakty praktycznie ze wszystkimi znajomymi i zdecydowałem sie cały własny czas poświęcić jej). Gdy znalazłem pracę - przeprowadziłem się do niej na stałe - i w tym momencie problem ślubu ( problem z moimi rodzicami) rozwiązał sie sam - któregoś weekendu, moim rodzice zaprosili Nas do siebie - siedlismy przy stole i prosto z mostu padło pytanie: Kochasz go?; A Ty kochasz Ja? (potwierdzilismy), tak więc powinniście sie pobrać! (Ta rozmowa miejsce miała w sierpniu rok temu). jedynym warunkiem jaki postawili moi rodzice - było zorganizowanie spotkania by poznać rodziców mojej 2 połówki. I tu pojawił sie problem - moja narzeczona - twierdziła iż jej rodzice nie mają czasu i nie sa  tu potrzebnie, a ślub to sprawa młodych więc jesli "moi" rodzice chca cokolwiek załatwiać - to powinni to załatwiać z nią. No cóz... do listopada probowałem ją nakłonic by zmieniła zdanie - proponowałem że moi rodzice moga jechać do jej (to jest jakies 400 km) skoro oni nie moga sobie na to pozwolic, w końcu sie udało w listopadzie po wielu trudnościach przyjechała do nas jej mama. Było spotkanie - nikt sie nie pozabijał i ustalono kilka rzeczy - że ślub i wesele będzie w tym obecnym roku - moja narzeczona pomimo że był listopad 2010 optowała za tym by wszystko było zorganizowane na marzec... Pomimo tego ze w rodzinie mojej połówki - wesele nie było tradycją i nie miało sensu - jej rodzina liczy max 11 osób, ustalono ze na naszym slubie bedzie wesele - ponieważ w mojej rodzinie panuje taka tradycja i moi rodzice maja zobowiązania w rodzinie - sami byli proszenie na tego typu uroczystości i wypada im odprosić tym bardziej ze jestem ich jedynym dzieckiem. Dodatkowo rodzina połówki jest uboga - wiec w kwestii podziału kosztów moi rodzice ustalili, że płaca za alkohol, fotografa, księdza, obrączki, orkiestre i za swoich gości - tak więc rodzina mojej połowki miała pokryc tylko i wyłacznie koszt talerzyka za siebie nic więcej - osobiście uważam że to dośc sprawiedliwie - choc moja połówka ma do tej pory pretensje - bo ona uważa ze mimo wszystko jej rodzice sa naciągani na niepotrzebne koszta, na które nie moga sobie pozwolić (choć jak jej mama była pytana to przystała na te warunki, nawet słowem sie nie odezwała że coś jej nie pasuje). Z racji tego że cała impreza miała być organizowana w moich stronach - moja rodzina cała organizacje wesela wzieła na siebie. Niestety plan marca nie wypalił z kilku przyczyn a) wielki post nie udziela sie ślubów b) nie mielismy nic w kościele pozałatwiane c) moja mama zachorowała i nie byla wstanie jeździć i załatwiać rzeczy zwiazanych ze ślubem a ja z kolei mialem spory kocioł w pracy (dniami potrafiło mnie w domu nie być). W lutym zebralismy sie w koncu by zacząc organizacje slubu w 2 tygodnie znaleźlismy sale - było cięzko aby znaleźć termin - a spotkałem sie z przypadkiem gdzie sala jest na 5 lat do przodu zaklepana z terminem - mimo wszystko udało sie znaleźć piekną sale w rozsądnej cenie na 14 sierpnia i na chwile obecną wszystko jest zorganizowane i dopięte prawie na ostatni guzik i w czym teraz tkwia moje problemy:

Moja narzeczona nie toleruje mojej rodziny i moich rodziców - no cóż nie wymagam by ich kochała ale wręcz przy każdym spotkaniu okazuje im antypatię - jak gdyby oni coś jej zrobili specjalnie po złości.

Moja narzeczona rok temu kupiła mieszkanie sama w kredycie - mieszkanie kompletnie do remontu, nie dało sie tam prawie zamieszkac kuchnia cała zarobaczona, meble zgniłe a łazienka pamiętająca czasy gierka... Moja rodzina bez słowa wyłożyła 10k pln na najpotrzebniejszy remont, resztę sam z ojcem własnymi siłami odszykowaliśmny mieszkania - zostały już tylko okna do wymiany - mimo wszystko choc moja 2 połowka jest wszedzie zapraszana czy to do mojej cioci czy wojka czy dziadków - ona na swoje mieszkanie nie chce nikogo na herbatę zaprosić - bo twierdzi że kura domowa nie będzie

Zostawia totalny syf wszedzie, gdzie się nie przewinie tam zostawia ciuchy, nie zmywa naczyc, nie sprzata, nie gotuje, nie prasuje - wszystkie te czynności ja robię - ja rozumiem ze mozna tego nie lubić przeżyłbym to ale ona zostawia za soba za każdym razem tyle syfu że z bezsilności juz płacze w tym aspekcie... nie widziałem jeszcze nigdy dziewczyny która by nie potrafila wywalic do kosza wkładek higienicznych - ja robię to za nią. Próbowałem z nią rozmawiać - prosiłem - bo wiem ze nie każdy musi mieć talent do sprzątania i porządku - więc błagałem ją by chociaż nie robiła bałaganu - niestety rzeczywistość wyglada tak, odkurzam całe mieszkanie, zmywam wszystkie podłogi, ścieram kurze, a 20 min po wszystkim ona robi np herbatę - ups rozleje jej się nawet tego nie zetrze, tylko albo przejdzie nad tym jakby nic się nie stało, albo co gorsze jeszcze w to wejdzie rozdepcze i rozniesie po całym mieszkaniu.

Wszystkie święta i dni wolne przeznacza na urlop dla swojej rodziny - wiem że widuje sie z nimi bardzo rzadko - rozumiem to mimo wszystko znam wiele osob ktore potrafią w tym temacie nawiązac kompromis, chciałbym chociaż raz spędzic świeta razem z moja rodziną - pokazac jej jak to wyglada u Mnie - niestety nie wchodzi to w grę.

2 tygodnie temu gdy bylismy w USC - zaskoczyła mnie tym, ze nie chce przyjąć mojego nazwiska - nie powiem zabolało mnie to - ale skwitowała "że przecież o tym z nią nie rozmawiałem" - faktycznie przyznaje się moja wina - nie przyszło mi to do głowy - machnąłem ręką mówiąc trudno - to tylko kawałek druku w dokumencie.

Heh... 2 lata temu rodzice - nim jeszcze wyszła wizja slubu - postanowili postawić dla mnie dom - dość duży prawie 400m kwadratowych powierzchni łacznie, aczkolwiek 200m byłoby pod lokale użytkowe pod wynajem a mieszkania 200m na pietrze, działka jest w samym centrum miasta - to chyba najwspanialszy prezent o jakim mozna by bylo marzyc (prezent z rzeczy materialnych) - niestety moja 2 połowka szantażuje mnie że nigdy się tam nie wprowadzi - poniewaz projekt budynku nie był z nia ustalany przez moich rodziców i jak to stwierdziła - "jest to dla niej zniewagą".

to to sa tylko takie niuanski, które uznaje za małe - nad którymi mógłbym przejśc lub liczyć ze może z czasem przekona sie i zmieni zdanie, ale najwiekszy problem jaki spędza mi sen z powiek narodził się dośc niedawno.... Odkąd tylko się znam z moją 2 połówką ona wiedziała z jakiej rodziny pochodzę, jakim wartościom hołduje nie raz ja i moja rodzina mówilismy jej o ślubie (nawet nie chodzi o wesele) kościelnym... Nigdy nie powiedziała nawet słowem że jest przeciwna, co wiecej zawsze chodziła ze mna na msze. Choć ja nie musiałem to razem zrobilismy kurs przedmałżeński w kościele wraz z zajęciami w poradni rodzinnej. Moja partnerka utrzymuje ze jest w prawosławiu - ale nie jest osoba praktykującą - prawde mówiąc nie kryje się z tym że nienawidzi kościoła i kleru - no cóz... jesteśmy, żyjemy i każdy wie i widzi jacy ksieża są jedni nie wiadomo co tam robią inni faktycznie mają do tego powołanie, ale nie mi to oceniać - ja zajmuje sie swoją wiarą i wlasnym podejściem do Boga i religii. Moja narzeczona miała wybór - gdy szlismy do kościoła prosic o ślub, pójśc ze strony nie wierzącej i niepraktykującej, pójść ze strony prawosławnej lub przejśc na katolicyzm. Katolicyzm odpada - bo według niej "krzyż to bałwochwalstwo" - boli mnie to stwierdzenie ale nie bronie jej prawa do niego kocham ją a nie jej wiarę do ludzi czy Boga... Na strone nie wierząca sie nie zdecydowała - wybrała strone prawosławna - tak więc przed nami staneła wizja ślubu ekumenicznego. No i wszystko okey - ale Ona z prawosławiem tak na dobra sprawe ma tyle wspólnego co z buddyzmem, okazało się ze chrzest i bierzmowanie które przyjmuje sie w prawosławiu jednoczesnie podczas chrztu przyjeła w cerkwi, natomiast komunię świętą w kościele katolickim - co według kościoła prawosławnego - wyklucza taką osobę z grona jego wiernych. tak więc nie rozumiem czemu tak strasznie się upiera na to prawosławie - proponowałem jej że skoro i tak dla niej religia nie ma znaczenia - to by przeszła na katolicyzm - byłoby nam latwiej wziąc slub, łatwiej wychować dzieci, czy starac się dla nich o sakramenty. Tak więc w tym momencie tylko mi zależy na tym ślubie (w formie kościelnej). Skwitowała, że jeśli nie dostaniemy slubu kościelnego - to ona nie będzie stawała na głowie... Niestety problem rodzaju ślubu ma swoje 2 dno - moja mama wykonuje prace Katechetki - naucza religii w szkołach... Zatrudnienie zapewnia jej bezpośrednio Kościół - dając tzw. "Misje Katechetyczną" - i proboszcz parafii, w której pracuje moja mama jasno określil sytuację - jeśli syn katechetki nie będzie postępował według głoszonej doktryny Kościoła, katechetka nie może pełnić swojej roli - tak więc nie bedzię mogła byc dalej zatrudniona. Dlatego z mojej perspektywy - ślub cywilny oznacza utrate pracy przez moją mamę, dla kobiety mającej 50 lat i wykształcenie tylko w 1 kierunku, oznacza to śmierć zawodową - moja narzeczona stwierdziła, że jeśli nawet moja mama straciłaby prace to co wielkiego by sie stało? "najwyzej nie kupiła by sobie nowej pary butów."

Szczerze mówiąc nie wiem co o tym wszystkim myśleć, przez tyle lat razem liczyłem sam ze jakoś miedzy nami a szczególnie miedzy nią a moją rodziną się ułoży... ale w tę sobotę coś we mnie pekło - zrozumiałem że nie jestem dla niej teraz w stanie poświęcić wszystkiego - nie jestem w stanie dla własnego (wątpliwego - bo nikt nigdy nie ma gwarancji) szczęścia - poświęcić wszystkich wpajanych mi wartości rodzinnych i postawić na szali byc albo nie byc prace zawodową własnej mamy.

Powiedziałem mojej 2 połówce - że jeśli nie dostaniemy ślubu kościelnego - to nie będziemy mogli być razem... nie powiem ciężko mi to przechodziło przez gardło, jej reakcja była bardzo histeryczna (nie dziwię się) stwierdziła, ze nikt jej tak w życiu jeszcze nie upokorzył jak ja tymi słowami, że jestem niesłowny i nie potrafię dotrzymać obietnicy i ze nie może na mnie juz patrzeć, że zmarnowałem jej całe życie... i ze ślubem i wszystkimi sprawami daje sobie spokój - jeśli mi zależy sam wszystko załatwię.

To co napisałem, napisałem bardzo chaotycznie - ciezko jest w kilkudziesięciu słowach streścic 5 lat wpólnej znajomości, wpólnego życia i relacji jakie zachodziły między nami... pisząc to wszystko nie szukam i nie oczekuję odpowiedzi jaką mam podjąć decyzje - czy brnąc w to dalej czy dać sobie spokój. Chciałbym jednak usłyszeć opinię czy faktycznie:

- upokorzyłem ją tym stwierdzeniem?
- jestem winny zmarnowania jej życia?
- mam prawo nie ogladac się na swoją rodzinę i decydować o sytuacji zawodowej własnej mamy? (bo w końcu moje życie, moja sprawa)

Boję sie też tego jak będzie wyglądało moje życie po slubie - moja partnerka pod względem zachowania w domu nie jest kobieca - nie zabiega o ciepło ogniska domowego, nawet się nie stara, boje się ze gdy pojawią się dzieci, nie bede miał nic do powiedzenia - do swojej rodziny bede jeździł sam lub walczył ciezko by moją partnerkę wyciągnąc ze sobę (przecież to chore), każdy urlop i wakacje będa spędzane u jej rodziców? a Gdybym chciał dzieciom pokazać kawałek świata - to bez zony? Albo wcale nie będę miał takiej możliwości? Kwestia wychowania religijnego też bedzie tylko na mojej głowie? nie bede miał wsparcia od niej skoro ona nie uznaje religii?

Boje się ze jesli dla niej poświęce wszystkie własne wartości - nie będe szczęśliwy w takim związku, a jeśli nie bede szcześliwy - to czy to sie nie odbije na niej i całej naszej rodzinie? Czy osoba która ma do mnie tyle zalu o ten czas - 5 lat - kocha mnie tak naprawdę - czy już chodzi tylko o to by nie byc "starą panną"?

Mam jeden wielki mętlik w głowie - żywie nadal do tej osoby uczucia choc nie takie same i nie tak intensywnie jak na poczatku naszego związku, wiem jaką dyecyzje podjąc albo wariant A) ide z nią mimo wszystko B) nasze drogi się rozchodzą (bo tak bedzie lepiej). Nie wiem tylko na jakie rzeczy zwrócic uwagę przy podejmowaniu decyzji a nie chciałbym skrzywdzic jej i siebie, jeżeli możecie to doradźcie mi - jak przekonac strasznie upartą osobę chociaż do próby podjęcia kompromisu?

Pozdrawiam

2

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

Dobrnęłam do końca i jestem zszokowana. Twoja narzeczona nie ma serca i jest potworną egoistką. To nie jest kwestia bycia lub nie bycia religijnym ani też wiary tylko charakteru. Trudno ale napisze to - koszmarna baba. Nie powiem wprost co masz zrobić ale....przede wszystkim zastanowić się czy z kimś taki  chcesz wiązać się na dobre i na złe.

3

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

Witaj.
Przeczytałam...naprawdę rzadko kto tak czytelnie i jasno opisuje swoją historię.
Może jeszcze dodaj, wymień jakąś chociaż jedną pozytywną cechę charakteru swojej narzeczonej.
MROKU, myślę, że wychodzisz z mroku...zaświtało... światełko, wskaże Ci dobrą drogę, idź za nim.
Jeszcze nie jest za późno.
Pozdrawiam.

4

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

Uff, przeczytałam do końca i w dodatku z rozdziawioną buzią wink

Odpowiem krótko: dziwny jest ten Wasz związek. Z Twojego opisu ona wydaje się niefajną osobą, bezwzględną, roszczeniową i bezkompromisową. Z woim zdaniem nie liczy się w ogóle. Ale w Tobie uderza jakieś niezroumiałe dla mnie stawiania zdania rodziców na pierwszym planie, aż nie wiadomo czy masz jakieś swoje odrębne poglądy...

Ale odpowiadając na Twoje pytania:
- jak najbardziej masz prawo oczekiwać ślubu kościelnego (tym bardziej, że w każdej innej kwestii idziesz na ustępstwa)
- nie upokorzyłeś jej - sama się prosiła swoim brakiem szacunku do Ciebie(choć może jej zachowanie wynika z tego, że ona walczy z Twoim symbiotycznym związkiem z rodzicami?)
- fakt, że ma gdzieś pracę Twojej mamy świadczy o tym, że nie szanuje również innych osób (ale w ten sposób może ona walczy o swoją niezależność)

Mimo jej pobudek, niezależnie od tego jakie one są, jej zachowanie jest niedopuszczalne.

