Wiem, że byście mogli mi doradzić musielibyście znać cały mój związek. Ciężko przedstawić tu całą sytuacje. Byłam w ponad 7 letnim związku z mężczyzną, którego nadal kocham.. on mnie raczej już nie, chociaż do ostatnich chwil utrzymywał, że tak.. ciężko mi wierzyć w jego miłość skoro tak to się skończyło..
któregoś dnia zaproponował rozstanie, wydawało mi się, że było wszystko ok więc trochę mnie to zaskoczyło, widać jednak nie patrzyłam na to wszystko obiektywnie. Musiałam niedostrzegać tego, że coś jest nie tak..Zaproponował ja się zgodziłam.. Czuje, że mogłam zaprotestować i mimo wszystko bylibyśmy nadal razem ale czy byłoby warto? W dzień rozstania była sprzeczka między nami o dosłownie wulgaryzm.. wybrał więc pretekst żeby uciec... Ciężko jest bo zaczęłam planować swoja przyszłość wraz z nim...
Jednak nurtuje mnie jedno i proszę Was bardzo o opinie..
Zaraz po rozstaniu jedyne co miał mi do powiedzenia jako powód popychający go do tej decyzji to zacytuje: "bo Ty chciałaś brać ślub natychmiast"... tutaj urywa się watek bo nic więcej konkretnego już nie powiedział..
Teraz proszę Was powiedzcie mi bo pierwszy raz w życiu się z tym spotykam... Ludzie się rozstaja bo jedno chce ślubu po 7 latach?
Gdzie ja popełniłam błąd...chętnie bym popracowała nad sobą bo takie rozstanie mnie wyniszcza...
Wiele razy mi powtarzal, że kocha mnie najmocniej, że jest mu ze mna dobrze, że chcialby ze mna byc na zawsze... o co więc chodzi?