mam ogromny problem, bo nie wiem co mam zrobić i nie mogę poradzić się znajomych, bo wszyscy patrzą na tę sytuację przez pryzmat naszej znajomości, więc są nieobiektywni.
Jest mężczyzna. W ogromnym skrócie powiem, że poznaliśmy się, zakochaliśmy w sobie do szaleństwa, było nam razem wspaniale, jakbyśmy byli dla siebie stworzeni, nie musieliśmy się dopasowywać, po prostu jak się spotkaliśmy układanka sama się ułożyła. Ja na coś takiego czekałam całe zycie, żeby tak się czuć przy facecie jak przy nim, miałam wszystko co mi było do szczęścia potrzebne, jego miłość i mnóstwo orgazmów. No i od tych orgazmów zaczęło się psuć... No nie między nami, ale z powodu tego, że nie mieliśmy swojego mieszkania, moje orgazmy bardzo przeszkadzały jego mamie, a jego tata pewnego dnia powiedział, że " od pierwszego nie chce Cię tu więcej widzieć". Miał wypite, ale jednak wtedy coś do mnie dotarło i trzeba było podjąć decyzję. Zamieszkaliśmy razem. Przez pierwszy miesiąc wszystko cudnie, super seks kiedy tylko przyjdzie ochota, znajomi, wypady, wpady i takie tam...wtedy nie miałam czasu by pewne rzeczy zauwazyć. W każdym razie, w tamtym czasie wiele nieszczęśliwych okoliczności złożyło się na to, że mieliśmy wiele powodów do kłotni, oczywiście dot. codziennych spraw. Ja stałam się jego służącą, wciąż coś ode mnie wymagał, a on nic nie musiał robić, bo przecież pracował i zarabiał trzy razy tyle co ja. Poza tym ja przecież jestem kobietą, więc powinnam sprzątać, gotować i takie tam... Nie narzekałam, ale przesadzał. Kłóciliśmy się głownie o to, że ja nie mogę znaleźć lepszej pracy, więc jest mało kasy, i że on wciąż siedzi przed kompem i gra... teraz wiem, że to była ucieczka od przytłaczającego życia ze mną, w którym pieniędzy nam brakowało na wszystko. Nie chodzilo o to, że ja byłam przytłaczająca, tylko sama sytuacja. W końcu, te problemy znalazły odzwierciedlenie tez w seksie, on coraz rzadziej miał ochotę, a ja chodziłam wiecznie napalona. Wcześniej robił to tak chętnie, i często, codziennie, czasem raz, czasem kilka, ale codziennie,z potrzeby zwykłej... a tu nagle pojawił się brak tej potrzeby, ja oczywiście odebrałam to do siebie, że już mu się nie podobam,czułam się beznadziejna i nieatrakcyjna, w dodatku te kłótnie i napięta atmosfera...
Jednego razu przegiął i powiedział mi w kłotni tak przykre słowa, że stwierdziłam, że nie wytrzymam i nie mogę dac się tak traktować. Powiedziałam, że to koniec... rozłożyłam sobie polówkę, i nie spałam z nim, on mówił że jak ochłonę to następnego dnia pogadamy, ale ja już podjęłam decyzję. Następnego dnia, on poszedł do pracy, a ja się spakowałam. czekałam na niego z tymi spakowanymi torbami, żeby mu powiedzieć, że odchodzę. Jak wszedł i to zobaczył to słowa nie były potrzebne. Rozstaliśmy się. Miał do mnie żal, że potraktowałam go jak śmiecia... ale to była reakcja obronna, na to jak on mnie traktował. Teraz wiem, że wcale nie chciałam go zostawiać, ale chciałam, żeby się zmienił. Potem wydarzyło się wiele rzeczy. Był płacz, moje proszenie żebysmy wrócili do siebie i dali sobie jeszcze raz szansę itd.