5

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...
sonieczka123 napisał/a:

Dobrnęłam do końca i jestem zszokowana. Twoja narzeczona nie ma serca i jest potworną egoistką.(...)
...przede wszystkim zastanowić się czy z kimś taki  chcesz wiązać się na dobre i na złe.

Ja analogicznie!
Śmiem węszyć tu manipulację dużego kalibru. Twoja partnerka jest tak pewna Ciebie i wyznawanych przez ciebie wartości, że w 100 % jest pewna, że MUSISZ jej zawsze ustąpić (bez względu na cenę jaką miałbyś za to zapłacić). Czy wierzysz w to, że Cię kocha? Bo z boku wygląda tylko na to, że wygodnie "się ustawiła" i umie grać na twoim poczuciu odpowiedzialności.
Jesteś pewien, że chcesz spędzić resztę swego życia z osobą, która się z Tobą w ogóle nie liczy i ma gdzieś twoje zdanie i potrzeby? Chcesz na tym budować swoją przyszłość i rodzinę?
Na twoje pytania:
"Czy:
- upokorzyłem ją tym stwierdzeniem?
- jestem winny zmarnowania jej życia?
- mam prawo nie ogladac się na swoją rodzinę i decydować o sytuacji zawodowej własnej mamy? (bo w końcu moje życie, moja sprawa)"
powiem tak:
- nie upokorzyłeś a wyraziłeś swoje zdanie w bardzo ważnej kwestii (jak śmiałeś się przeciwstawić? smile ) - dziwne by było, gdybyś w obliczu tak ważnej decyzji (bo w KK nie ma rozwodów) NIE WYRAZIŁ! Masz prawo do współdecydowania o takich sprawach, bo dotyczą również Ciebie.
- JESZCZE nie zmarnowałeś nikomu życia, bo całe życie przed Wami. Ale właśnie próbujesz dać SOBIE zmarnować, jeżeli już nigdy nie będziesz mógł mieć w żadnej kwestii nic do powiedzenia.
- masz prawo szanować swoją rodzinę i rodziców i NIE podejmować kroków, które mogą ich zranić.

Jak dla mnie Twoja narzeczona jest albo niedojrzała albo brak jej szacunku dla Ciebie. A bez szacunku miłość się nie utrzyma lub będzie tylko jednostronna.

Poczytaj mądre książki księdza Malińskiego o miłości lub odwiedź psychologa i porozmawiaj z nim o swoim problemie. Zanim będzie za późno. Powodzenia smile

6

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

Jestem w szoku...Twoja narzeczona nie dorosła do partnerskiego związku.
W związku trzeba się poświęcać, każda strona musi coś stracić, coś zyskać, Twoja narzeczona tego nie rozumie. Nie jest dojrzała do założenia rodziny (dzieci samą miłością się nie nakarmi a "jakoś to będzie" to gadanie bez sensu) ani do prowadzenia domu i rodzinnego życia( można nie lubić sprzątać, prasować, gotować ale trzeba to robić takie życie).
Jest strasznie zachłanna, straszna egoistka...
Wybacz za te ostre słowa, chyba ją kochasz chociaż między wierszami wyczytałam,że nie chcesz rezygnować z siebie, swojej rodziny z wszystkiego dla niej- i bardzo dobrze, to nie powinno być tak! Właśnie czy ty ją kochasz? Czy chcesz z nią być? Żyć w związku małżeńskim bez partnerstwa?
Jeżeli tak to masz mało czasu by próbować do niej trafić.
Walcz o siebie,
pozdrawiam:*

7

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

Pewnie będę mało oryginalna, ale podobnie jak dziewczyny przeczytałam do końca i jestem w szoku. Rozumiem że żywisz jakieś uczucia do tej kobiety, ale ona chyba nie zasługuje na to co Ty jej dajesz. Z opisu Waszego związku wyłaniasz się jako opiekuńczy facet, w dodatku szanujesz swoją rodzinę. Ona natomiast jest egoistką do kwadratu. Sam napisałeś że coś w Tobie pękło i to chyba najlepszy czas, bo jeszcze nie jest za późno. Nikomu nie zmarnowałeś życia, ani moim zdaniem nikogo nie upokorzyłeś. Twoja rodzina jest dla Ciebie ważna i to jest piękne. Przemyśl jeszcze czy aby na pewno chcesz poślubić tę kobietę, abyś potem nie żałował. Pamiętaj też że Wasze przyszłe potomstwo bardzo by ucierpiało gdyby sytuacja nadal tak wyglądała. Trzymam za Ciebie kciuki, abyś podjął właściwą decyzję.

8

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

Doczytałam do końca i tak jak dziewczyny wyżej jestem po prostu w szoku. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, dziewczyna ani nie szanuje Ciebie, ani Twojej rodziny. Dobrze, że czerwona lampka zapaliła Ci się teraz a nie po ślubie. Przemyśl czy na pewno chcesz tego ślubu, obiecałeś jej ślub, ale nie dotrzymuj obietnicy kosztem wlasnego szczęścia. Nie wyobrażam sobie być z kimś kto, jak napisalam wczesniej, nie szanuje mnie ani mojej rodziny. Do tego jest wielką egoistką i brudaską. Jak to możliwe, żebyś sprzątał po niej wkładki higieniczne? W głowie mi się to nie mieści. Myślę, że jeżeli nie potrafisz podjąć decyzji czy chcesz na pewno z nią być pójdź do psychologa, który pomoże Ci przejrzeć na oczy i spojrzeć na sytuację z innej perspektywy. Pozdrawiam

9

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

Jak każda z moich poprzedniczek- jestem w szoku.

Powiem jedno: uciekaj gdzie pieprz rośnie, bo możesz sobie i jej w sumie też zniszczyć resztę życia. Jesteś młodym mężczyzną, z pewnością znajdziesz kobietę, która zaakceptuje i polubi, a może nawet pokocha Twoją rodzinę i Twoje poglądy, do których masz przecież święte prawo.

Żeby kobieta nie potrafiła wyrzucić wkładek higienicznych do kosza... W głowie mi się to nie mieści hmm

10 Ostatnio edytowany przez Kobietka89 (2011-05-24 22:01:01)

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

tez niestety jestem w szoku... nie ma szacunku do Ciebie nie ma szacunku do Twoich rodziców. NIe musi ich kochac wystarczy sznowac!!!!. dla mnie to jest nie do przyjecia. jak mozna wkładek higienicznych nie posprzatac po sobie... przepraszam za stwierdzienie ale musi być ogromnym brudasem. kwestia domu zostawie bez komantarza ... powinna byc wdzieczna a nie tak sie zachowywac.
nie wiem czy potrafiła bym ułożyć sobie życie z taką osobą. Tym bardziej to są moi rodzice i musi sie liczyc z tym. Mama Urodziła wychowała mężczyzne(ciebie) z którym chce pewnie spedzic reszte życia  i podobno bardzo kocha. NIe robiła ci krzywdy nic tym bardziej wymaga szacunku(a tu nie liczy się z nią wogole) Niestety moj partner wiążąc sie ze mną musi zakceptowac moich rodziców( naszczescie zlozyło się tak ze bardzo sie lubią). Dla mnie rodzina jest mega wazna i nie wyobrazam sobie takiej sytułacji
Kolejna sprawa teksu nie bede na ciebie czekala. pRzepraszam ale skoro sie kogos kocha to 2 lata sie poczeka, daje się komus spełnic. Powiem tak jest straszna egoistka......, przemyśl to dobrze .Nie marnuj sobie życia!!
na twoim miejscu uciekła bym jak najdalej od niej .
ONA89 pisze bardzo dobrze ze zapaliła ci się czerowona lampka przed a nie po ślubie, obietnice obietnicą ale pomyśl tez o sobie.
życzę podjęcia dobrej decyzji. trzymam kciuki!!

11

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

Jeju, nawet nie wiem co napisać, tak szokłam. Może tak: bierz nogi za pas! Albo: uciekaj gdzie pieprz rośnie! Z nutką dramatyzmu: ratuj się!

To jest niebywałe, że za tyle lat walki, poświęcania się, kompromisów, cierpliwości, miłości, troski otrzymujesz zderzenie z murem egoizmu. Może Ty jesteś jednym z kochających za bardzo? Bo dla mnie związek to wspólne dbanie o szczęście tej drugiej osoby, a ja tu widzę, że u Was chodzi tylko o jej szczęście i zadowolenie.

Naprawdę tego chcesz? Naprawdę chcesz sobie wyrządzić taką krzywdę na resztę swoich dni? Tylko dawać i nie mieć nic w zamian? Za jakie grzechy, że się spytam?

12

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

Przeczytałam Twoją historie i mam dosć mieszane uczucia.
Z jednej strony niby potworna narzeczona, która staje okoniem wobec Twoich rodziców, rani Twoje uczucia, nie liczy sie z niczyim zdaniem. Ale kiedyś (bo teraz chyba już nie ) bardzo Cie kochała, ale może zauważyła, że zbyt wielką wage przykładasz na zdania Twoich rodziców. Rodzice są ważni, ale to nie z nimi bierzemy ślub i chcemy stworzyć partnerski związek.
Piszesz, ze dziewczyna pochodzi z "dziwnej" rodziny a rodziny są różne, wiedze, ze Tobie bardzo przeszkadza fakt, ze nie jest katoliczką i nie chce ślubu kościlnego (ma do tego prawo).
Parokrotnie podkreśliłeś fakt, ze pochodzisz z zamożniejszej rodziny niż Twoja wybranka (moze dałeś czesto jej to odczuć?), i czesto podkreślasz fakt bycia jedynakiem (nie tylko ty jesteś jedynakiem).
Twój problem jest złozony i sam ponosisz wiele winy za zaistniałą sytuacje- nie tylko twoja dziewczyna.
Moim prywatnym zdaniem, ona chce wyjść za Ciebie by "odfajkować" mażeństwo a potem szybko nastąpi rozwód (wybacz szczerosć).

13

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

No cóż... heh to nie jest tak że ona ma tylko same złe cechy, przede wszystkim jak myśle teraz - co nas pchnelo ku sobie - oboje bylismy pewien czas po nieudanym związku, oboje zostaliśmy wcześniej zdradzeni przez partnera - to była cecha współna element Nas łączący i nasze rozmowy... To co napisałem w moim odczuciu nie jest ani dokładne, ani bezstronnie przedstawione - bo uważam ze przedstawić 5 lat życia w kilkunastu zdaniach - to prawdziwa sztuka. To co napisałem to mój punkt widzenia - moje postrzeganie tego co mi sie nie podoba... starałem się być obiektywny - ale każdy z ręka na sercu wie - ze nie da byc się w pełni obiektywnym jeżeli chodzi o uczucia wzgledem innej osoby.
Ani ona nie jest ideałem ani tym bardziej ja, ona ma figure słomki ja jestem grubawy (idąc gdzies razem wygladamy jak BIG Ben z przybudówką) - co prawda nie o wyglad sie rozchodzi tutaj - ale obrazuję to że jesteśmy pod bardzo wieloma względami rózni od siebie. Gdy mysle o rzeczach ktore nas łączą jako pierwsze przychodzi mi na myśl - lenistwo, wygodnictwo i nałogowe spędzanie czasu przed komputerem... Wydaje mi sie, ze jest to smutne... Próbowałem to zmienić, ale nie jest latwo - próbowałem wprowadzić troche ruchu - życia - bardzo lubilem i lubię jazdę rowerem - niestety moja 2 połówka ma niskie cisnienie, wiekszy wysiłek powoduje u niej zasłabnięcia. Dużo ze soba rozmawiamy - niestety mało robimy, drzemie w Nas słomiany zapał - oboje potrafimy być uparci jednoczesnie nie mając silnej woli do wytrwania w czymś...
Niestety z rozmów z nią na konkretny temat odbieram sytuacje tak, że kompromisem z jej strony było, czekanie na mnie, przeprowadzenie się 200 km dalej od jej rodziców (w tym też porzucenie wąskiej grupki przyjaciół których miała), namówienie jej mamy na poznanie się z moimi rodzicami i wyrażenie w końcu zgody na slub i wesele...

Aga 30 w mojej ocenie też pieknie się wstrzeliła w pewne sedno zacytuję:
"choć może jej zachowanie wynika z tego, że ona walczy z Twoim symbiotycznym związkiem z rodzicami?"

Nie będę ukrywał - jako jedynak wszystko miałem podsunięte pod nos - nie czuję sie z tym dobrze - bo bardzo często wielu rzeczy mi się nie chce a wszystko potrafię zrobić - nie mam wyrobionego nawyku obowiązkowości - sam się zmuszam i motywuje do wielu rzeczy nie przychodzi mi to łatwo.
Pytanie tylko jak rozdzielić ten symbiotyczny związek - jako jedynak cała uwaga rodziców spadała na mnie - są tym samym ważną częścią mojego życia. Nie raz moja połówka powtarzała mi że jestem pod zbyt dużym wpływem rodziny, ze nie mam własnego zdania - no cóż tak nas Bóg stworzył, że przebywając w danym środowisku stajemy się jego częścią. Dlatego też wielokrotnie zdanie mojej rodziny było podważane - jeżeli zgadzałem się w poglądach mimo wszystko z poglądami rodziców - to widziałem żal i smutek w oczach mojej połówki, jeśli zgadzałem sie z jej poglądami - to było wszystko dobrze... Tyle że po latach dostrzegam pewną rzecz - gdzie w tym wszystkim są moje poglądy? albo przytakiwałem jej albo rodzinie - oczywiście opierałem się w wysuwaniu poglądów/osądów na własnych odczuciach, sumieniu, tym co dyktowało mi serce i rozum... Ale jak stwierdzić czy jestem związany rodzicielską pępowiną - robiąc wszystko wbrew ich woli i zdaniu? Wiem tylko że z reguły to przed czym zawsze byłem w rodzinie przestrzegany - musiałem poznać na własnej skórze, przekonać się , sprawdzić.

Dalej Aga30 napisała:
"ale w ten sposób może ona walczy o swoją niezależność" - tak swoją niezależność zawsze i wszędzie podkreślała na każdym kroku - nie dziwie się, odkąd skonczyła 19 lat nie mieszkała z rodzicami sama studiowała, sama się utrzymywała, była zupełnie niezalezna od nikogo i wiem że nie jest nauczona życia w wiekszej grupie - w rodzinie i tym samym dlatego tez nie potrafi dbać o całokształt domowego ogniska - tyle tylko czy ta walka o swoją niezależność ma sens na dłuższą metę? Wiążac sie z kimś z automatu stajemy się zależni od siebie i od innych członków rodziny mniej lub bardziej ale tak jest.

Narzeczona ma specyficzną cechę - świetnie radzi sobie w retoryce, w każdej sprawie ważniejszej na zawołanie potrafi wyciągnąc 1500 argumentów potwierdzających słuszność jej zdania i stanowiska oraz wytknąc błedy swojego oponenta. Ja tak nie potrafie. Nie ukrywam - moja partnerka jest ode mnie zdolniejsza i inteligentniejsza (nie uważam się za kompletnego cymbała, ale nie posiadam umysłu analitycznego jak ona). Doszło do tego - ze nim poruszałem z nią jakąś sprawe - wczesniej wypisywałem sobie argumenty własne na kartce by móc na bieżaco kontrować...

Ktoś tu coś pisał o szacunku - narzeczona nie uznaje czegoś takiego jak szacunek wobec kogos - bo niby z jakiej paki? Twierdzi że jesli ktoś jest dobry i dobrze postępuje - to będzie dobrze traktowany - no w sumie nie mogę się z tym nie zgodzić. Mimo wszystko odkąd pamiętam wyznaje ona pewną pozycję roszczeniową - szczególnie boli ją to - że moim rodzicom jakoś sie udało dojść do czegoś, a jej rodzinie nie bardzo - ale czy to powód do wrogości - nie sądze... Jest przekonana o słuszności swoich poglądów... a zresza mógłbym pisać dużo nie wiem czy jest sens - bo co to wniesie nowego?

