Zakochalam sie w swoim Szefie.
Jest takim mezczyzna, jakiego zawsze chcialam miec przy swoim boku.
Od poczatku jednak postawilam sprawe jasno - oprocz tego , ze jest moim przelozonym, widze w nim mezczyzne. Mezczyzne, ktory mi sie podoba, imponuje mi.
Jezeli jednak ON widzi we mnie mnie tylko pracownice, z ktora mozna zabawic sie ( wykorzystujac swoja zawodowa pozycje ), nie jestem tym kompletnie zainteresowana , nawet, jezeli tak barzo mi sie podoba.
Uklad taki prowadzi zawsze do smutnego zakonczenia.
ON zapewnial, ze sprawy zawodowe - zawodowymi, prywatne - prywatnymi. Prosil, abysmy sprobowali.
I tak to sie zaczelo. Tyle tylko, ze w jego przypadku ciagle bylam fajna kobietka na kazde skinienie.
Bronil swojej prywatnosci. Nasz uklad byl ciagle w ukryciu, a ja czulam sie jak jakas trendowata, ktorej nie mozna pokazac swiatu, rodzinie. Bylam zabawka.
Z biegiem czasu tracilam opanowanie, nerwy, uklad zaczal mi ciazyc i przerastal mnie. Mimo wszystko ja ciagle JEGO kochalam.
Po kilku latach tego koszmaru , oznajmilam w placzu, ze juz dluzej tak nie moge tego ciagnac, ze to nie ma sensu, ze widze , ze on nigdy nie podjmie decyzji co do nas, ze kocham GO bardzo, ale juz nie daje rady.
ON szalal... szalal z urazonej dumy i nienawisci do mnie. Jak smialam cos takiego JEMU powiedziec ??? !!!!!
Znienawidzil mnie do takich granic, jakich nie wyobrazalam sobie wczesniej.
Z dnia na dzien pozbawil mnie wiekszosci obowiazkow sluzbowych, tlumaczac sie , ze tak zmienily sie teraz wymagania firmy ( jestemy w trakcie laczenia kilku firm w jedna ).
W rozmowach z innymi pracownikami komentowal nieprzyjemnie pod moim adresem, co oczywiscie zaoowocowalo
zmiana nastawienia i postawy innych w stosunku do mnie.
Nagle , odmawial pomocy w sprawach sluzbowych - nie dawalm sobie juz potem z tym rady . I wiedzial o tym, ze bedzie mi ciezko. Zaczal krytykowac moje zachowanie, postepowanie, prace, zadania, doslownie wszystko, co tylko mogl znalezc do krytyki i nasmiewania sie. Moja praca stala sie koszmarem.
Niemniej jednak , dzwonil od czasu do czasu, wykrzykiwal pretensje, ze ja do niego nie dzwonie. Na urodziny przyslal bukiet pieknych czerwonych roz.
Nie mialo to sensu dla mnie. Z jednej strony nienawisc i mobbing , z drugiej - jakies sygnaly, nie wiadomo czego.
Po roku czasu twania w takim marazmie - przydzielil mi wiecej obowiazkow. Jednak moje stanowisko stalo sie bezwartosciowe, malo wazne. Nie zwolnil mnie, ale zdegradowal. Stalam sie NIKIM w firmie.
Tydzien temu dowiedzialam sie ze mam jechac na jakies malo istotne szkolenie. On zadzwonil, ze rowniez tam pojedzie i byc moze nawet ( ! ) znajdzie dla mnie troche czasu, on pomysli jeszcze nad tym.
A ja ? Ja jestem juz klebkiem nerwow. Lubie ludzi , z ktorymi pracuje. Nie chcialabym odejsc z pracy , nie chcialabym zaczynac wszystkiego od poczatku. Mam kilka powaznych zobowiazan osobistych i boje sie podjac
jakies zdecydowane kroki w sprawach zawodowych.
ON to wszystko wie . Wie, ze jest mi finansowociezko teraz, wie, ze nie odejde, bo poprostu nie moge odejsc.
A ja zastanawiam sie jak dlugo tak jeszcze pociagne i wytrzymam.
Nie umiem wyrazic bolu jak we mnie siedzi. Tak bardzo GO kochalam, i chyba mimo wszystko ciagle kocham.
Zasypiam marzac, ze ON jest przy mnie taki, jaki byl kiedys na poczatku - kochany, troskliwy, cieply, uczuciowy.
Rano jednak ,z bolu, zaczynam marzyc o zemscie , zycze JEMU zle, zycze wszystkiego co najgorsze.
Nie moge w pracy nikomu sie poskarzyc, nie otrzymam pomocy od nikogo.
Wiem co napiszecie - ze sama jestem sobie winna, ze naiwna , ze glupia, ze tak to wlasnie sie zawsze koczy, itd
Wiem o tym. Cale zycie marzylam jednak o odrobinie milosci ( nie zaznalam jej w zyciu ).
Marzylam tak bardzo, ze w tym przypadku zaryzykowalam.
I zaryzykowalam bardzo zle. Nie wiem jak dalej zyc ? Co mam ze soba zrobic ? Jak sie zachowywac ?
Kosztuje mnie to bardzo duzo, ale w pracy staram sie byc opanowana . JEGO to strasznie denerwuje i irytuje.
Koszmar !!!
Kochane, doradzcie prosze !!!!!!! Nie chce mi sie juz zyc ....