Hej,
Przez kilka ostatnich dni czytalem wasze forum bo nie radzilem sobie ze swoja sytuacja w zyciu prywatnym...
1,5 roku temu poznalem fajna kobiete... Byla idealem i miala wszystkie cechy ktorych szukalem u kobiety...
Okazalo sie ze jest w trakcie rozwodu... Jej byly spakowal ja w sylwestra w styczniu 2008, odwiozl do rodzicow.
kilka dni pozniej dostala pozew o rozwod.. bardoz to przezywala... jej rodzina rowniez... nie chciala sie zgodzic o rozwod potem jednak zgodzila sie pod warunkiem ze rozowd bedzie z orzeczeniem o jego winie. on sie zgodzil i chcial wziac wine na siebie byleby tylko sie z nia rozwiesc... oczerniala go gdzie tylko mogla...
przyznam szczerze ze nie bylo latwo sobie z tym poradzic... nie chcialem byc kims kto bedzie jej odskocznia i pomoze jej odzyskac pewnosc siebie...
jako ze jej byly i jego rodzina byli obrzydliwie bogaci i ona miala zawsze co chciala, to jej powiedzialem zanim bylismy razem, ze nie bede w stanie jej zapewnic takiego zycia jakie miala... powiedziala ze pieniadze to nie wszystko... ucieszylem sie ze znalazlem normalna kobiete, dla ktorej pieniadze nie sa wazne i liczy sie dla niej milosc...
to byl czerwiec... w lipcu pojechalismy wspolnie na wakacje - najlepsze wakacje mojego zycia... niestety nie mieszkalismy razem. ja mieszkalem w duzym miescie, a ona w wiosce oddalonej ok 40 km wiec widywalismy sie tylko w weekendy... wszystko sie nam ukladalo...az nastal koniec pazdziernika... jej ostateczna sprawa rozwodowa... zle sie tego dnia czula, ledwo stala na nogach... spedzila ten wieczor w lozku... poklocilismy sie wtedy... nie pamietam o co poszlo ale poklocilismy sie strasznie... zerwala ze mna, powiedziala ze nie chce ze mna byc... jednak jakis czas pozniej przyszla, pogodzilismy sie i bylo ok... postanowilismy wtedy, ze zamieszkamy razem aby miec wlasna "codziennosc"... mielismy sie przeniesc do miasta po srodku mojej i jej pracy... ja bym dojezdzal i nie bylo problemu... wolala jednak szukac pracy w moim miescie... w koncu znalazla... wprowadzila sie w polowie grudnia zeszlego roku... radosc trwala tylko 2 tyg... zblizal sie sylwek, organizowalismy impreze u nas... ona wpadla w szal... zaczela plakac, rzucac rzeczami... powiedziala ze minal rok i jej nadal ciezko... ryczala na podlodze a je nie bylem w stanie zrobic nic innego jak tylko ja przytulic...
jednak na imprezie bylo ok, do polnocy... wyszlismy na dwor... ja mialem szampana, facet mojej siostry tez i jak wybila polnoc to "zrobilismy sobie kubice" ![]()
jak skonczylismy to zaczelismy skladac sobie zyczenia wiec zlozylem pierwszej osobie z brzegu, kolezance siostry... no i znowu uslyszalem ze zrywamy, ze ja jej nie szanuje itp itd... ale pogodzilismy sie nastepnego dnia...
w styczniu zrobilem glupote... ciezko mi bylo sie dogadac z nia, wiec wyzalilem sie jej kolezance, ktorej bardzo zalezalo na naszym zwiazku i nawet nam go blogoslawila...
ona uznala, ze oboje ja oklamujemy (ja i jej kolezanka) i znow zerwalismy... na dodatek zmarla mi babcia i mialem jechac sam na pogrzeb bo ona nie widziala potrzeby... ale pogodzilismy sie i pojechala...niestety uznala ze kolezanka ja oklamywala i zerwala z nia kontakt... obwiniala mnie o to wszystko...
w lutym zaczelo sie psuc nam w lozku... sex byl rzadziej niz zwykle, ale ona miala stresujaca prace, wiec rozumialem ze nie musi miec zawsze ochoty...