Nie mogę powiedzieć że jest złą kobietą - ma faktycznie cięzki charakter, ale jest zdolna do miłości i nie raz w ciągu całych 5 lat doznałem pieknych momentów, bynajmniej nie żałuję tej znajomości i nie uważam że była błędem... na dzień dzisiejszy wiem, że muszę z nią szczerze o wszystkim porozmawiać - dam jej szanse na zmianę, sam też postaram się być lepszy - jej wybór czy z tego skorzysta, czy będzie też chciała się zmienić

Mam jedną dewizę którą zapamiętałem jako chłopiec od swojego taty - "postępuj tak, by inni przez Ciebie nie płakali", niestety w tym wypadku nie wiem czy tego da się uniknąć.. postaram się zawalczyć o Nas spróbować, ale jak już napisałem nie przekresle wszystkiego innego - dla niej... nie chciałbym tylko swoim postępowaniem przekreślić jej przyszłości - mam wyrzuty sumienia na myśl, ze mógłbym ją zostawić - bo w końcu poza mną jakie inne ma perspektywy na założenie rodziny?

14 Ostatnio edytowany przez lool2 (2011-05-24 22:51:46)

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

Noto się porobiło. Żal mi Ciebie, bo jeśli wszystko jest prawdą, co tu opisałeś to jesteś bardzo odpowiedzialnym i prawdziwym facetem. Mimo, iż byłeś jedynakiem, co zwiększa relacje dziecko-rodzice to postawiłeś się im dla miłości. Widzisz? Jednak rodzice od początku mieli rację!

Nie upokorzyłeś jej, czym niby????? To ona Ciebie upokarza swoim zachowaniem!
Podobno ja jestem uparta... Będę musiała Twoj post przeczytać swojemu facetowi to zobaczy, że jestem aniołem...

Chłopie! Bierz nogi za pas i uciekaj od tej kobiety jak najdalej!!! Nie sprząta nawet wkładek po sobie??? No ohyda! Nigdy bym nie dotknęła takiej rzeczy, która nie należy do mnie. A Ty zobacz, jesteś facetem i to robisz!
Nie będziesz żałował tej decyzji jeśli się rozstaniecie. Za to wiem że będziesz żałował jeśli dojdzie do ślubu. Takiego jakiego ona będzie żądała, nie Ty.
Ona gardzi domem o pow.400m2??? Tylu ludzi nie ma kąta ani dachu nad domem, a ona ma czelność takim ogromniastym gardzić? i to za kasę Twoich rodziców?? Nikt jej chyba nie nauczył szacunku do starszych...

MASAKRA totalna!!!!

Porozmawiaj z rodzicami, zobaczysz że to samo Ci powiedzą.

Zastanów się: chcesz całe życie sprzątać wkładki lub biegać ze szmatką po mieszkaniu bo sie rozlała herbata? Ja będąc kobietą sobie tego nie wyobrażam...!

Wybacz moje emocje, ale nie mogę się powstrzymać. Będac na miejscu twojej mamy to bym te dziewcze nauczyła porządku!!

15

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

Złapała szczęście za nogi i to zbywa. Twoi rodzice nieba by jej uchylili, nie mówiąc o Tobie. Miałam taki przypadek w rodzinie podobny - nawet jeśli do rodzicow partnera ta osoba jest miła, to poźniej wszystko wyjdzie w praniu. Okaże się jak nie ma szacunku. A nie ma, to widać jak na dłoni.
Jeśli ją rzeczywiście kochasz to może jakies rozmowy, nawet z psychologiem. Poza tym, ona jako osoba, ktora marnie zarabiała, osoba będąca z chlopakiem ktory ponad pół roku szukał jakiejkolwiek pracy, nie docenia wartości jaką jest pewna praca Twojej matki i życiowa stabilizacja to mnie to martwi. ,,Jakoś" chce żyć? Tak samo ,,jakoś" się zachowuje...

16

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...
NiobeXXX napisał/a:

Przeczytałam Twoją historie i mam dosć mieszane uczucia.

No cóz... sam mam mieszane uczucia

NiobeXXX napisał/a:

Z jednej strony niby potworna narzeczona, która staje okoniem wobec Twoich rodziców, rani Twoje uczucia, nie liczy sie z niczyim zdaniem. Ale kiedyś (bo teraz chyba już nie ) bardzo Cie kochała, ale może zauważyła, że zbyt wielką wage przykładasz na zdania Twoich rodziców. Rodzice są ważni, ale to nie z nimi bierzemy ślub i chcemy stworzyć partnerski związek.

Wielokrotnie to samo od niej słyszałem - i zgadzam się z tym stwierdzeniem - to JA i ONA będziemy ponosili głównie wszelkie skutki naszych decyzji przed, w trakcie jak i po slubie - tylko czy to stwierdzenie oznacza, że mam się wyprzeć na rodziców? A jeśli tak - to czy mogę w ramach partnerstwa ządać tego samego od niej?

NiobeXXX napisał/a:

Piszesz, ze dziewczyna pochodzi z "dziwnej" rodziny a rodziny są różne, wiedze, ze Tobie bardzo przeszkadza fakt, ze nie jest katoliczką i nie chce ślubu kościlnego (ma do tego prawo).

Mojej rodzinie to przeszkadza - mi nigdy nie sprawiało to problemu. Nigdzie też nie napisałem, że rodzina mojej narzeczonej jest "dziwna" - jest zupełnie inna - to przeciwieństwo mojej rodziny tylko tyle... a co do slubu - w czasie tych 5 lat a szczególnie w czasie pierwszych 2 lat gdy najwięcej ze soba rozmawialismy o wszystkim - nigdy mi nie powiedziała, że o slubie nie ma mowy (kościelnym oczywiście) - było i jest jej to obojętne, nie może tylko zrozumieć - że mi obojętne to wcale nie jest. Dla niej slub ma byc! nie ważne czy cywilny czy kościelny, wychodzi z założenia - dzadzą kościelny to bedzie, nie dadza to ma być cywilny.

NiobeXXX napisał/a:

Parokrotnie podkreśliłeś fakt, ze pochodzisz z zamożniejszej rodziny niż Twoja wybranka (moze dałeś czesto jej to odczuć?), i czesto podkreślasz fakt bycia jedynakiem (nie tylko ty jesteś jedynakiem).
Twój problem jest złozony i sam ponosisz wiele winy za zaistniałą sytuacje- nie tylko twoja dziewczyna.

Być może dałem jej to odczuć - nie wiem ale nie miałem złych zamiarów - nie chodziłem z roszczeniami typu - ja mam to - a Ty co wniesiesz jako posag? (litości) To co mam i co ma moja rodzina - fakt pokazałem jej - ale zawsze mówiłem że "kiedyś" będzie nasze by lepiej się nam żyło - czy to powód do agresji?
A co do podkreślania faktu ze jestem jedynakiem - nie wiem bardzo często gdy sie przyznaję do tego że nim własnie jestem - to słysze komentarza " aha jedynak" - troche taka etykietka jakby z góry znaczyło ze mam pewien okreslony zestaw cech i zachowań.
I tak masz rację - to jak jest teraz to nie jest jej wina, we wszystkim ponoszę pełną odpowiedzialność.

17

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

jesli dla ktos nie potrafi szanowac innych a przedwszystkim swojego przyszłego męża.... to pomyśl co bedzie po ślubie.... wasz związek trwa długo nie sądze zeby tak podstawowa sprawa nagle się zmieniła . tym bardziej ze jak widac jest mega egoistka. bo jak to nazwac??
  szacunek do rodziców..... prawada nie z nimi twirzysz związek. ale sa twoimi rodzicami którzy wychowali kochali, w dodatku jestes ich jedynym dzieckiej... i to powinna zrozumiec i darzyc ich szacunkiem.

18

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

Twoja narzeczona w sposób ortodoksyjny demonstruje swoją niezależność i swoje poglądy, oczywiście inne niż te które masz Ty i Twoja rodzina. Nie wiem tylko ile jest w tym jej własnych przekonań, a ile buntu wobec tego wszystkiego co za Toba stoi, Twojej rodziny, a nawet księdza proboszcza wywierającego naciski na Twoja matkę.

Opisałeś ją w taki sposób, że ma sie ochotę powiedzieć "a cóż to za potwór?". Jednak skoro jestes z tym "potworem" 5 lat to musi mieć ona i jasną stronę. Chyba, że najważniejszą dla Ciebie sprawą jest dotrzymywanie obietnic, bez względu na koszty jakie ponosisz. Dotrzymywanie obietnic to piękna cecha, ale w przypadku wiązania się z kimś na całe życie, to lepiej złamać obietnicę, niż dotrzymać jej i skomplikować zycie sobie i dziewczynie.
Masz wyrzuty sumienia na myśl, że mógłbyś ją zostawić, bo "....poza mną, jakie inne ma perspektywy na założenie rodziny?..."  Co to ma znaczyć???? Jesteś jedyny, który ją zechciał?
Może uważasz, że 31-letnia kobieta jest juz tak stara, że wszelkie szanse na rodzinę ma za sobą?

Piszesz, że narzeczona nie znosi Twojej rodziny. Przecież nie jest to dziwne, od początku nie była akceptowana, bo starsza i to Ona przyjechała do chłopaka (co pewnie stawia pod znakiem zapytania jej moralność). Zastanawiam się jak musiała się czuć między wami. Ona, od młodych lat samodzielna, niezależna, nie związana z żadną religią, nie posiadająca zastępu ciotek i wujków za plecami, za to posiadająca ubogich rodziców nieprzywiązujących wagi do ceremoniałów.
Nie wierzę, że skoro jest inteligentna i bystra, nie dostrzegała sygnałow braku akceptacji, a to bardzo boli, szczególnie boli gdy się wie o Twojej symbiotycznej więzi z rodzicami.

Myslę, że nie tylko Ty masz wątpliwości co do slubu. Myslę, że Twoja narzeczona równiez je ma, byc może nawet większe niż Ty. Byc może demonstruje je swoim zachowaniem, niepodejmowaniem domowych obowiązków, decyzją o nieprzyjęciu Twojego nazwiska, odmową zamieszkania w luksusowym domu, który wybudowali dla CIEBIE Twoi rodzice (co za kontrast z jej zarobaczonym i zrujnowanym mieszkaniem, które SAMA sobie kupiła), jej irracjonalnym uporem w sprawie prawosławia, które powoduje, że slub w Kosciele staje się niemożliwy, a to z kolei rujnuje życie Twojej matce, katechetce.
Chyba przyszła pora, żebyście z narzeczoną siedli i poważnie porozmawiali o Was, Waszym związku i Waszej przyszlości. Czy jeszcze tego chcecie, czy to jest wogóle możliwe. Jeszcze ślubu nie było, jeszcze kazde może pójść swoją drogą bez większych problemów.

19 Ostatnio edytowany przez Marysienka82 (2011-05-25 10:20:02)

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

Polecam książkę wspomnianego tu już ks. Malińskiego "Zanim powiesz kocham".
Przeczytaj ją, zanim...

20

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

Mrok, przeczytałam Twój post i my ślę, że to ostatni dzwonek by to zmienić .

Mało czasu zostało do ślubu, wiec musisz przede wszystkim z nią porozmawiać.

Poza tym piszesz o ślubie kościelnym. Plany w sprawie ślubu były już dawno, wiec czy wtedy nie zostało ustalone jaki to będzie ślub?

Następny temat to sprawa jej braku dbania o dom a  w zasadzie zaniedbywania. Jeśli teraz tak jest, myślisz, ze to się zmieni po ślubie ? To co opisujesz jest nie do przyjęcia, czy to robi kobieta czy mężczyzna nie ma znaczenia. Wydawać się może , to coś do prześcignięcia , bo przecież miłość. Ale monotonia życia wkrada się po jakimś czasie i trwa i trwa i wtedy gdy dwoje ludzi nie współpracuje ze sobą, to marne szanse........

Ponadto dziwi mnie pytanie , że zastanawiasz się jak utrzymasz ją i dzieci? Czy ona posiada pracę? Z tego co zrozumiałam kupiła mieszkanie ( wiem , że do remontu) , ale jednak. Poprzez to wydarzenie nie wydaje mi się by była paniusią oczekującą pieniędzy od swego Pana. A z resztą halo mamy 21 wiek. Ja osobiście nie mam koleżanki którą utrzymywałby mąż/ narzeczony itd  Nawet w razie urodzenia dziecka i  bycia z dzieckiem istnieje świadczenie macierzyńskie. A na potwierdzenie tego , że wydaje się być niezależna świadczy nawet to, iż nie zamierza zmieniać nazwiska.

Nadto absolutnie zgodzę się z Tobą iż szacunek należy się Twojej rodzinie. Tego nie jestem w  stanie wytłumaczyć, no chyba, że jest coś czego nie mówisz i np została dogłębnie urażona.


Dużo jest tu wątków, nie jestem wstanie odnieść się do wszystkich, jednakże, zdaj sobie sprawę , ze lepiej nie będzie i to teraz jest ostatni moment by ratować, siebie, ją, Was, jakkolwiek to miałoby się skończyć.

Powodzenia

21

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

pewnie polowy tego co mysle to nie napisze bo po prostu od nawalu informacji zapomne
przede wszystkim
widze ze ty mimo 90% opini zebys ja zostawil bo sie to nie uda i tak bronisz ja. chcesz nas-czytelnikow przekonac czy siebie ze jest ona ok??
dodatkowo mysle ze z jakiegos powodu(podejzewam ze powodem jest ona) zle o sobie myslisz:
bo jestes grubszy
bo mniej inteligentny
bo ma wiesza palete argumentow
poza tym twoja samoocena jest niska mysle ze z tego powodu ze:
nigdy twoje zdanie sie nie liczy
zawsze ona robi i tak jak ona chce


jej sie wspaniale zyje...zrobila z ciebie niewlonika i jestem pewna ze cie nie kocha
przeprowadzila sie?? przeprowadzila sie bo tu dostala prace, ty byles tylko dodatkiem do tej propozycji pracy, gdyby nie miala takiej mozliwosci pracy to by przeciez nie przeprowadzila sie.
mowi ze jak ktos jest ok to na jest szanowana
wiec czym ty zasluzyles ze nie jestes szanowany?
wiec czym ty zasluzyles ze nie szanuje sie twojej pracy?(o tym jeszcze wspomne bo jestem w szoku)
czym twoi rodzice zasluzyli ze nie sa szanowani?w koncu nie sa szanowani skoro dla twej pani sprawienia problemu tesciowej nie jest istotne.
jak mozna tak traktowac ludzi?(mowie o twoich rodzicach) coz oni jej zrobili? nie akceptuja ja? wedlog mnie sa ok, bo mimo swego zdania pomagaja wam np przez pomoc przy slubie czy pomocy finansowej(remont JEJ mieszkania)
co ona zrobila aby ich przekonac do siebie? ja widze jedno jest zarozumiala bardzo, mysle ze bardziej przypomna faceta-to znaczy ze jest twarda babka i nie wyobrazam sobie ja jako matke.
Musle ze jest zadca ktorym nigdy nie bedziesz istotny
wiem jedno, wezmiesz ten slub bo jestes ok facetem i nie patrzac na siebie poswieciesz sie kolejny raz a chcialabym zaznaczyc ZWIAZEK TO NIE POSWIECENIA, NIE REZYGNACJE Z CZEKOLKOLWIEK TO RADOSC W SWIM DOTYCHCZASOWYM ZYCIU WPROWADZIC SWOJA DRUGA POLOWE
wiem jedno, bedziesz zalowal ze tak sie dajesz.
nigdy nie poswiecilabym kontaktow z rodzicami swego meza, po prostu zeby on nie byl smutny, ona tego nie widzi
skoro slub jest dla niej nieistotny to dlaczego niechce spelnic twoich pragnien? mimo ze wie ze ci to wazne to ma to w dupie!