Dwa tygodnie wzjaemnych obrzucań " gównem" i nienawidzenia siebie nawzajem. Jednak ja wiedziałam, że to nie może się tak skończyć. Jak na złość kilka dni później zaczęłam nową lepszą pracę, znalazłam pokój, ulicę dalej od jego mieszkania...
i pewnego dnia do mnie przyszedł... To, co jest między nami, jest trudne do opisania, to pożądanie, to wzajemne przyciąganie... zyczę tego każdemu. Ja wiem, że to włąsnie ten facet, powinien być w moim życiu, to jego własnie kocham i chcę z nim być przez resztę życia. Teraz wygląda to tak,że od wtedy spotykamy się właściwie " na seks". Jeżeli to możliwe, to seks jest teraz jeszcze lepszy niż był, bo oboje jeszcze bardziej się staramy, ale... właśnie. Z początku układ był taki, że nie chcemy się okreslać, tylko narazie po prostu miło spędzamy razem czas. I faktycznie, było świetnie, zawsze było świetnie...mówiliśmy sobie nawet często, że się kochamy itd. Ale w pewnym momencie mi zrobiło się za mało.
Co z tego, że wiem że on mnie kocha, co z tego że uprawiamy seks, chodzimy za rękę, całujemy się i umawiamy jak para... i wszystko robimy jak para, skoro on nie chce się znów okreslić i jasno powiedzieć " dobra, jestesmy razem".
Mam wrażenie, że to jest tak dlatego, że po tamtym incydencie z moją wyprowadzką, on boi się mi kolejny raz zaufać, i że nawet jesli jestem dla niego ważna, to nigdy już nie będzie na mnie patrzył jak wcześniej, pod kątem kandydatki na żonę i zostania ze mną na zawsze. Ale to jest tak, że jakbym ja się zastanowiła, to ja też widze w nim okropne wady, kwestia tego, że ja kocham go na tyle mocno, że umiałabym je zaakceptować i z tym żyć, nikt nie jest idealny i ja mam tego świadomość...
ja wiem, że nikogo lepszego dla siebie nie znajdę, kto mnie tak dobrze zna i rozumie i nie muszę mu tego tłumaczyć...
Niby jest dobrze, spotykmay się, uprawiamy namiętny dziki zajebisty seks, gotujemy razem, jemy, śpi u mnie kilka razy w tygodniu, ale... mi brakuje tego określenia. Nie poruszam już tego tematu od jakiegoś czasu... Nie chcę na niego naciskać, chcę żeby to wyszło od niego... daję mu dużo swobody, nie ingeruję w jego życie, dostarczam samych pozytywnych emocji, i czekam. Czekam jak głupia aż on w końcu zrozumie, że jeśli nie będziemy razem to to będzie najgorszy błąd naszego życia.
I nie wiem co mam zrobić?
Co mam zrobić, żeby on w końcu to powiedział i chciał o tym pogadać? żeby się określił?Wiem, że mnie kocha. Ja jego też, a mimo to nie chce się określić i powiedzieć " tak wróciliśmy do siebie". Uważa że to ja spieprzyłam, bo nie dałam mu w ogóle szansy na przeprosiny i wyjaśnienia i przekreśliłam ileśtam czasu naszego związku ot tak, po prostu... a ja uważam, że gdyby nie jego zachowanie to ja bym tak nigdy nie postąpiła i go nie zostawiła. Jednak kwestii winy już nie poruszamy. Nie o to chodzi. Chodzi o to, że jest nam razem dobrze...ale NIE WIEM CO MAM ZROBIĆ, ŻEBY ON TO W KOŃCU PRZYZNAŁ I SIE OKREŚLIŁ ŻE CHCE ZE MNĄ BYĆ? Proszę podpowiedzcie mi laski
co wy byście zrobily w takiej sytuacji.?????
Tutaj chodzi o moje przyszłe życie, o mojego partnera na całe to życie, o mój ślub i męża... nie byle kogo. Czegoś takiego co nas łączy ludzie szukają całe życie i ja wiem, że to znalazłam...ale jesteśmy tylko ludźmi i wszystko potrafimy spieprzyć.
Ale ja chcę ratowaĆ...ratować bo wiem że warto. Pomóżcie.
ps. Mamy zasadę, że nie spotykamy się i tak z nikim innym, więc jesteśmy sobie wierni.
ps.2 jesli ktoś dotarł do końca to wielkie dzięki, gratuluje i proszę o podpowiedź. ![]()