jej furie zaczely byc czestsze... podczas jednej z nich, rozstrzaskala prezent swiateczny ode mnie... rozwalila mi sluchawki o sciane... efekt? musielismy malowac dwie sciany... uslyszalem ze ciezko sie jej mieszka w tym mieszkaniu... nie dziwilem sie... wychodzil nam grzyb, wlasciciele robili jazdy... postanowilismy sie przeprowadzic...
corka sasiadow z jej rodzinnego domu akurat przeprowadzala sie i mieli mieszkanie do wynajecia... koszt miesieczny za mieszkanie wynosil jedna nasza pensje... musielismy wiec zyc tylko z jednej... sex byl coraz rzadziej... rozmawialem z nia o tym i powiedziala ze wie ze mnie zaniedbuje, ze nie ma sily ostatnio i zebym byl cierpliwy...
nastal czerwiec... z dnia na dzien ona zaczela miec taka chcice jak na poczatku zwiazku... przez jeden tydzien kochalismy sie czesciej (po kilka razy dziennie) niz przez ostatnie pol roku... niestety trwalo to tylko tydzien i pod koniec tego tygodnia ja juz nie dawalem rady... musialem jej powiedziec ze nie mam sily na sex... odmowilem jej... wiec ona poweidziala ze ona juz tez nie ma ochoty... zaczela miec okropne migreny... ale nie chciala isc do lekarza ani brac lekow... tez sie o to poklocilismy...
w miedzyczasie nawiazalem fajny kontakt z osoba ktora nas zeswatala - moja kolezanka ze studiow i jednoczesnie jej kolezanka z sasiedztwa... czesto rozmawialismy... uznawalem ja za przyjaciolke... wiec doszlo do tego ze jakos wyszlo ze w zwiazku mam problemy... zaczelismy gadac o tym... ona zaczela mi radzic... w koncu zaczelam i mowic zebym zakonczyl ten zwiazek, zebym sie nie martwil po rozstaniu bo kontakt nam sie nie urwie bo ona nigdy nie lubila mojej bylej i zawsze bedzie trzymac moja strone... w miedzy czasie to samo mowila mojej bylej... w lipcu sabotowala nasz zwiazek i probowala go rozwalic... na szczescie to wyszlo i jakos uratowalismy to z gruzow... postanowilismy porozmawiac z nia ale moja ex postanowila to zrobic cywilizowanie - w neutralnym miejscu, na spokojnie, jednak nie doszlo nigdy do tego... zrozumiala jednak ze potrzebuje pomocy i poszla do psychologa... niestety o to tez sie poklocilismy bo poszla do praktykantki ktora nie ma zadnego doswiadczenia i ktora nie bedzie w stanie jej pomoc... ja sugerowalem jej zmiane na kogos doswiadczonego, jej mama miala podobne zdanie... ale ona sie uparla i postanowila ze pojdzie do praktykantki... zaczelismy wiec sklejac zwiazek i ja tez poszedlem do psychologa. moja pani psycholog byla swietna - miala doswiadczenie w takich przypadkach i wiedziala jak pomoc... wystarczylo mi kilka sesji, bym poczul sie jak nowonarodzony... uslyszalem od psychologa ze wszystko ze mna w porzadku, ale moja ex, skoro pochodzi z biednej rodziny i poczula bogactwo, to ciezko sie bedzie jej odzwyczaic... miala racje bo to sie zaczelo juz w lipcu... problemy finansowe byly coraz wieksze... zaczalem wiec szukac nowej, lepiej platnej pracy, bo moja owczesna nie dawala mi juz takiej satysfakcji... sex praktycznie wtedy zanikl, rozmawialem z nia o tym, ale ona nie widziala w tym nic dziwnego... stiwerdzila ze "ona nie ma takich potrzeb"... ale pomyslalem ze jak unormuje sie jej sytuacja w pracy, ja swoja zmieniei polepszy sie nam sytuacja finansowa to wszystko bedzie ok... moja ex zaczela byc coraz bardziej podatna na wplywy - rodzinie skarzyla sie ze wszystkiego... praktykantka