wiele razy musiales zrezygnowac z kontaktow z rodzina, z tradycji, ze wspolnych swiat, z sposobu zareczyn, no i te sprzatanie-to to wogole dla mnie zachwuje sie jak oststnia swinia! nie widzisz naprawde co cie czeka??
bedziesz pracowal-bo w koncu bedziesz glowa rodziny, po powrocie bedziesz juz kobieta, bedziesz sprzatal gotowal, przewijal dzieci i zbieral podpaski po swojej kobiecie! jak tak mozna!!
owszem, czy przy sprzataniu czy gotowaniu warto wspolpracowac ale nie zwalac na jedna osobe! zrozum jestes wykorzstywany

teraz podam ci przyklad i  znajdz wiele wiele podobienstw z tym ze ta sytulacja jest juz 3lata po slubie takiej pary
jestem z podlasia, u nas jest wiele rodzin prawoslawnym
ja-jestem katoliczka, rodzice bardzo dobrze zyja z ksiezami, ja tez bylam zaangazowana w te sprawy koscielne, moji rodzice bardzo ciezko i duzo pracuja i owszem cos tam maja(od paru lat dom,samochody i slabo prosperujace ale jednak wlasne interesy)
on-jest prawoslawny, ma dziadka baciuszke, nigdy nie mial ojca(zostawil matke jak byla jeszcze w ciazy) matka gdy sie poznalismy byla jeszcze w miare...z czasem coraz bardziej i bardziej, w chwili obecnej jest pijaczka niepracujaca, zyje w dlugach to tez zupelnie inna rodzina niz moja, i nie chodzi o finanse, ale o podejscie do zycia.
poznalismy sie 5lat temu, takze przez internet
moja rodzina takze nie akceptowala mojego meza, troche z innych powodow, ale maz sie bardzo bardzo staral o ich akceptacje i sie udalo, ja z jego matka pracowalam i wstydzilam sie gdy ja napita wkladano mi do samochodu...rodzicom nic nie mowilam. ze takze jestem wychowana w tradycji, wiec zareczyny musialby byc przy rodzicow, poprosil moich rodzicow o reke, potem mnie. nasi rodzice sie poznali i zaczal sie wstyd...
zaczelam mowic rodzicom jak jest, ze on jest ok, ale cala rodzina jest pijacka i nei powiem takze mial ku temu zapedy ale po wielu rozmowach opanowal sie, wlasnie temu ze mnie kochal to wiele rzeczy sie zmienilo, ja niechcialam sprzatac za niego, nauczylam go tego, aby widzial rozwalone skarpety i nie mijal spodni na podlodze, gotowac bardzo lubie, ale mimo to on mi pomaga-wie ze to dla nas, a nie tylko dla mnie. (tu chcialabym ci pokazac ze jak sie kocha to idzie sie na kompromis, na zmiany, na to aby po prostu nie obciazac drugiej polowy, bo mieszkamy razem i obowiazki sa wspolne)
gdy zaczelismy mowic o slubie, przede wszystkim my chcielismy je oplacic, gdzies w polowie je oplacilismy, wszytski mi zalatwialismy, rodzice dali nam czesc kasy, matka meza miala zajac sie lokalem w ktorym pracowala i miala zapewnic kucharki(my wszytsko kupilismy, caly towar, alkoholi my) meza przekonalam do slubu w kosciele, z powodu miedzy innymi ze ja w cerkwi nic nie rozumiem(nigdy nie bylam) poza tym mialam corke juz ochrzczona w kosciele wiec chcialam aby byla jedna wiara. gdy przyszlo sie zaprosic dziadka przyszlego meza... 2h krzyczal ze slub powinien byc w cerkwi ja plakalam ale nie dalam sie przekonac, maz to rozumial, nie zmienil swojej wiary, slub byl w kosciele, on nadal jest prawoslawny, dzieci(mamy syna) jest ochrzczony w kosciele.
wiem jedno i wiem to juz po jedynych 3latach malzenstwa z rodzina tez sie bierze slub, nawet jesli jest daleko. ich problemu beda waszymi, widzisz ja nie mam problemu ze swietami bo mamy w oddzielnych terminach, nawet jak sie zbiega to swieta trwaja przeciez pare dni wiec jezdzimy i do tej i do tej rodziny. i nie wyobrazam sobie tego, przeciez maz tez ma swoja rodzine, choc jezdzimy do wojka i cioci meza, matki maz sie wstydzi

wiem jedno ona bedzie ci wypominac ze sie przeprowadzila za toba, ale zauwaz ile ty mozesz wypomniec?
ze malo co nie zerwales kontaktu z rodzina
ze masz ciagle konflikty przez nia z rodzina, a ona niechce tego zalagodzic
ze odebrala ci mozliwosc mieszkania w domu(wedlog mnie to lepsze niz mieszkanie w bloku)
ze zerwales kontakt ze znajomymi dla niej
ze sprzataz za nia, nawet rzeczy ktore ty nie powinienes nawet widziec!
poswieciles swoje mazenie o zareczynach

powiedz czy twoje zycie nie jest gorsze od kiedy ja poznales?
wedlog mnie ten zwiazek cie zabije-wiem co mowie.

22

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

Wiesz co,mi się jedna myśl nasunęła - czy twoja narzeczona, skoro nie widzi problemu w sprzątaniu, nie zaniedba dziecka ? nie przewinie, nie umyje, a jesli, to pieluchy rzuci w kąt. nie zadba o ciepłe ubranie, odpowiednie jedzenie.a jeśli będzie miała pretensje,żebyś się wtedy nie wtrącał,bo jest matką i wie lepiej? pomyśl, czy w twoim odczuciu nadaje się na matkę.
wiem, że trudno rozstać się z kimś po tak dlugim czasie i przed planowanym ślubem. z wielu powodów. ale większość z nich nie będzie ważna za rok,5,10 lat. a jeśli weźmiecie ślub,to będzie trudniej, przecież rozwód w zasadzie nie wchodzi w grę w kościele.
powodzenia życzę i trzymaj się chłopie smile

23 Ostatnio edytowany przez Kazina (2011-05-25 14:27:20)

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

Witam, jestem w szoku po przeczytaniu Twojej historii, ale po kolei
- nie wiem czy upokorzyłeś ją, pewnie tak w jej odczuciu, dla mnie natomiast nie byłoby to upokarzające
-masz prawo oczekiwać ślubu kościelnego, tak czujesz, tego potrzebujesz i ona powinna to uszanować, szczególnie, że dałeś jej wybór jak to ma wyglądać
-nie musisz się oglądać na swoją rodzinę jej poglądy czy potrzeby, ale ja osobiście nie mogłabym tak postąpić i wydaje mi się, że Ty też, pamiętaj, że rodzice robią dla Ciebie wiele, mimo, że są trochę hmmm zaborczy, albo przynajmniej byli, moim zdaniem teraz się zmieniają.
Jest jeszcze jedna opcja ryzykowna, ale jest, zrezygnuj ze ślubu i mieszkaj z nią dalej przez jakiś czas, zobaczysz wtedy czy coś się zmienia w niej czy jeszcze bardziej będzie chciała Cię "zpantoflować"
a tak w ogóle uważam, że problem tkwi w tym, że ona jest starsza (nie jestem przeciwna takim związkom, wręcz je popieram) ,ale tutaj Twoja partnerka się szarogęsi, bo uważa, że jest starsza, mądrzejsza i do tego nie wychowana "w konserwatywnej, żołnierskiej rodzinie", uważa się za wielce nowoczesną i nie będzie się zniżać do maluczkich zabobonnych istotek, bo to wstyd, tak myślę, ze ona się wstydzi Twojej rodziny, która jej zdaniem poprzez swoją religijność jest zacofana, przy takiej wielkiej Pani z miasta co to nawet sprzątaczki i praczki potrzebuje.
i jeszcze jedno, ten dom, który chcą wybudować rodzice, ona się wtrąca bo nie chce żebyś był samodzielny, żebyś coś włożył w ten związek. Ona wręcz chce Cię ubezwłasnowolnić, a z Ty jesteś miłym, sympatycznym chłopakiem to pewnie jej na to pozwolisz (to kwestia wychowania zarówno jej- walcz o swoje, jak i Twojego- bądź dobry dla bliźnich, czasami trzeba pocierpieć)
Co do kwestii dzieci, zgadzam się z przedmówczynią.

24

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

wlasnie plusy slubu w cerkwi
rozwod cerkiewny dostaje sie o wiele latwiej niz koscielny, nawetpare razy:P moze dla tego tak jej zalezy na tym slubie-zart:P
a poza tym, osoby prawoslawne bardzo trzymaja sie swojej religi, niechca po prostu zeby zaginela i nas katolikow traktuje sie jak przeciwnikow a to przeciez tylko pare spraw rozni te religie.

25

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

Może mój post był nieco za ostry, ale mam wrażenie, ze wasz związek przechodzi powazny kryzys lub umiera śmiercia naturalną, radziłabym szczerą rozmowe o tym czy warto być razem, bo mam wrazenie że wiecej zaczyna was dzielić niż łączyć.

26

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

Długi czas myslałęm co napisac w twojej sytuacji. Przedstawie Ci mój pogląd na ten temat i nie bedzie on dla Ciebie podnoszący na duchu. Bedzie to moja szczera opinia na temat Twojej sytuacji

Mrok napisał/a:

Witam!

Nie praktykuję takiego sposobu rozwiązywania własnych problemów - niestety w chwili obecnej nie mam takiej możliwości by z kimkolwiek porozmawiać o swoim problemie ( z osobami mogącymi spojrzeć zupełnie neutralnie na tę sytuację). Na wstępie też dodam, że post będzie długi i być może chaotycznie napisany - od kilku dni mam kompletny mętlik w głowie i ciężko mi zebrać myśli w spójną całość.

Mam na imię Michał, mam 25 lat w tym roku kończę studia, a za 3 miesiące mam stanąć na ślubnym kobiercu. Moją partnerkę (narzeczoną) znam od 5 lat, od 4.5 jesteśmy parą a od 2.5 roku jesteśmy w narzeczeństwie - to sporo czasu by kogoś poznać, by zweryfikować swoje uczucia, by wiedzieć jak chce się spędzić resztę życia z druga osobą. Między mną a moja narzeczoną jest 6 lat różnicy - w tym roku skończy 31 lat. Oboje pochodzimy z zupełnie różnych środowisk, ja jestem jedynakiem pochodzącym z konserwatywnej rodziny katolickiej (w dodatku moja mama jest z zawodu i wykształcenia KATECHETKĄ), ona natomiast ma 2 rodzeństwa (jest tą "średnią") jej rodzice są 2 różnych wyznań po ślubie cywilnym (jej mama jest wyznania prawosławnego, tata katolikiem - oboje od wielu lat są niepraktykujący - "najstarsza córka" jest wychowana w prawosławiu, "średnia (moja narzeczona)" ma przyjęte sakramenty częściowo w prawosławiu a częściowo w kościele katolickim, a ich najmłodszy syn jest w pełni katolikiem). to tak po krotce zobrazowanie różnic - między środowiskami z jakich oboje pochodzimy

