Witajcie... jestem córką alkoholika, Alkoholika, który nie chce się leczyć, wciąż nie chce się przyznać, że ma ze sobą problem. Pije przez całe małżeństwo rodziców (już ponad 30 lat)... Mamy nie winię, że od niego nie odeszła, łatwo powiedzieć, trudniej zrobić... Ale te ciągłe awantury... krzyki... wyzwiska... moje łzy i mój wstyd... wiele razy było tak, że leżał gdzieś na trawniku, albo jakiś znajomy go przyprowadzał do domu... teraz już się tak nie wstydzę... ale w podstawówce i gimnazjum bardzo to przeżywałam (nigdy nie mogłam zaprosić do siebie koleżanek bo albo pił, albo sie awanturował, nigdy nie było wiadomo kiedy wróci po piwku). Ojciec potrafił pić dwa tygodnie... miesiąc przerwy i znowu dwa tygodnie picia... tyle razy wywalano go z roboty, zawsze wzywano mame, ktora jeszcze za niego sie wstydziła i przepraszała... Tylko dzięki mamie wyszłam na ludzi, jej zawdzięczam w miarę normalne dzieciństwo, na niej zawsze mogłam i nadal mogę polegać... bo na ojcu niestety nie. I te obietnice, że to już ostatni raz... powtarzane setki razy... i ciągła nadzieja, że jednak już z tym skończył. Codzienny strach czy wróci trzeźwy z pracy czy już poszedł pić... Co za życie...
Teraz też pije... wróciłam do domu po ciężkiej sesji, w dzień swoich urodzin... wysłał mi smsa z życzeniami... i przyszedł pijany... to było we wtorek... a dzisiaj kolejna awantura... przepychanki... czasami już nie mam siły... dobrze, że jest mama...
Przepraszam, że może trochę bez ładu napisałam... ale chciałam się wyżalić...