zaczela ja namawiac na zakonczenie zwiazku bo "nie jestem odpowiednim partnerem dla niej"... praktykantka znala jedna strone tylko i juz wydala opinie na moj temat... po tym wiedzialem ze nie bedzie w stanie pomoc w terapii... poklocilismy sie... klotnie byly coraz czestsze... o bzdury... o nie umyty kubek z rana... o nieposprzatane rzeczy na fotelu... o komputer (szukanie pracy najwyrazniej uzaleznia od komputera wg niektorych) ale jej brudne ciuchy na pralce, jej wlosy w umywalce, jej koltuny wrzucone do toalety byly najwyrazniej ok... zaczelo byc coraz gorzej... sexu nie bylo, za to pojawialo sie coraz wiecej wymowek... jak juz sprawilem jej przyjemnosc, to po chwili odwracala sie mowiac ze nie ma ochoty i jest zmeczona... i tak kilkakrotnie... dla mnei to zaczelo byc problemem coraz wiekszym... pojawila sie oferta pracy - przyjeli mnie wiec wiedzialem ze problemy finansowe sie skoncza... w miedzyczasie jej podzial majatku sie zakonczyl i dostala 13 tys na konto piszac mi sms "jestesmy bogaci"... chciala kase zainwestowac, ale zaczela ja wydawac na jedzenie, na ciuchy, na inne rzeczy... pracy magisterskiej praktycznie nie ruszala i ja zmuszalem ja do tego by pisala.. nawet pisalem jej mgr za nia... nastal grudzien... zaczelo byc nijak.. pojawil sie coraz wiekszy dystans... i coraz mniej pieniedzy... wlasciwie ja mialem coraz mniej pieniedzy... od pierwszego weekendu grudnia nie mialem juz kasy bo skoro korzystalem z jej kasy to powinienem jej oddac... wiec oddalem jej wszystkie pieniadze jakie mialem bo powyzej uszu mialem kolejnych pretensji o pieniadze... nastal 6-sty grudnia... wrocila z pracy i mowi ze wlasciciel dzwonil i sie pytal o ile przedluzamy umowe bo mamy do konca roku... powiedzialem ze o rok... wiec ona zadzwonila i tak poweidziala...
wszystko zaczelo sie od tego ze 7-ego grudnia udowodnilem jej ze mnie oszukuje i jak przyznala "szuka meskich znajomosci na boku"... nie mowila mi o tych facetach... im nie mowila ze jest w zwiazku... dzien wczesniej dostala sms o 5:30 rano a ze mamy identyczne telefony bo ja dostalem sluzbowy z pracy, wiec ocknalem sie i zaczalem siegac po telefon myslac ze to moj... ona w tym momencie rzucila sie na telefon, zlapala a jak spytalem kto to, to odpowiedziala ze pomylka... klamala wyraznie i krecila... 7-ego udowodnilem jej ze klamie i w zlosci mi wykrzyczala ze nie chce ze mna byc...
dzien pozniej byla u psychologa, a ze jest bardzo podatna na wplywy ostatnio to wrocila i chciala pogadac o tym... powiedzialem jej ze jest miedy nami duzo emocji i wole pogadac jak ochloniemy bo nie chce sie klocic...
zaczela wpadac w furie, kazala mi wielokrotnie wypierdalac z mieszkania, wyrzucac moje rzeczy na podloge i z mieszkania... zalila sie rodzinie ja okropnie ja traktuje... ignorowalem ja bo wiedzialem ze chce sprowokowac klotnie... w koncu doszlo do tego ze mnie uderzyla w policzek i to tak mocno, jak nigdy nie dostalem od faceta... mialem siniaka potem przez tydzien...powiedziala ze wezwie policje wiec ignorowalem jej zachowanie bo nie chcialem sie z nia poklocic
wtedy uderzyla mnie w glowe tak mocno, ze myslalem ze mi leb rozsadzi... po chwili znowu i znowu... bila mnie po glowie i mowila ze ma nadzieje ze dostane ataku i umre... zaczelo mi brakowac tchu i bolala mnie glowa ale dalej nie reagowalem na jej prowokacje...