Poznaliśmy się 5 lat temu za pomocą gry internetowej (oboje byliśmy w tamtym czasie po poprzednim nieudanym związku i by nie myśleć i zabić czas - klikaliśmy w necie w co popadnie), przez pierwsze 0.5 roku dożo ze sobą rozmawialiśmy za pomocą Gadu-Gadu, pisaliśmy po klika godzin dziennie o wszystkim i o niczym, plany marzenia, wyobrażenia przyszłego życia, w końcu zdecydowaliśmy się na pierwsze spotkanie (nie było ono łatwe - dzieliło nas 230 km). To ona przyjechała do mnie i wtedy - dla mnie już było za późno - zatraciłem sie w niej, wszystko inne nie miało znaczenia, gdyby powiedziała bym rzucił sie pod pociąg - zapytałbym tylko "pod który?". Wiedziałem wtedy, że zrobię wszystko by tylko być z nią - wiedziałem też, że nie będzie to takie proste - odległość, moja rodzina, różnica wieku, różnica w poglądach (mojej rodzinie której już od 1 spotkania moja partnerka nie przypadła do gustu, z racji wieku i poglądu ze to chłopak jeździ do dziewczyny a nie odwrotnie). Ona po pierwszym spotkaniu jeszcze się wahała, miała wątpliwości - które zostały rozwiane wraz z podjęciem decyzji o 2 spotkaniu. Nasze początki były bardzo trudne przez pierwszy rok ciągle zadawaliśmy sobie pytania czy to ma sens, były chwile zwątpienia i to nie raz, chwile kiedy się kłóciliśmy pomimo odległości przez GaduGadu albo przez telefon... spotkania były bardzo rzadkie - 1 spotkanie było w lutym (2 dni razem), 2 w kwietniu (5 dni razem - wykorzystałem wyjazd rodziców), 3 spotkanie w maju (weekend majowy - 3 dni razem spędzone u mojego kolegi), 4 raz spotkaliśmy się na wakacjach w sierpniu (choć ona pracowała wtedy nie było jej stać na opłacenie wakacji - dlatego ja przez 2.5 miesiąca w trakcie trwania sesji pracowałem po 12 - 14 godzin w 3 róznych pracach dorywczych by tylko mieć pieniądze i móc z nią spędzić gdzieś w fajnym miejscu choć te kilka dni). Po tych wakacjach miałem dość ukrywania się i naszej miłości - oznajmiłem rodzicom, że nie zerwałem tej znajomości a co więcej nadal się spotykam i będę spotykał dalej. Doszło do sytuacji w której zostałem zatrzymany przez moich rodziców na dworcu PKP (spakowałem sie kompletnie miałem zamiar porzucić dom rodzinny, rodziców szkolę i wszystkie plany jakie miałem) własna matka błagała mnie na środku dworca na kolanach bym nie opuszczał rodziny - przystali na moje warunki - obiecali nie utrudniać mi kontaktu z kobieta która pokochałem bez pamięci - tak więc nie wyjechałem pozostałem w domu. Od tamtego czasu jeździliśmy do siebie na przemian jeden miesiąc ja do niej na kilka dni, jeden miesiąc ona do mnie (ona mieszkała wtedy w dużym mieście, była świeżo po studiach miała wtedy 26 lat a z domu rodzinnego wyprowadziła się zaraz po maturze - po skonczonych studiach nie miała lekko w pierwszej pracy zarabiała 1400 zł netto i by przezyc byla zmuszona wynajmować 2 pokojowe mieszkanie do spółki z para studentów - sama zajmując pokój przechodni, z kolei spotkania juz u mnie były w moim domu rodzinnym w obecności moich rodziców - bardzo mi zależało by rodzina zaakceptowała mój wybór i moją partnerkę. Mniej więcej przez rok spotykaliśmy się tak jeżdżąc któreś do któregoś - miałem wtedy nawet przyjemność poznać jej rodziców, jej rodzinę, rodzeństwo (nie jest to dużo max 10 osób, w porównaniu z moją rodzina liczaca ok80 - gdzie przynajmniej z 50 osobami trzymamy się naprawdę bliski spotykając sie przynajmniej kilka razy w miesiącu). Jej rodzina to zupełne przeciwstawieństwo mojej, przyjeli mnie nie raz bardzo miło i ciepło, jednak wyznaja zupełnie inne poglądy i wartości niz te z którymi spotykałem sie w mojej rodzinie - miałem juz wtedy w poczatkach naszej znajomości świadomość tego że teściowie mogą sie miedzy soba nie dogadać - jednak liczyłem ze uda mi się to zmienić (uszczęśliwić wszystkich)i miałem przekonanie - że nie bede sie wiązał z moja czy jej rodziną tylko z NIĄ - konkretna kobietą - uznawałem że to tylko i wyłącznie moja sprawa i nikt inny nie ma tu nic do gadania. Wtedy też właśnie - w czasie tego pierwszego roku, naszych spotkań rzadkich ale jednak (nie raz okupionych tonami łez) OBIECAŁEM JEJ zawarcie związku małżeńskiego i dzieci zaraz jak tylko skończe licencjat (chciałem mieć jakiś papier, bałem sie ze po liceum z sama maturą nie bede w stanie zapewnić bytu jej i rodzinie którą założę). Dodatkowo po 1.5 roku naszej znajomości moja ukochana znalazła prace w duzym mieście - niedaleko mojego miejsca zamieszkania (w mieście w którym studiowałem), zdecydowała się na zmianę pracy i miejsca zamieszkania - przeprowadziła się (specjalnie dla mnie), dzięki czemu nie dzieliło Nas już 230 km a 30 km, od tej pory moglismy widywac się w zasadzie codziennie, bardzo często przywoziłem ją do domu rodzinnego - bardzo chciałem by moim rodzice zaprzyjaźnili się z moją partnerką.- niestety w swoich pogladach moi rodzice byli nieugięci - ich stanowisko było i jest takie, że ja mam czas by sie ożenić, a moim celem jest skonczenie studiów - zrobienie licencjatu i magistra. Nie będe ukrywał że od momentu sprowadzenia się mojej ukochanej do moich stron - liczyła ona szybko na pierscionek zaręczynowy, Ja za bardzo nie wiedziałem jak to zrobić - miałem świadomość ze moi rodzice nie zgodzą sie na slub tak szybko, chciałem to zrobić tak jak mnie uczono - poinformować moich rodziców, poinformować jej rodziców, kupic pierścionek, zaaranżować spotkanie obydwu rodzin i poprosić o jej rękę. Dowiedziałem się natomiast od mojej obecnie prawie żony - że gdybym tak zrobił - jej rodzice zwyczajnie by mnie wyśmiali - wyjaśniła mi że jej rodzice zupełnie inaczej podchodzą do tego tematu i nie lubia robić niepotrzebnej szopki, słysząc to tym bardziej wiedziałem że takie spotkanie moich i jej rodziców może byc mieszanka wybuchową - przestraszyłem się tego i troche to spowolniło wykonanie zaręcznym z mojej strony o kilka miesięcy - zresztą heh te zaręczyny odbiegły zupełnie od moich wyobrażeń - skonczyło się na tym, ze w tajemnicy kupiłem pierścionek, i oświadczyłem się tylko jej w wynajmowanym mieszkaniu tuz zaraz po upojnym seksie - czy to było romantyczne? wtedy sądziłem że tak - dziś już mam wątpliwości. Oznajmiłem tylko moim rodzicom po fakcie - że się zaręczyłem - bardzo ich to zabolało i wbrew moim obawom - oznajmili mi że podporządkowaliby się mojej decyzji co do wyboru życiowego mojej partnerki - a bardzo im zależało na uczestniczeniu w takim wydarzeniu jak zaręczny (tłumaczyli się że mają tylko 1 dziecko i dla nich jest to wyjątkowe wydarzenie - w którym ja ich nie umieściłem). I w tym momencie no cóż cos się zaczeło zmieniać - tak czuję - między mną a moja narzeczoną i mna a moimi rodzicami. Nadal kochałem moja narzeczoną, ale wyhamowałem nieco z realizacją naszych wspolnych planów. Tak mijały dni, tygodnie, miesiące - 3 lata odkąd się poznaliśmy - skonczyłem licencjat (dziennie). Moja narzeczona liczyła że weźniemy się do roboty - zorganizujemy ślub, ja sie wcale nie rozmyśliłem od bycia z nią jednak moje myślenie na temat życia i świata - sposób jego postrzegania zaczeło ulegać zmianie, zacząłem się zastanawiac jak utrzymam siebie, ją i nasze dzieci - ona twierdziła że to nie ma znaczenia, że życie "jakoś" samo się ułoży byle być ze sobą razem, mi niestety "jakos" nie odpowiadało, dodatkowo rodzice wrecz wymuszali na mnie kontunuacje (dziennie) studiów - powtarzając że to tylko 2 lata - że zamkne pewien etap w miom życiu, będę wolny i mógł robic co chce iść dalej. Wiedziałem że wybór studiów dziennie nie przejdzie przy mojej narzeczonej - że nie będzie czekała za mną kolejnych 2 lat - sama mi to od pewnego czasu powtarzała - więc w drodze kompromisu by wilk był cały i owca syta - podjąłem studia magisterskie w trybie zaocznym, jednocześnie obiecałem mojej narzeczonej ze sprawy związane ze ślubem pójda w ruch jak tylko znajde w miare stabilną pracę. Niestety rzeczywistość była dość okrutna - moje studia - to studia humanistyczne - pedagogiczne, nie mogłem znaleźc pracy przez 7 miesięcy, w zawodzie oferowano mi 900zł netto przy 42 godzinach pracy tygodniowo - gdzie uwazałem to stanowczo za mało by utrzymac siebie i rodzinę, a co bardziej absurdalne nawet nie chcieli mnie przyjąc do biedronki - twierdząc ze mam za wysokie wykształcenie i że poszukuja osoby która zostanie w tej pracy na stałe a nie dopóki nie znajdzie czegos lepszego. Tak więc nasza sytuacja slubna była przez pewien czas w "zawieszeniu" widziałem że moja 2 połówka strasznie to przeżywa i ma takiej sytuacji dość - tak więc znów by załagodzić sytuację - wbrew zdaniu rodziców, ich wychowania i pogladów zacząłem powoli pomieszkiwac z moja narzeczoną - stopniowo jeżdzac na weekendy zjazdowe na uczelni jak i te wolne, poxniej nawet zostawałem na kilka dni w tygodniu ( ucieszyło ją to bo spedzalismy coraz wiecej czasu ze sobą, poza tym ona od zawsze miała trudności w nawiązywaniu znajomości w tym mieście po przeprowadzce nie miała przyjaciół, nawet znajomych z którymi mogla by iśc na piwo czy komus innemu wyżalić się w rękaw, rozumiałem tę sytuacja i jej uczucia - co to za przyjemność co dzien iść do pracy i wracac do pustego mieszkania w którym jedynym oknem na świat i jakis kontakt z ludźmi był komputer? Tak więc sam uciąłem kontakty praktycznie ze wszystkimi znajomymi i zdecydowałem sie cały własny czas poświęcić jej). Gdy znalazłem pracę - przeprowadziłem się do niej na stałe - i w tym momencie problem ślubu ( problem z moimi rodzicami) rozwiązał sie sam - któregoś weekendu, moim rodzice zaprosili Nas do siebie - siedlismy przy stole i prosto z mostu padło pytanie: Kochasz go?; A Ty kochasz Ja? (potwierdzilismy), tak więc powinniście sie pobrać! (Ta rozmowa miejsce miała w sierpniu rok temu). jedynym warunkiem jaki postawili moi rodzice - było zorganizowanie spotkania by poznać rodziców mojej 2 połówki. I tu pojawił sie problem - moja narzeczona - twierdziła iż jej rodzice nie mają czasu i nie sa  tu potrzebnie, a ślub to sprawa młodych więc jesli "moi" rodzice chca cokolwiek załatwiać - to powinni to załatwiać z nią. No cóz... do listopada probowałem ją nakłonic by zmieniła zdanie - proponowałem że moi rodzice moga jechać do jej (to jest jakies 400 km) skoro oni nie moga sobie na to pozwolic, w końcu sie udało w listopadzie po wielu trudnościach przyjechała do nas jej mama. Było spotkanie - nikt sie nie pozabijał i ustalono kilka rzeczy - że ślub i wesele będzie w tym obecnym roku - moja narzeczona pomimo że był listopad 2010 optowała za tym by wszystko było zorganizowane na marzec... Pomimo tego ze w rodzinie mojej połówki - wesele nie było tradycją i nie miało sensu - jej rodzina liczy max 11 osób, ustalono ze na naszym slubie bedzie wesele - ponieważ w mojej rodzinie panuje taka tradycja i moi rodzice maja zobowiązania w rodzinie - sami byli proszenie na tego typu uroczystości i wypada im odprosić tym bardziej ze jestem ich jedynym dzieckiem. Dodatkowo rodzina połówki jest uboga - wiec w kwestii podziału kosztów moi rodzice ustalili, że płaca za alkohol, fotografa, księdza, obrączki, orkiestre i za swoich gości - tak więc rodzina mojej połowki miała pokryc tylko i wyłacznie koszt talerzyka za siebie nic więcej - osobiście uważam że to dośc sprawiedliwie - choc moja połówka ma do tej pory pretensje - bo ona uważa ze mimo wszystko jej rodzice sa naciągani na niepotrzebne koszta, na które nie moga sobie pozwolić (choć jak jej mama była pytana to przystała na te warunki, nawet słowem sie nie odezwała że coś jej nie pasuje). Z racji tego że cała impreza miała być organizowana w moich stronach - moja rodzina cała organizacje wesela wzieła na siebie. Niestety plan marca nie wypalił z kilku przyczyn a) wielki post nie udziela sie ślubów b) nie mielismy nic w kościele pozałatwiane c) moja mama zachorowała i nie byla wstanie jeździć i załatwiać rzeczy zwiazanych ze ślubem a ja z kolei mialem spory kocioł w pracy (dniami potrafiło mnie w domu nie być). W lutym zebralismy sie w koncu by zacząc organizacje slubu w 2 tygodnie znaleźlismy sale - było cięzko aby znaleźć termin - a spotkałem sie z przypadkiem gdzie sala jest na 5 lat do przodu zaklepana z terminem - mimo wszystko udało sie znaleźć piekną sale w rozsądnej cenie na 14 sierpnia i na chwile obecną wszystko jest zorganizowane i dopięte prawie na ostatni guzik i w czym teraz tkwia moje problemy:

Jak dla mnie dałeś sobie wejść na głowę. Zmanipulować się. Jestes uczciwym i wrazliwym chłopakiem i chcesz waszego szczęścia. Ile ona dołożyła sie do ogranizacji ślubu?? Ile w ym jej zainteresowania. To osoba o bardzo wysokim ego i patrzaca na siebie.  Pozatym za dużo tutaj ambicji Twojej rodziny a nie Twoich samych?? czego Ty oczekujesz od niej?? Ile ona dla Ciebie zrobiła za ten czas co jestescie razem. Powiem szczerze widze dużo większe zaangazowanie z Twojej strony niż z jej. Za bardzo martwisz sie tym co powiedzą inni. A z drugiej strony za bardzo sie angazujesz. Kiedys tam wczesniej na dworcu chciałeś zostawić całe swoje zycie dla niej bo ona była Twoim światem. Oddałeś sie jej i ona Cie ustawiła. Czy to serce?? czy czas spedzany z nia zadecydował?? a moze poprostu jest swietna w łożku?? Brak mi dystansu u Ciebie. Odrzuciłeś kolegów, znajomych zeby spedzac czas z nią...a co dostałeś w zamian?? nic. To samo co przedtem. Jak dla mnie towyglada jak "zrobie dla Ciebie wszystko tylko bądź przy mnie".... Zagmatwane to wszystko. Ty nie chcesz ustapic ale ustepujesz. Zawsze. Jesteś pod nią. Zamiast ją prowadzić Ona ustawia Ciebie. To tak nie działą przyjacielu. Prowadź kobietę... daj jej do zrozumienia ze jest ważna i ze moze liczyc na ciebie ale prowadź ją. Ty jestes facetem. 

Mrok napisał/a:

Moja narzeczona nie toleruje mojej rodziny i moich rodziców - no cóż nie wymagam by ich kochała ale wręcz przy każdym spotkaniu okazuje im antypatię - jak gdyby oni coś jej zrobili specjalnie po złości.

Widzisz bo ona jest z tych co mówi "ja tak chce i tak ma być" a oni wciaz mają duzy wpływ na Twoje zycie i są dla Ciebie autorytetem. Wiec ich udział w Twoim życiu zapewne utrudni jej to aby dostać od Ciebie czego chce.

Mrok napisał/a:

Moja narzeczona rok temu kupiła mieszkanie sama w kredycie - mieszkanie kompletnie do remontu, nie dało sie tam prawie zamieszkac kuchnia cała zarobaczona, meble zgniłe a łazienka pamiętająca czasy gierka... Moja rodzina bez słowa wyłożyła 10k pln na najpotrzebniejszy remont, resztę sam z ojcem własnymi siłami odszykowaliśmny mieszkania - zostały już tylko okna do wymiany - mimo wszystko choc moja 2 połowka jest wszedzie zapraszana czy to do mojej cioci czy wojka czy dziadków - ona na swoje mieszkanie nie chce nikogo na herbatę zaprosić - bo twierdzi że kura domowa nie będzie

I po co to?? skoro kupiła to tylko zaproponuj pomoc. Jesli nie niech szuka firmy na remont. Nic na siłe. Zmuszasz sie, katujesz. Ja bym jej wystawił fakture na to. Jak to wasze wspólne mieszkanie obydwaj na nie pracujecie. Wtedy to doceni. Podziekowała chociaż??

Mrok napisał/a:

Zostawia totalny syf wszedzie, gdzie się nie przewinie tam zostawia ciuchy, nie zmywa naczyc, nie sprzata, nie gotuje, nie prasuje - wszystkie te czynności ja robię - ja rozumiem ze mozna tego nie lubić przeżyłbym to ale ona zostawia za soba za każdym razem tyle syfu że z bezsilności juz płacze w tym aspekcie... nie widziałem jeszcze nigdy dziewczyny która by nie potrafila wywalic do kosza wkładek higienicznych - ja robię to za nią. Próbowałem z nią rozmawiać - prosiłem - bo wiem ze nie każdy musi mieć talent do sprzątania i porządku - więc błagałem ją by chociaż nie robiła bałaganu - niestety rzeczywistość wyglada tak, odkurzam całe mieszkanie, zmywam wszystkie podłogi, ścieram kurze, a 20 min po wszystkim ona robi np herbatę - ups rozleje jej się nawet tego nie zetrze, tylko albo przejdzie nad tym jakby nic się nie stało, albo co gorsze jeszcze w to wejdzie rozdepcze i rozniesie po całym mieszkaniu.

Patrz wypowiedź Katriiny. I po co sprzatasz?? Ty wyremontowałeś mieszkanie Ty je utrzymujesz niedługo jeszcze Twoja rodzina bedzie płacic za nie a ona zyc na Twoim.

Mrok napisał/a:

Wszystkie święta i dni wolne przeznacza na urlop dla swojej rodziny - wiem że widuje sie z nimi bardzo rzadko - rozumiem to mimo wszystko znam wiele osob ktore potrafią w tym temacie nawiązac kompromis, chciałbym chociaż raz spędzic świeta razem z moja rodziną - pokazac jej jak to wyglada u Mnie - niestety nie wchodzi to w grę.

2 tygodnie temu gdy bylismy w USC - zaskoczyła mnie tym, ze nie chce przyjąć mojego nazwiska - nie powiem zabolało mnie to - ale skwitowała "że przecież o tym z nią nie rozmawiałem" - faktycznie przyznaje się moja wina - nie przyszło mi to do głowy - machnąłem ręką mówiąc trudno - to tylko kawałek druku w dokumencie.

Heh... 2 lata temu rodzice - nim jeszcze wyszła wizja slubu - postanowili postawić dla mnie dom - dość duży prawie 400m kwadratowych powierzchni łacznie, aczkolwiek 200m byłoby pod lokale użytkowe pod wynajem a mieszkania 200m na pietrze, działka jest w samym centrum miasta - to chyba najwspanialszy prezent o jakim mozna by bylo marzyc (prezent z rzeczy materialnych) - niestety moja 2 połowka szantażuje mnie że nigdy się tam nie wprowadzi - poniewaz projekt budynku nie był z nia ustalany przez moich rodziców i jak to stwierdziła - "jest to dla niej zniewagą".

