Witajcie.
Mam pewiem problem,otóż jestem z mężczyzną 14 lat starszym od wczoraj. Byliśmy juz kiedyś(5miesiecy temu) ze sobą 3 miesiące ale zerwalam bo stwierdzilam ze nie potrafie zyc z ciaglymi upokorzeniami i ponizaniem. Gdy to wszystko się zakończyło nastąpił miesiąc ciszy. Ja nie potrafiłam bez niego żyć, nic wokół nie miało sensu i ogólnie było beznadziejnie. Poźniej on zaczął walczyć o moje względy. Zauważyłam że troche się zmienił oraz że jego wizja świata była inna-lepsza. I po tych 5miesiącach rozłąki i jego walki zdecydowałam że dam mu szansę.Teraz było wyrażnie widać że mu zależy i pokochał.
W pierwszej chwili gdy powiedziałam " tak twoja i tylko twoja" poczułam ogromne szczęście i ogólnie lepiej się poczułam.
Dziś jest drugi dzień(wiem jeszcze wcześnie) ale ja czuje to samo gdy byłam z nim wcześniej. Chodzi o to że ciągle mi go brak, i lęk przed tym co może mi zrobić tzn. zdradzić(już wcześniej to zrobił i to był też powód zakończenia tego właśnie związku)czy poprostu zranić słowem.Najchętniej robiłabym wszystko co mu się tylko podoba(wcześniej tak właśnie robiłam-bowiem walczyłam o to by wszystko było dobrze,byśmy się nie kłócili,wybaczałam wszystko).Chodź teraz no co jak co ale myślę bardziej realistycznie i powstrzymuję się.Chciałabym mieć Go stale przy sobie.Kocham Go lecz nie ufam. Chciałabym wszystko o nim wiedzieć dokładnie-szpiegować go. Wiedzieć co robi, o czym mówi,z kim teraz przebywa,itd.
I dodam jeszcze że poznaliśmy się przez internet dokładnie 9 miesięcy temu i widzieliśmy się jeden raz w sylwestra. I dzieli nas ponad 500km. Jestem chorobliwie zazdrosna o wszystko.
Jak tak czytam różne wypowiedzi w internecie to sądzę że należę do kobiet które "kochają za bardzo". I chodź nie pochodzę z rodziny DDA to gdy czytam historie tych osób to czuję jakbym przeżywała to samo. Czuję to samo co oni. Może a raczej napewno powodem jest to że nie mam tak naprawdę nikogo blisko i nigdy nie miałam z kim mogłabym o wszystkim pogadać,przytulić czy wypłakać się na ramieniu. W szkole od najmłodszych lat byłam nie lubiana(nie wiem czemu-pomagałam wszystkim,robiłam wszystko jak najlepiej tylko mogłam),nie szanowana czułam się jak nikt. Myślałam że z czasem będzie lepiej że jeszcze jakoś się ułoży, że kolejna szkoła będzie lepsza że tam znajdę przyjaciół, którym będę mogła naprawdę zaufać. Lecz jak wiem na swoim przykładzie "nadzieja matką głupców" i to jest niestey prawda.
Z dnia na dzień przychodzą kolejne rozczarowania,upokorzenia. Nie widzę siebie w przyszłości,nie ufam nikomu,nie radzę sobie z codziennymi czynnościami. Coraz częściej mam silne ataki depresji(o ile to depresja a nie cos wiecej). Gdy tylko coś złego się wydarzy sięgam po alkohol, który daje chwilowe ukojenie i sprawia że zapominam chodź na moment o tym co się dzieje. Gdy pojawia się owy atak nie panuje nad sobą,gdyby nikogo nie było z rodziny w domu jest to pewne że skończę ze sobą i ja jestem tego świadoma. Czuję jakby moje życie wisiało na ciękim naderwanym włosku, który niebawem się zerwie a ja zginę. Czuje jakbym była o krok od śmierci-jeden ruch i zgon.Nie wiem już jak mam sobie z tym poradzić,nie mam oparcia ze strony rodziny czuję się samotna. Pewnie pierwsza jaka myśl przejdzie wam przez głowę to fakt że za bardzo histeryzuje,ale ja naprawde tak właśnie czuje:(
Jak poradzić sobie z chorobliwą zazdrością?
Jak zaufać?
Jak uwierzyć w lepszą przyszłość?
Jak żyć by przeżyć?
Proszę o pomoc, o wasze opinie na ten temat.