Pracowałam kilka lat z pewnym chłopakiem. Oboje wtedy byliśmy w związkach, wiec po prostu się przyjaźniliśmy. Później nasze drogi się rozeszły, a teraz po x latach znowu się spotkaliśmy. Niestety w kiepskiej dla mnie konfiguracji. On po rozwodzie z dzieckiem, ja nie. Początkowo, jak wcześniej po prostu dużo pisaliśmy, później zaczęliśmy się spotykać, jednak bardzo rzadko. Na starcie powiedziałam ze nie jestem gotową na głębszą relację (byłam wtedy strasznie pogubiona emocjonalnie). Do tego on i jego 2 etaty, dziecko co tydzień na 5 dni i totalny brak czasu. Był idealny do rozmowy w samotne wieczory gdy nie szłam z koleżankami na miasto. Dla mnie facet z dzieckiem zawsze był skreślony.
I nagle, nie wiedzieć kiedy zaczęłam zauważać ze to wartościowy człowiek. Mimo wielu obowiązków potrafił poświęcać mi czas i mogłam na niego liczyć w wielu sytuacjach. Nie naciskał, był ciągle gdzieś obok.
I wtedy zrozumiałam, że zakochałam się. Zakochałam w kimś dla kogo zawsze będę na „drugim planie”. Ze za wszelką cenę chciałam uciec od związków, w których czułam się niewystarczająca i nie dostawałam miłości i nie czułam się kochana, a tymczasem kocham się w facecie, dla którego moje potrzeby nigdy nie będą najważniejsze. Ba! To ja muszę być tą, która będzie kochała na tyle mocno, żeby zaakceptować to wszystko i nie oszaleć.
Codziennie czytam miliony artykułów jak wygląda takie życie… „Nie matkuj temu dziecku, nie stawiaj ultimatum, pamiętaj, że on chce być ojcem i być odpowiedzialny, a dziecko nie jest niczemu winne i ma prawo Cię nienawidzić”. Mam wrażenie, że zapamiętuje to wszystko niczym notatki na studia, żeby w razie potrzeby umieć zastosować, żeby mu zaimponować, że jednak jestem dojrzała, że potrafię, że dam radę, że nie będę histeryczką i zaakceptuje ten cały stan rzeczy…
Jednak to tylko teoria. Nie poznałam tego dziecka, spotykamy się wtedy kiedy go nie ma. Ale od kilku dni chodzę strasznie struta, ciągle płaczę, nie potrafię zadecydować czego chcę, co czuję. Z jednej strony nie chcę rezygnować z niego, uważam, że to świetny facet, ale z drugiej nieubłagalnie nadchodzi moment zderzenia się z prawdziwą rzeczywistością i nie wiem czy podołam.
Nie wiem czym się kierować, z jednej strony pragnę uwagi i miłości, z drugiej on jest człowiekiem, z którym chcę być. Z nim, nie wiem czy z jego dzieckiem, a to niestety nieoderwalne ogniwo. Wiem, że jemu także na mnie zależy, czuje to i widzę. Ale czy to wystarczy?
Jeśli ktoś ma podobne doświadczenia z chęcią przeczytam takie historie. Może pomogą mi ukierunkować myśli, niestety nie mam już innego pomysłu, żeby sobie pomóc…