I powiedz mi jak zareagowałeś na to?? Wiesz ja bym skakał z radości dostając taki prezent i dokładnie taka sama wizja mi przeszła przez myśl. Połowa pod wynajem połowa na mieszkanie.... Bedziesz głupi jak ta inwestycja pójdzie na marne tylko dlatego że to moze ją "znieważyć"

Mrok napisał/a:

to to sa tylko takie niuanski, które uznaje za małe - nad którymi mógłbym przejśc lub liczyć ze może z czasem przekona sie i zmieni zdanie, ale najwiekszy problem jaki spędza mi sen z powiek narodził się dośc niedawno.... Odkąd tylko się znam z moją 2 połówką ona wiedziała z jakiej rodziny pochodzę, jakim wartościom hołduje nie raz ja i moja rodzina mówilismy jej o ślubie (nawet nie chodzi o wesele) kościelnym... Nigdy nie powiedziała nawet słowem że jest przeciwna, co wiecej zawsze chodziła ze mna na msze. Choć ja nie musiałem to razem zrobilismy kurs przedmałżeński w kościele wraz z zajęciami w poradni rodzinnej. Moja partnerka utrzymuje ze jest w prawosławiu - ale nie jest osoba praktykującą - prawde mówiąc nie kryje się z tym że nienawidzi kościoła i kleru - no cóz... jesteśmy, żyjemy i każdy wie i widzi jacy ksieża są jedni nie wiadomo co tam robią inni faktycznie mają do tego powołanie, ale nie mi to oceniać - ja zajmuje sie swoją wiarą i wlasnym podejściem do Boga i religii. Moja narzeczona miała wybór - gdy szlismy do kościoła prosic o ślub, pójśc ze strony nie wierzącej i niepraktykującej, pójść ze strony prawosławnej lub przejśc na katolicyzm. Katolicyzm odpada - bo według niej "krzyż to bałwochwalstwo" - boli mnie to stwierdzenie ale nie bronie jej prawa do niego kocham ją a nie jej wiarę do ludzi czy Boga... Na strone nie wierząca sie nie zdecydowała - wybrała strone prawosławna - tak więc przed nami staneła wizja ślubu ekumenicznego. No i wszystko okey - ale Ona z prawosławiem tak na dobra sprawe ma tyle wspólnego co z buddyzmem, okazało się ze chrzest i bierzmowanie które przyjmuje sie w prawosławiu jednoczesnie podczas chrztu przyjeła w cerkwi, natomiast komunię świętą w kościele katolickim - co według kościoła prawosławnego - wyklucza taką osobę z grona jego wiernych. tak więc nie rozumiem czemu tak strasznie się upiera na to prawosławie - proponowałem jej że skoro i tak dla niej religia nie ma znaczenia - to by przeszła na katolicyzm - byłoby nam latwiej wziąc slub, łatwiej wychować dzieci, czy starac się dla nich o sakramenty. Tak więc w tym momencie tylko mi zależy na tym ślubie (w formie kościelnej). Skwitowała, że jeśli nie dostaniemy slubu kościelnego - to ona nie będzie stawała na głowie... Niestety problem rodzaju ślubu ma swoje 2 dno - moja mama wykonuje prace Katechetki - naucza religii w szkołach... Zatrudnienie zapewnia jej bezpośrednio Kościół - dając tzw. "Misje Katechetyczną" - i proboszcz parafii, w której pracuje moja mama jasno określil sytuację - jeśli syn katechetki nie będzie postępował według głoszonej doktryny Kościoła, katechetka nie może pełnić swojej roli - tak więc nie bedzię mogła byc dalej zatrudniona. Dlatego z mojej perspektywy - ślub cywilny oznacza utrate pracy przez moją mamę, dla kobiety mającej 50 lat i wykształcenie tylko w 1 kierunku, oznacza to śmierć zawodową - moja narzeczona stwierdziła, że jeśli nawet moja mama straciłaby prace to co wielkiego by sie stało? "najwyzej nie kupiła by sobie nowej pary butów."

Co do Twojej mamy:D hehehehe tylko w polsce moze być taka sytuacja jak ta z jej pracą:D:D:D.. Uwielbiam polski kościół (sam nie praktykuje jak czyjes uczucia religijne obraziłem to przepraszam). No i co z tym masz zamiar zrobić dalej?? Ona nie chce. mama straci prace i co dalej bedzie?? jakie jest Twoje stanowisko. Masz w ogóle jakieś zdanie na ten temat?? to czego chcesz?? Zastanów się na ile jest w stanie ustąpic i ile poświecic by być z Toba przez reszte zycia??

Mrok napisał/a:

Szczerze mówiąc nie wiem co o tym wszystkim myśleć, przez tyle lat razem liczyłem sam ze jakoś miedzy nami a szczególnie miedzy nią a moją rodziną się ułoży... ale w tę sobotę coś we mnie pekło - zrozumiałem że nie jestem dla niej teraz w stanie poświęcić wszystkiego - nie jestem w stanie dla własnego (wątpliwego - bo nikt nigdy nie ma gwarancji) szczęścia - poświęcić wszystkich wpajanych mi wartości rodzinnych i postawić na szali byc albo nie byc prace zawodową własnej mamy.

I bardzo dobrze że nie jesteś bo jesli to co piszesz jest prawdą i jest dokładnie tak jak piszesz to to szczeście naprawde jest wątpliwe

Mrok napisał/a:

Powiedziałem mojej 2 połówce - że jeśli nie dostaniemy ślubu kościelnego - to nie będziemy mogli być razem... nie powiem ciężko mi to przechodziło przez gardło, jej reakcja była bardzo histeryczna (nie dziwię się) stwierdziła, ze nikt jej tak w życiu jeszcze nie upokorzył jak ja tymi słowami, że jestem niesłowny i nie potrafię dotrzymać obietnicy i ze nie może na mnie juz patrzeć, że zmarnowałem jej całe życie... i ze ślubem i wszystkimi sprawami daje sobie spokój - jeśli mi zależy sam wszystko załatwię.

Ta jasne..... babskie histeryczne gadanie..... jestes dobrą partią skoro sie Ciebie trzyma. Swietlana przyszłość przed nia w zwiazku z Tobą a Ciebie najpewniej czeka dół psychiczny i upokorzenie. Wymagaj wiecej szacunku z jej strony do siebie. Z tego co piszesz to TY ciagniesz ten wózek a ona tylko wybrzydza i czeka na rezultaty.... jesli Ci zalezy to sam wszystko załatwisz????? Zmarnowałeś jej zycie?? to od urodzenia jestescie razem i jej zycie skonczy sie razem z Tobą?? - nabrałeś sie na to??

Mrok napisał/a:

To co napisałem, napisałem bardzo chaotycznie - ciezko jest w kilkudziesięciu słowach streścic 5 lat wpólnej znajomości, wpólnego życia i relacji jakie zachodziły między nami... pisząc to wszystko nie szukam i nie oczekuję odpowiedzi jaką mam podjąć decyzje - czy brnąc w to dalej czy dać sobie spokój. Chciałbym jednak usłyszeć opinię czy faktycznie:

- upokorzyłem ją tym stwierdzeniem?
- jestem winny zmarnowania jej życia?
- mam prawo nie ogladac się na swoją rodzinę i decydować o sytuacji zawodowej własnej mamy? (bo w końcu moje życie, moja sprawa)

1. nie nie upokorzyłeś jej, chciałes tego czego naprawde chcesz i to jest dla Ciebie ważne
2. jaki winny?? czego?? chciałes zerwać kontakty ze swoją rodziną, odstawiłes kolegów... gdzie tutaj jakieś szczere "dziekuje" z jej strony. Ty poświecasz swoje zycie dla niej.... I jeszcze masz wątpliwości??
2. odpowiedziałes sobie sam... twoje zycie Twoja sprawa.... Jesli uwazasz ze masz prawo to tak zrobisz... Jeśli uważasz ze nie masz prawa podejmiejsz inną decyzję

Mrok napisał/a:

Boję sie też tego jak będzie wyglądało moje życie po slubie - moja partnerka pod względem zachowania w domu nie jest kobieca - nie zabiega o ciepło ogniska domowego, nawet się nie stara, boje się ze gdy pojawią się dzieci, nie bede miał nic do powiedzenia - do swojej rodziny bede jeździł sam lub walczył ciezko by moją partnerkę wyciągnąc ze sobę (przecież to chore), każdy urlop i wakacje będa spędzane u jej rodziców? a Gdybym chciał dzieciom pokazać kawałek świata - to bez zony? Albo wcale nie będę miał takiej możliwości? Kwestia wychowania religijnego też bedzie tylko na mojej głowie? nie bede miał wsparcia od niej skoro ona nie uznaje religii?

Boje się ze jesli dla niej poświęce wszystkie własne wartości - nie będe szczęśliwy w takim związku, a jeśli nie bede szcześliwy - to czy to sie nie odbije na niej i całej naszej rodzinie? Czy osoba która ma do mnie tyle zalu o ten czas - 5 lat - kocha mnie tak naprawdę - czy już chodzi tylko o to by nie byc "starą panną"?

Mam jeden wielki mętlik w głowie - żywie nadal do tej osoby uczucia choc nie takie same i nie tak intensywnie jak na poczatku naszego związku, wiem jaką dyecyzje podjąc albo wariant A) ide z nią mimo wszystko B) nasze drogi się rozchodzą (bo tak bedzie lepiej). Nie wiem tylko na jakie rzeczy zwrócic uwagę przy podejmowaniu decyzji a nie chciałbym skrzywdzic jej i siebie, jeżeli możecie to doradźcie mi - jak przekonac strasznie upartą osobę chociaż do próby podjęcia kompromisu?

Pozdrawiam

Widzisz moj drogi kolego. Zycze Ci jak najlepiej... I sam trafiłem w zyciu na taką kobietę.... Powiem Ci jak to moze wygladać.  Ty harujesz ona sie byczy, Ty sie poświecasz ona wymaga i tylko w jedną stroną. To nie ona jest winna... to Ty jesteś naiwny i przde wszystkim ZBYT DOBRY dla niej. Bedziesz harował utrzymywał rodzine martwił sie o dzieci... Nie bedziesz miałzycia dla Siebie... i gwarantuje Ci ze zdrada z jej strony wisi tutaj w powietrzu. O ile juz jej nie było.. Jak przekonać?? powiedz mi kim chciałbyś być dla swojej kobiety?? dla swoich dzieci?? Jeśli nie radzisz sobie z jej kaprysami i fochami jak chcesz byc oparciem dla swojej rodziny?? Dla mnie w tym związku jesteś osobą słabszą... Ona poprostu korzysta z Ciebie jak z zywiciela i jeszcze wybrzydza...a ty zaślepiony miłoscią biegniesz, poswiecasz sie i cały czas w koncu ustepujesz żeby spełnic jej wymagania. Zacznij Ty stawiać na swoim.... Pokaż ze masz jaja... Pokaż ze w ogóle niektóre jej fochy Cie nie ruszają... Jesteś facetem wiec nim bądź... A nie słuchaj pierdół i jej głupich manipulacyjnych gadek typu "jak ci zalezy to sam wszystko załatwisz" Gdzie szacunek do Ciebie i do wartości które Ty szanujesz.... Gdzie otwartość i szczerość?? JAk dla mnie to rada jest jedna: uciekaj od niej jak najszybciej... i nie daj sie złapać na nic więcej.... Masz cudowną kochającą rodzinę...chcą abyś wyszedł dla ludzi... Po co kompromis?? czy ona kiedykolwiek zaproponowała kompromis Tobie?? Jakim jesteś wyzwaniem dla niej w zyciu??  JAk dla mnie to powinieneś nią walnąć i iść przed siebie. Wprowadzić sie do nowego domu i rozkręcic biznes o jakim mówiłeś. Wydaje mi sie ze jak załozycie rodzine to bedzie tak mówisz... Ale ostateczną decyzję podejmij sam.. zastanó sie czego chcesz w zyciu i jak ma wyglądać Twoje zycie rodzinne i idź w realizację tego celu. A nie na ustepstwa aby zyć tak jak ktos chce....


Długi post i mocno zagmatwany...duzo faktów mi uciekło wiec za drobne niespójności przepraszam....

27

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

Wszystko zostało już powiedziane ... nie marnuj swojego życia.

28

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...
Markoss napisał/a:

Jesteś pod nią. Zamiast ją prowadzić Ona ustawia Ciebie. To tak nie działą przyjacielu. Prowadź kobietę... daj jej do zrozumienia ze jest ważna i ze moze liczyc na ciebie ale prowadź ją. Ty jestes facetem.

ŚWIĘTE SŁOWA!!!!!!! Kocham facetów (w przenośni,) którzy tak rozumieja bycie mężczyzną! (Mój niestety ma inne zdanie.. sad  )

29

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

przejrzyj na oczy! jeżeli ta kobieta nie umie za sobą posprzątać to jakie będziesz miał życie sprzątając wszystko za nią i jeszcze za siebie? a będzie się umiała potem zająć dzieckiem?? przemyśl dokładnie!

30

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

ufff..... przeczytałam wszystko.
Autorze wątku, dużo racji mają osoby poprzedzające mój post, ale ..... ale........ większość wypowiedzi kreuje z Twojej narzeczonej potwora..... i  mogłabym powielić ich zdanie, postanowiłam jednak że poświęcę chwilę zadumy i okazuję się, że problem leży głębiej niż się wydaje.
Po pierwsze: Twoja narzeczona ma prawo mieć wady i zalety  tak? wobec tego może bałaganić, może być roztrzepana, może mieć gdzieś gotowanie obiadków etc.... i po pięciu latach związku wydawałoby się, że masz tego świadomość i akceptujesz to albo nie............ to chore jest dla mnie skoro takie kwestie są wielkim problemem. Sama jestem bałaganiarą i mam dziecko, które wydaje się powinno mnie zmobilizować od razu do porządku a jednak chwilę musiało to potrwać nim ogarnęłam temat. Wydaje mi się, że jest to kwestia Twoich wyniesionych z domu nawyków - nie mówię, że złych, ale weź poprawkę na to, że nie każdy jest taki sam prawda?  jesteś facetem, narzeczonym, macie 5 letni staż za sobą - powinieneś znać sposoby aby rozwiązać tą kwestię.
po drugie: Ona ma ponad 30 lat a Ty 25 to znaczna różnica zwłaszcza w relacji mężczyzna młodszy od kobiety. Nie uważam, że jesteś nie dojrzały, ale Twoje "świrowanie" o zasadach i priorytetach rodziny powoduje gęsią skórę na moich rękach.....wszyscy piszą tutaj powinna szanować Twoją rodzinę........a Ty szanujesz to, że zapewne doprowadza ją do szału to, że Twoja rodzina uważa się za kogoś "ponad" - wnioskuję to z faktu, iż sam podkreślasz dobra materialne i tradycję i takie tam.... myślisz, że ona nie odczuwa? ja od razu pomyślałam o tym, że pewnie szlag ją trafia jak wspominasz o rodzince która z wielkiej miłości szantażuje Cie emocjonalnie ( mam na myśli chociażby klęczenie mamy Twojej na stacji PKP - to na prawdę jest chore) .Mam syna i wychowuję z myślą, że kiedyś odejdzie do innej kobiety ( wychowuję Go sama) i nie chcę tworzyć tak chorej aury, wiem, że być może jego wybór mnie nie zachwyci, ale ważne aby ON czuł się szczęśliwy i wiedział, że na mnie może liczyć. Uważam, że Twoi rodzice również chcą Ci to dać - ale nie odcieli pępowiny..... wiesz dla dorosłej kobiety jest to trudne.... akceptacja faktu, że w ich wspólnym życiu zawsze coś do powiedzenia będą miały osoby trzecie ( w tym wypadku Twoi rodzice).
po trzecie: fakt przegięła mówiąc o Twojej mamie, ale sam pomyśl czy to nie jest chore? że proboszcz narzuca takie warunki????? idiotyzm!!!!! trudna sytuacja, tzn. że musisz się strzec jak ognia rozwódek bo to już trendowate skazane na wygnanie........ masakra po prostu wymagasz zrozumienia od swojej kobiety ale nie dziwię się jej, że ona nie rozumie chorego systemu.......
po czwarte: rodzice kupili mi dom..... wiesz.......? ja też nie chciałabym tam mieszkać:) Ona jest dorosła i niezależna Ty jeszcze mimo iż bardzo dojrzale patrzysz na świat jesteś jeszcze w innym etapie myślowym........... może się mylę ale jak odciąłbyś pępowine i faktycznie pomyślał męskim tokiem to zrozumiałbyś o co jej chodziło z tymi pretensjami:)
po piąte: uważam, że jak na swój wiek super myślisz, ale granicy wieku nie przekorczysz niemniej trzymam kciuki i mam nadzięję, że pokazałam Ci troszke inną stronę sytuacji.

31

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

UFF KGB

Celne wnioski !!!!