wtedy ona wziela moje tabletki ... wyjela 20 tabletek z opakowania, wysypala sobie na reke, nalala wody i spytala co sie stanie jak to wezmie... po czym wsypala sobie do ust i popila.... zadzwonilem wiec na pogotowie bo ona mogla umrzec wiec ona zaczela sie drzec do sluchawki ze nie wziela i ze ja klamie... na pogotowiu spytali tylko czy ta kobieta ma problemy psychiczne... powiedzialem ze leczy sie u psychologa i jest po ciezkim rozwodzie... im to wystarczylo i wyslali karetke... wtedy ona uciekla z domu...
we wtorek bylem na wigilii pracowniczej i podczas niej zaczela mnie bolec glowa... wrocilem do domu sie chwiejac... nastepnego dnia rano (czyli wczoraj) czulem sie okropnie... myslalem ze to jest mega kac i glowa mnei lupala... nie przechodzilo wogole przez caly dzien i w pracy zacalem sie paskudnei czuc... w domu jak wrocilem tez bylo kiepsko... ona gdzies poszla cos z autem robic a ja zaczalem sie pakowac... jak wrocila to ja stalem oparty o szafke i ledwo stalem na nogach... bylem polprzytomny i mialem zawroty glowy... leb mi pekal.. pomogla mi sie polozyc... zaczalem miec taki ogromny bol glowy i serca ze nie wiedzialem co sie kreci... dwa razy zemdlalem... ona wlaczyla kompa i nagle do mnie mowi, czy zostane sam bo ona musi jechac po klemy do auta zeby odpalic... widzialem ze chce jechac i powiedzialem ze zostane sam... pojechala... zostawila mnie samego ![]()
wrocila przed polnoca dopiero... mowila ze pojechala po klemy a kto jedzie po klemy o tej porze ? wiedzialem ze byla u tego z ktorym mnie oszukiwala... a mimo to nadal klamala.. powiedziala ze nie zasluguje na jej szczerosc po tym co jej zrobilem (bylem w szoku... zwlaszcza ze jej brat mi grozil przez gg i cala wine zwalil na mnie)... powiedziala ze to jej sprawa co ona teraz robi i nie musi mi sie spowiadac... ja do niej ze gdyby sytuacja byla odwrotna, to ja bym jej nie zostawil nawet jakby powiedziala ze moze zostac sama... w miniona niedizele tez niby poszla do kina sama i wrocila przed 23 a w poniedzialek rano przyznala sie ze byla z nim... wczoraj powiedziala ze wcale w kinien ie byla... wiec szybko sie pocieszyla... jedno jest pewne - nie moge w najblizszym okresie pic alkoholu a to oznacza ze nie moge sie zalac w sylwka, ktorego spedze sam zeby go przespac... ona bowiem wykorzystala sytuacje i oczernila mnie do wszystkich znajomych ( i to przez net) wiec moje plany na sylwka sie posypaly... wiec ona jedzie do naszych znajomych na sylwestra a oni ze mna nie chca miec teraz nic do czynienia... dlaczego ona mnie po prostu nie zostawila? dlaczego mnie nie zdradzila? wtedy bysmy sie rozstali i to wszystko... a tak? tak to ucierpialem na tym najbardziej jak tylko moglem... mysle ze ona tak naprawde nie byla ofiara tego rozwodu...nic dziwnego ze on nie chce z nia rozmawiac, ze sie z nia rozwiodl, ze usunal ja ze swojego zycia... jesli ona w malzenstwie tez sie tak zachowywala jak w zwiazku ze mna gdzie ciagle chodzilo o kase... to wspolczuje temu z ktorym ona sie teraz spotyka... zaczela chodzic na terapie DDA ale okazalo sie ze jej sie "srednio podoba"...znajac ja - zrezygnuje z tego... caly czas chodzi i twierdzi ze to ja skrzywdzilem ja... czy naprawde to ja skrzywdzilem ja? wczoraj uzmyslowilem sobie ze chyba nie kochalem jej tak naprawde a tylko chcialem siebie przekonac do tego, ze ja kocham... powiedzialem jej to... wkurzyla sie...
co o tym wszystkim myslicie?