32

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

Huuuuh... dziś jadąc kolejny dzień do pracy, kolejny raz mijam jej mieszkanie, park do którego często chodziliśmy, sklep w którym kupowałem dotychczas bułki na nasze sniadania... zadziwiające że właśnie teraz człowiek sobie o takich rzeczach przypomina :] W dodatku dziś są jej urodziny, zerwałem się wcześniej z pracy, prezent miałem już kupiony i pojechałem do jej mieszkania (klucze mam) chcialem zaczekać na nią i pogadać, w mieszkaniu znalazłem wszystkie dokumenty slubne - które powinna dostarczyć do swojej cerkwi (w sumie o to sie głownie rozeszło, na tym przelała się czara goryczy) - tak jak mi powiedziała wtedy "że jeśli mi zależy na ślubie to sam się od teraz wszystkim zajmę" - tak też zrobił - nic nie wysłała, a myślałem że mimo wszystko przemyśli sprawę, że powiedziała to w gniewie... no i wyszedłem :] Inny termin musze wybrać na tę poważną rozmowę a ustosunkowując się do waszych wypowiedzi to

marena7 napisał/a:

Opisałeś ją w taki sposób, że ma sie ochotę powiedzieć "a cóż to za potwór?". Jednak skoro jestes z tym "potworem" 5 lat to musi mieć ona i jasną stronę. Chyba, że najważniejszą dla Ciebie sprawą jest dotrzymywanie obietnic, bez względu na koszty jakie ponosisz. Dotrzymywanie obietnic to piękna cecha, ale w przypadku wiązania się z kimś na całe życie, to lepiej złamać obietnicę, niż dotrzymać jej i skomplikować zycie sobie i dziewczynie.

Dziś też sobie zadałem to pytanie - oczywiście że to nie jest potwór, po prostu jesteśmy zupełnie inni, ona nie chce się zmienić w żadnym aspekcie życia, ja już mam dość zmian siebie kosztem innych i samego siebie, a co do tych pozytywnych cech jakie miała - nigdy mnie nie obraziła, nie oceniała, akceptowała wszelkie moje wady i ułomności, wspierała radą i dobrym slowem gdy miałem własne problemy, od czasu do czasu potrafila zrobić miłą niespodziankę, chciała mieć ze mną dziecko - czułem się tym wyróżniony

marena7 napisał/a:

Masz wyrzuty sumienia na myśl, że mógłbyś ją zostawić, bo "....poza mną, jakie inne ma perspektywy na założenie rodziny?..."  Co to ma znaczyć???? Jesteś jedyny, który ją zechciał?
Może uważasz, że 31-letnia kobieta jest juz tak stara, że wszelkie szanse na rodzinę ma za sobą?

Nie jedyny i nie uważam że jest stara (różnica wieku nigdy mi nie przeszkadzała - nie była dla mnie aż tak wielka) tym bardziej za stara... problem w tym, że przez ostatni rok powtarzała mi - że jeśli w tym roku nie zajdzie w ciąze - to potem nie chce starać się już o dzieci - bo nie chce być jak to określiła "babcią dla swoich dzieci". Jeśli jest aż tak bardzo uparta - to nie widze dla niej perspektyw na założenie rodziny nawet z innym mężczyzną.

marena7 napisał/a:

Piszesz, że narzeczona nie znosi Twojej rodziny. Przecież nie jest to dziwne, od początku nie była akceptowana, bo starsza i to Ona przyjechała do chłopaka (co pewnie stawia pod znakiem zapytania jej moralność). Zastanawiam się jak musiała się czuć między wami. Ona, od młodych lat samodzielna, niezależna, nie związana z żadną religią, nie posiadająca zastępu ciotek i wujków za plecami, za to posiadająca ubogich rodziców nieprzywiązujących wagi do ceremoniałów.
Nie wierzę, że skoro jest inteligentna i bystra, nie dostrzegała sygnałow braku akceptacji, a to bardzo boli, szczególnie boli gdy się wie o Twojej symbiotycznej więzi z rodzicami.

Ładnie to opisałaś - nigdy w ten sposób nie myślałem - większość z Nas postrzega innych własną miarą, nie wiem jak mogła się czuć, nigdy mi nie mówiła o tym - tylko w takim razie to by tez oznaczało - ze aby czuła się dobrze (jeśli sie się czuła w otoczeniu mojej rodziny) to powinna szukać kogoś z podobnymi korzeniami... albo ja powinienem odciąć własne. Może o to jej chodziło... Tak czy siak z racji pracy jaką wykonuję - obracam się w bardzo róznych środowiskach - gdzie bym nie poszedł nigdy nie czułem się źle - ale każde z Nas jest inną osobą.

marena7 napisał/a:

Myslę, że nie tylko Ty masz wątpliwości co do slubu. Myslę, że Twoja narzeczona równiez je ma, byc może nawet większe niż Ty. Byc może demonstruje je swoim zachowaniem, niepodejmowaniem domowych obowiązków, decyzją o nieprzyjęciu Twojego nazwiska, odmową zamieszkania w luksusowym domu, który wybudowali dla CIEBIE Twoi rodzice (co za kontrast z jej zarobaczonym i zrujnowanym mieszkaniem, które SAMA sobie kupiła), jej irracjonalnym uporem w sprawie prawosławia, które powoduje, że slub w Kosciele staje się niemożliwy, a to z kolei rujnuje życie Twojej matce, katechetce.
Chyba przyszła pora, żebyście z narzeczoną siedli i poważnie porozmawiali o Was, Waszym związku i Waszej przyszlości. Czy jeszcze tego chcecie, czy to jest wogóle możliwe. Jeszcze ślubu nie było, jeszcze kazde może pójść swoją drogą bez większych problemów.

Ten dom nie jest wybudowany - dopiero projekt jest ukończony, ale mniejsza z tym... szczerze mówiąc to w tym momencie - to co piszesz to dla mnie czarna magia... Z reguły lubie konkretne sytuacje - jeśli coś robiło się nie tak - bo nie raz mieliśmy kryzys z jakiegoś powodu (głownie niedogadania) - to zawsze starałem się rozmawiać, wyjasniać i rozwiewać wszelkie wątpliwości - a to co Ty opisałaś to móglbym odbierać jako okłamywanie mnie i robienie w balona bo nie widzę sensu wymagać  od kogoś ślubu i dotrzymania obietnicy, jednocześnie robiąc wszystko po złości i na przekór tylko po to by zaznajomić jakiś problem - który jest tajemnica dla mnie.... nie ogarniam tego i nie kupuje...

graka napisał/a:

Poza tym piszesz o ślubie kościelnym. Plany w sprawie ślubu były już dawno, wiec czy wtedy nie zostało ustalone jaki to będzie ślub?

O ślubie i o weselu - rozmawialiśmy już w 1 roku znajomości, nie ukrywałem nigdy przed nią że z mojej strony będzie wręcz wymagany ślub kościelny ze względu na tradycję, i mój stosunek do wiary jak i chęć wzięcia ślubu... a co do ustaleń, jak pisałem w listopadzie 2010 - po zapoznaniu moich rodziców z jej mamą - jej mama sama wyraziła pogląd że należaloby przyjąc wole przyszłego męża a nawet przejść na jego wiarę... Moja 2 połowka natomiast chciała zrobić układ z moimi rodzicami - że jeśli oni zorganizują wesele w marcu 2011 - to ona przejdzie na wiarę katolicką - niesety jak pisałem od gródnia do lutego moja mama cięzko zachorowała - ja miałem kocioł w pracy i nie było osoby która mogła by zająć się organizacją tego wszystkiego - dodatkowo marzec to czas wielkiego postu - wiec nie udziela sie slubów w kościele katolickim... tak więc plan ten nie wypalił... dopiero w lutym jak było troche wolnego a mama wydobrzała - bylismy w stanie zając sie organizacją wszystkiego związanego ze ślubem - wszystko na 14 sierpnia zostało zaklepane... Moja połówka zajeła stanowisko - że skoro "wszyscy mają ją i jej zdanie gdzieś" - to nie przejdzie na katolicyzm, tylko pozostanie przy swojej prawosławnej wierze... i teraz tu jest dla mnie troche absurd bo: Moja narzeczona w cerkwi była raz - podczas chrztu (na chrzcie dostała również bierzmowanie - tak jest w prawosławiu)... w szkole podstawowej poszła z klasą normalnie do komunii do kościoła Katolickiego (przyjęcie komunii w kościele katolickim przez prawosławnego = z wystąpieniem z wiary prawosławnej). Tak więc nie wiele ma wspólnego z tymi religiami prócz sakramentów... gdy się zapytałem jej dlaczego nie chce zmienić wiary - żeby było nam łatwiej ten ślub wziąść - to stwierdziła, że chce zachować tradycję ze względu dla mamy (tylko dla mnie tradycja = powtarzanie pewnych obrządków, uczestniczenie w życiu religijnym swojego kościoła), a gdzie tu tradycja jak jej mama od 30 lat jest niepraktykująca w swojej wierze?...

graka napisał/a:

Ponadto dziwi mnie pytanie , że zastanawiasz się jak utrzymasz ją i dzieci? Czy ona posiada pracę? Z tego co zrozumiałam kupiła mieszkanie ( wiem , że do remontu) , ale jednak. Poprzez to wydarzenie nie wydaje mi się by była paniusią oczekującą pieniędzy od swego Pana. A z resztą halo mamy 21 wiek. Ja osobiście nie mam koleżanki którą utrzymywałby mąż/ narzeczony itd  Nawet w razie urodzenia dziecka i  bycia z dzieckiem istnieje świadczenie macierzyńskie. A na potwierdzenie tego , że wydaje się być niezależna świadczy nawet to, iż nie zamierza zmieniać nazwiska.

Wiem że jest 21w. i choć wiem że w naszej obecnej sytuacji nie móglbym sobie na to pozwolić - to chciałbym z własnej pracy utrzymać całą rodzinę - bo uważam że dla dzieci byłoby lepiej gdyby ktoś się nimi stale zajmował (w okresie dorastania - moi rodzice się dorabiali praktycznie nie było ich w domu, a ja co dzień odgrzewałem sobie obiad w mikrofali i jadłem sam w pełnej ciszy - nie mam o to żalu bynajmniej do nich ale wolałbym by było inaczej), a czy oczekiwała pieniedzy - niby nie choć jak były na wyciągnięcie ręki to nigdy nie odmawiała.

syla135 napisał/a:

widze ze ty mimo 90% opini zebys ja zostawil bo sie to nie uda i tak bronisz ja. chcesz nas-czytelnikow przekonac czy siebie ze jest ona ok??

Zakladając wątek nie o to mi chodziło - bo w sumie nie uważam żeby ona nie byla ok (w sensie że jest złą osobą)... Powoli dociera do mnie, że dziela Nas zbyt duże różnice - a ja miałem nadzieję że te różnice da się zatrzeć, zniwelować - chyba się przeliczyłem... a zakładając ten wątek sądziłem że zostanę hmmm raczej zjechany - coś w rodzaju kubła zimnej wody - "że niby czego to ja oczekiwałem?" i chciałem uzyskać odpowiedzi na te pytania - które wykrzyczała mi w twarz - bo szczerze mówiąc nie czułem się jakoś specjalnie winny ani zmarnowania jej życia, ani tego że ją upokorzyłem - ale sądziłęm, że może ze mną jest coś nie tak - że może powinienem czyć się winny tego wszystkiego i tym samym chciałem się zapytać o odczucia innych kobiet.

syla135 napisał/a:

dodatkowo mysle ze z jakiegos powodu(podejzewam ze powodem jest ona) zle o sobie myslisz:
bo jestes grubszy
bo mniej inteligentny
bo ma wiesza palete argumentow
poza tym twoja samoocena jest niska mysle ze z tego powodu ze:
nigdy twoje zdanie sie nie liczy
zawsze ona robi i tak jak ona chce

Sugerujesz że mam jakiś problem ze sobą?

syla135 napisał/a:

powiedz czy twoje zycie nie jest gorsze od kiedy ja poznales?

Cieżko powiedzieć... pod pewnymi względami zdecydowanie stało się trudniejsze.

Katriina napisał/a:

Wiesz co,mi się jedna myśl nasunęła - czy twoja narzeczona, skoro nie widzi problemu w sprzątaniu, nie zaniedba dziecka ? nie przewinie, nie umyje, a jesli, to pieluchy rzuci w kąt. nie zadba o ciepłe ubranie, odpowiednie jedzenie.a jeśli będzie miała pretensje,żebyś się wtedy nie wtrącał,bo jest matką i wie lepiej? pomyśl, czy w twoim odczuciu nadaje się na matkę.

Od kilku miesięcy zastanawiałem się jak to by mogło wygladać i w takim stanie rzeczy jak jest to obecnie - nie widziałem tego nie byłem w stanie sobie wyobrazić - ale jak już pisałem, liczyłem że się zmieni ona a w ostateczności uważałem że jestem przewrażliwiony i wyolbrzymiam problem.

syla135 napisał/a:

wlasnie plusy slubu w cerkwi
rozwod cerkiewny dostaje sie o wiele latwiej niz koscielny, nawetpare razy:P moze dla tego tak jej zalezy na tym slubie-zart:P
a poza tym, osoby prawoslawne bardzo trzymaja sie swojej religi, niechca po prostu zeby zaginela i nas katolikow traktuje sie jak przeciwnikow a to przeciez tylko pare spraw rozni te religie.

Hmmm ślub ma byc w KK a nie cerkwi to raz, dwa - byłbym w stanie wziąć nawet ślub w cerkwi - bo w końcu to inny obrządek ale wierzymy w tego samego Boga - tyle tylko że ona nie praktykuje w prawosławiu - więc nie widziałem sensu by zmieniać wiare dla osoby niepraktykującej, poza tym jak juz pisałem jej w cerkwi nikt ślubu nie udzieli - bo przyjeła komunię w KK...

Niobexxx napisał/a:

Może mój post był nieco za ostry, ale mam wrażenie, ze wasz związek przechodzi powazny kryzys lub umiera śmiercia naturalną, radziłabym szczerą rozmowe o tym czy warto być razem, bo mam wrazenie że wiecej zaczyna was dzielić niż łączyć.

Bynajmniej tak nie uważam - nigdie też nie pisałem że jestem Twoją wiadomością wstrząśniety czy zmieszany ;-)

Markoss napisał/a:

Zamiast ją prowadzić Ona ustawia Ciebie. To tak nie działą przyjacielu. Prowadź kobietę... daj jej do zrozumienia ze jest ważna i ze moze liczyc na ciebie ale prowadź ją. Ty jestes facetem.

Zapamiętam to sobie, bo jest w tym dużo racji... a czemu wczesniej tak nie robiłem? Bo to w sumie pierwszy tak poważny i dalece zaawansowany związek - nigdy wcześniej niczego takiego nie przeżyłem, poza tym ona - zawsze chciała partnerstwa we wszystkim, a nie prowadzenia przez kogoś.

Markoss napisał/a:

I po co to?? skoro kupiła to tylko zaproponuj pomoc. Jesli nie niech szuka firmy na remont. Nic na siłe. Zmuszasz sie, katujesz. Ja bym jej wystawił fakture na to. Jak to wasze wspólne mieszkanie obydwaj na nie pracujecie. Wtedy to doceni. Podziekowała chociaż??

Mieszkanie jest jej - ale mieliśmy z niego razem korzystać przez kilka pierwszych lat (póki nie zostanie zakończona budowa), a czy podziekowała - cóż - tak powiedziała dziękuję moim rodzicom, ale nigdy ich nie zaprosiła do siebie mimo wszystko ani nikogo innego z rodziny mojej (swoją od razu sprowadziła po 3 miesiącach by zobaczyli jak mieszka), choć nie tylko moi rodzice współfinansowali ten remont.

Markoss napisał/a:

Patrz wypowiedź Katriiny. I po co sprzatasz??

Wiesz - starałem się nie sprzątać... pomimo że jestem leniwy - to nie wytrzymywałem dłużej w brudzie i brałem się za robotę... poza tym wstyd mi było kogokolwiek zaprosić - często a to ktoś z gazowni, wodociągów, energetyki sąsiedzi z jakąs sprawą wpadali - wstyd mi było kogoś prosić i pokazywać jak mieszkam (gdy nie było posprzątane).

Markoss napisał/a:

I powiedz mi jak zareagowałeś na to?? Wiesz ja bym skakał z radości dostając taki prezent i dokładnie taka sama wizja mi przeszła przez myśl. Połowa pod wynajem połowa na mieszkanie.... Bedziesz głupi jak ta inwestycja pójdzie na marne tylko dlatego że to moze ją "znieważyć"

Byłem bardzo zdziwiony jej reakcją - może źle myślę ale podchodząc do czegoś takiego zdrowo-rozsądkowo, to opcja sama zarabiająca na siebie i cholernie ulatwiająca życie. Sądziłem że moja 2 połówka się z tego ucieszy - a ona wręcz przeciwnie - nie potrafiłem i nadal nie potrafię tego zrozumieć... Chyba że sam nie wiem - nie chce swoich rodziców urazić? Bo oni jej tego dać nie moga? Ale ja nigdy nie wysuwałem postawy roszczeniowej - do jej rodziców - co oni dadzą! Wiedziałem jaka jest ich sytuacja - akceptowałem to i cieszyłem się, że są mili w stosunku do mnie. To mi wystarczało.

Markoss napisał/a:

Widzisz moj drogi kolego. Zycze Ci jak najlepiej... I sam trafiłem w zyciu na taką kobietę.... Powiem Ci jak to moze wygladać.  Ty harujesz ona sie byczy, Ty sie poświecasz ona wymaga i tylko w jedną stroną. To nie ona jest winna... to Ty jesteś naiwny i przde wszystkim ZBYT DOBRY dla niej. Bedziesz harował utrzymywał rodzine martwił sie o dzieci... Nie bedziesz miałzycia dla Siebie..

I tego sie własnie obawiam, że tak będzie - bo nie widze żadnej chęci zmiany u niej - a gdy próbowałem z nią o tym nawet porozmawiać - to jej jedyne wytłumaczenie - to "po prostu mam dość czekania na Ciebie i nic mi się nie chce"

Nic... teraz w zasadzie tylko się zebrać w sobie i to skończyć - tylko że ciągle sie czegoś niepotrzebnie doszukuje i nawet jak o tym myśle i przestaje być mi jej żal... to żal mi jej rodziców - bo wiem że pewnie też chcieliby by była szczęśliwa i ułożyła sobie w końcu życie... omg... cieżki ze mnie przypadek :/

33 Ostatnio edytowany przez Aga30 (2011-05-25 22:38:23)

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

Moment, napisałeś, że poza Tobą ona ma marne szanse na założenie rodziny??? No powiem Ci, że jeśli Ty masz o niej takie zdanie, to nie dziwie się, że jest dla Ciebie wredna.
Naprawdę miło z Twojej strony, że chcesz ją wybawić z perspektywy wiecznej samotności. Myślę, że Kościół jest zadowolony, wszak okazywanie miłosierdzia, litości i współczucia to jedne z podstawowych założeń.

34 Ostatnio edytowany przez maja 84 (2011-05-25 22:59:52)

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

Tez mam mieszane uczucia do tej sprawy , tak jak i Ty.
Związek dojrzałej dorosłej kobiety i chlopca, bo wybacz jak sie poznaliscie byles jeszcze chlopcem całkowicie zaleznym od rodziców,między wami byla przepasć dojrzalości i to troche smieszne wymagać zobowiązń co do slubu od dwudziestolatka.Miala na ciebie poczekać, ale jak? nie pozwalając Ci skończyć dziennie studiów? wybacz egoistka straszna.
Właściwie dorastałeś w tym związku a może nie dano Tobie dorosnąć, bo cały czas jesteś tu miedzy mlotem i kowadłem, starasz się to jakoś poukladać zeby bylo dobrze, nie będzie dobrze skoro dotychczas dobrze nie było, bedzie na chwile, potem sytuacja wróci do normy.
Ja rozumiem ,że na początku nie czuła sie akceptowana i to z pewnością bolało, ale jednak rodzice zaakceptowali ja z czasem, natomiast ona ich nie. Nie wybaczy i koniec! Dochodzi tu nawet do absurdalnych sytuacji, nie chce domu bo nikt nie ustalił z nią projektu a jednocześnie bierze pieniądze na remont SWOJEGO mieszkania od Twoich rodziców( nawet ich tam nie zaprosicie) stawia rodzicom absurdalne warunki - slub w marcu inaczej nie przejdzie na kotolicyzm to co ona jakąś łaskę Wam robi? Co to za szantaz? Poprzewracało jej sie w gowie bo za dobry jestes, jest bardzo pewna związku totalnie cie nie szanuje i nauczyla sie Toba manipukować, zrobila z Ciebie slużącego ale Twoi rodzice sa niesubordynowani?
Myslę, że ta cała sytuacja ze slubem to jej odwet na Twojej mamie, bo właściwie rodzaj slubu jest jej obojetny,wychodzi z niej zawiść, kompleksy i zupelny brak szacunku i do Ciebie i do rodziców.
W tej chwili to co robi to też manipulacja Twoimi uczuciami, powinieneś sie postawić, bo już tu nie chodzi o Ciebie, możesz za nią latać ze ściereczką i jej przytakiwac,Twoj cyrk Twoje małpy, ale chodzi o Twoją mamę, nie możesz dac zgody na krzywdzenie matki!
Rzeczywiście w jednym sie zgadzam o weselu rodzice, powinni rozmawiać z nią bo to 30 letnia kobieta, która od lat nie mieszka z rodzicami  może sie poczuć upokorzona,  zobacz sam jak to absurdalnie brzmi przecież to Ty powinienes z nią rozmawiać a nie rodzice. Tak samo w kwesti slubu, nie rodzice mówią pobierzcie sie ale to ty się oświadczasz! Chociaż to jej parcie na slub jest jeszcze gorsze.
Nie jej winą jest to ,że jej rodzice są ubodzy, nie Twoją zasługą,że Twoi do czegoś doszli i tu nie powinno byc tematu.Jej agresja wynika z kompleksów i tyle.
Jak to będzie wyglądać?
- do rodziny jeździsz sam,
- świąt z rodziną nie spędzisz, ale tu nie pojedziesz też do jej rodziny, święta robicie sami w domu.
- dom rodzice moga wybudować dla wnukow
- sprzątasz, prasujesz, gotujesz itp taki kur domowy
- jeżeli calkowicie nie uzależnisz sie od rodziców, nie zaczniesz radzić sobie zupełnie sam, zawsze będzie małym chlopcem i bedziesz mial gromne zobowiązania.
- to,że rodzice Ci pomagają to tylko ich dobra wola, nie muszą tego robić szcególnie jeżeli nikt tego nie docenia.
- zainwestowałeś w jej mieszkanie i to jest podobno Wasze mieszkanie, sam może poprosić kogo chcesz, najwyżej wyjdzie z domu!
Jeżeli teraz sie nie postawisz nie powiesz stop i nie doprowadzisz do konstruktywnej rozmowy bedziesz miał bardzo ciężkie zycie, bo zawiść, mściwość, upór to nie są dobre cechy charakteru a zdolność do manipulacji Tobą mają i rodzice i narzeczona.Tylko czy ona rozumie co to rozmowa czy tylko stawia warunki?
Odpowiedz sobie co Ty chcesz ( nie rodzice!), co Ty o tym myslisz, co Ty czujesz a potem przedstaw jednej i drugiej stonie, jeżeli nie radzisz sobie z retoryką narzeczonej napisz do niej, bo jeżeli nie poprawi sie przed slubem po slubie będzie tylko gorzej.
Ja mysle, że dopiero dojrzewasz do załozenia rodziny ale calkiem gotowy na to nie jesteś. i nie będziesz dopoki będziesz przemawial słowami Twoich rodziców.Możesz sie liczyć z ich zdaniem ale wnioski wyciągasz sam.
Nie zmienisz narzeczonej ona sama musi chcieć się zmienic, bo jak na razie tylko egzekwuje Twoje zobowiązania, popracuj nad asertywnoscią.
I nie mysl o jej mamie, mysl o sobie, zacznij mówic swoim własnym głosem.

35 Ostatnio edytowany przez truskaweczka19 (2011-05-25 23:41:56)

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

Trudny związek. Dziwię się Tobie, że mimo tylu przeciwności i jej fochów ustępowałeś, ale cóż miłość.
Jesteście bardzo różni, to Wasz problem. Byłam tym wszystkim naprawdę zbulwersowana jak moje oczy błądziły niecierpliwie po tekście. Cóż.. ja także jestem bałaganiarą, nie cierpię sprzątać i robię to jak najrzadziej i bałagan mi nie przeszkadza, ale gdy będę mieszkać z ukochanym , to na pewno będziemy dbać o porządek oboje , mimo że nie jest to dla mnie takie istotne, ale musi być partnerstwo i jakiś ład, gdy mieszka się we dwoje . Gdy się kocha to podział obowiązków powinien być naturalny.
W jednej kwestii ją rozumiem - w takowej, że nie chciała dłużej zwlekać ze ślubem, jak sam pisałeś jest starsza 6 lat i to nic dziwnego, że chce się ustatkować, że nie chce zbyt długo z tym zwlekać. Ja sama mam 20 lat i także nie zamierzam zwlekać z tym wiele lat - tzn ze ślubem ;-)
Jednak no właśnie.. skoro teraz w tylu kwestiach nie możecie się dogadać, to po ślubie nie będzie lepiej. W tej sytuacji tylko Ty umiesz pójść na kompromis, a ona jak widać nie. Dlatego to nie jest zdrowy związek i prawdopodobnie nie będziesz z nią szczęśliwy.
Porozmawiaj z nią o swoich uczuciach, o tym co tu napisałeś, jak nic nie pomoże, to niestety chyba trzeba będzie wybrać najbardziej radykalne rozwiązanie - rozstanie, to zaboli, ale ciężko cokolwiek innego poradzić w takiej sytuacji.
Twoja narzeczona przegina, ale tak samo jak KGB wyczuwam, że to nie jest tak, że ona zła całkiem, a Ty święty - zazwyczaj wina leży po obu stronach.
No właśnie Twoja rodzina też jest jakaś dziwna, nawet dla mnie. Byli przeciwni Waszemu związkowi (chyba) jeszcze jej nie znając. To nie wrózy dobrze. Ponadto kazali, żebyś szedl na magisterkę dziennie, a potem się żenił - kolejna dziwna sprawa, moim zdaniem rodzice nie powinni wtrącać się w takie sprawy, bynajmniej moi zawsze mówią, że to moja decyzja, ale absolutnie nic mi nie każą. Nawet gdybym teraz chciała się żenić, to może i by bali się, ale nie zabronili mi - nawet jakby wiedzieli, że ja i mój kochany nie poradzimy sobie po ślubie bo mój facet nie zarabia zbyt dużo. Ale po prostu uszanowaliby moją decyzję i myślę, że tak powinno być. Jesteście naprawdę diametralnie rózni i przede wszystkim to Was dzieli. Obawiam się, że Wasz związek skazany jest na porażkę, bo nie da się zmienić swoich charakterów, ale oczywiście możecie spróbować.

36

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

O.M.G - to jakis koszmar.... Wojna swiatow big_smile ,

.. a tak serio.... uwazam, ze predzej czy pozniej to wszystko sie rozpadnie. Wierze, ze ludzie sie "docieraja", potrafia zmienic niektore ze swoich zwyczajow, nawykow... ale czytajac opisana powyzej sytuacje mysle, ze jedno z Was musi podjac decyzje o natychmiastowej kapitulacji byscie mogli zyc normalnie (czytaj: wyzbyc sie siebie)... Moim prywatnym zdaniem jest za duzo roznic pomiedzy Wami, nie mam tu na mysli takich pierdol jak np. wiek, ale zostaliscie wychowani w diametralnie rozny sposob, inaczej widzicie swiat, macie odmienne obrazy ws. rodziny, wiary, pracy i nawet porzadku w mieszkaniu... sorry ale mysle, ze to droga do nikad.
Oczywiscie nie uwazam jakoby Twoja narzeczona byla potworem ale moim zdaniem jest typem kobiety, ktora
a) lubi rzadzic (potrzebuje pantoflarza a nie partnera)
b) lubi jak do niej nalezy ostatnie slowo,
c) jest egoistyczna, wredna i pamietliwa (bo z tego, co pisales Twoi rodzice wyciagneli reke na zgode, chcieli zalagodzic sytuacje),
d) patrzy na zycie bardzo krotkowzrocznie,
e) kompletnie nie szanuje Twojej rodziny, wiary i przekonan.

Pomiedzy mna a moim mezem jest 10 lat roznicy, wyszlam za niego majac zaledwie 20 lat (po 2 latach zwiazku). Przezywalam szarpanine z rodzicami, postawilam na swoim, moja mama poczatkowo patrzyla krytycznie na nasz zwiazek - bala sie, ze zostane wykorzystana, zraniona bla bla bla.... ale jak juz przekonala sie o tym, ze sie na prawde kochamy, przeprosila za swoj dystans i uprzedzenia. Obecnie moj maz kocha ja jak wlasna matke, nie pamietamy o przykrych slowach i czynach -ale tak stalo sie tylko dzieki dobrej woli obu stron. Od tego czasu relacje miedzy nimi sa super.
A co do mojego ojca, od 7 lat nienawidzi mojego meza i nic w tej kwestii nie zmienia sie na lepsze, doszlo do tego, ze znienawidzil i mnie. Rzuca nam klody pod nogi i knuje intrygi. Nie utrzymujemy z nim kontaktu, dopoki moja mama sie z nim nie rozwiodla nie moglam przyjsc do rodzinnego domu bo on sobie nas nie zyczyl - bylo to niesamowite obciazenie psychiczne, swiadomosc ze ktos bliski nie akceptuje Twoich wyborow, wrecz zyczy Ci zle.
Zawsze marzylam o tym, ze ojciec poprowadzi mnie do oltarza, bedzie sie cieszyl z mojego szczescia ... rzeczywistosc okazala sie inna, bardzo bolesna! Coz zycie to nie bajka.

Reasumujac, jesli z wlasnej woli pakujesz sie w tak skomplikowany uklad to jestes albo masochista albo kochasz ja i jestes gotowy poswiecic siebie dla tego uczucia, tak czy inaczej zycze szczescia, wytrwalosci i powodzenia bo bedzie Ci to baaaaaaaaardzo potrzebne.

Pzdr.

37

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

Dorosła kobieta a tak dziecinna że aż mi się czytać nie chce . człowieku  masz młode lata jesteś wykształcony masz wspaniałych rodziców którzy się nie wtrącają tylko starają się dobrze doradzić , jesteś pracowity i opiekuńczy czego chcieć więcej?? ja bym cię chyba na rękach nosiła a twoich rodziców do końca życia bym chyba z wdzięczności całowała a za to co robią...wez ty się  nie oglądaj ona nawet nie jest godna Ciebie i twoich rodziców i takiego życia...Dom...gdyby mi teście postawili dom...to nawet sami  mogli by sobie go projektować!!! taki prezent... stać cię na kogoś lepszego  kto  doceni starania twoje i twojej rodziny...wszystko co mam do powiedzenia...

A o twojej ,,niby '' narzeczonej co powiem...cholerna egoistka , nie potrafi nawet się cieszyć z niczego  wielka pani się znalazła...

38

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

Wydaje mi się że jesteś rozpieszczonym jedynakiem który kiedyś się zakochał a teraz mu przechodzi i szuka poparcia dla swojej decyzji o ucieczce.masz rację,ta dziewczyna to nie twoja sfera a szczenięca miłość zawsze ma swój koniec w dorosłym życiu

39

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

Ciekawa jestem jak się ta historia skończyła...
Mrok, jesli jeszcze tu zaglądasz - dogadaliście się? Był ślub? Jak to na chwilę obecną wygląda?

40

Odp: Na 3 miesiące przed ślubem...

Tutaj zajrzyj, napisał, że w czerwcu się z nią rozstał, jak chcesz to poczytaj http://www.netkobiety.pl/t30215.html

Posty [ 41 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » MIŁOŚĆ , ZWIĄZKI , PARTNERSTWO » Na 3 miesiące przed ślubem...

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026