Nie wiem kto*, w sumie to trochę paradoks, że ja Ci doradzam, bo jak mam często podobnie, zresztą wiesz, bo pisałam, no ale przyjrzenie się problemom drugiej osoby chyba pozwala też na przyjrzenie się swoim i może czasem pomóc znaleźć jakieś wspólne wyjście
Piszesz, że czujesz sie odpowiedzialna za dobry nastroj innych. Wiesz, wlasnie ja tez tak mialam i probuje z tym walczyc, a to nie jest latwe, jesli sie mialo takie przeswiadczenie cale zycie! Po prostu staram sie umiec spojrzec na kogos i sie nie usmiechnac. Moze to sie wydac chore, bo to tak jakbym chciala byc na sile nie mila, no ale tu chodzi o to, ze ja zawsze sie do kazdego kiedys usmiechalam, wlasnie bez wzgledu na to, jak sie czulam, czy ta osobe lubilam, czy nie, czy byl ku temu powod, czy nie. I tak sie staram byc bardziej "naturalna", jesli to w ogole mozliwe... Jak sie skoncza tematy do dyskusji, to staram sie nie poczuwac do tego, by szybko reaktywowac rozmowe. Staram sie wyczekac czasem (bo naprawde nie jest to proste!), az ta druga osoba cos zainicjuje, tlumacze sobie wtedy, ze jestetmy na takich samych prawach i ja nie mam obowiazku wymyslac tematow, ze ta druga osoba tez moglaby sie postarac, zebym to ja sie dobrze w jej towarzystwie bawila, bo czemu by nie mialo tak byc...? Wiesz Nie wiem kto*, mi to właśnie poszło w skrajność, bo miałam taki okres i jeszcze teraz mam, że czasem aż za bardzo wyraże negatywne emocje, że nie umiem tego zrobić tak z taktem, tylko albo duszę w sobie albo cos tak powiem, ze da sie zauwazyc w tym nienaturalnosc. Ale na bledach sie czlowiek uczy. Tobie tez radze poprobowac bardziej pokazywac ludziom prawdziwą siebie, nie ukrywac tego, jak sie czujesz.
Ten natłok mysli, analizy - to tez moja domena, hehe. A moze sprobuj (jeszcze tez nie probowalam, ale moze tez zaczne tak!) wydzielic sobie kazdego dnia po np 2 godz, godz po poludniu, godz wieczorem na takie wlasnie daleko posuniete analizy. Bo wiesz, jesli probujuesz usilnie sie od nich uwolnic, to to sie nie moze udac, one beda jeszcze intensywniejsze. Wiesz, bywa tez tak, ze czlowiek sie uzaleznia od takich mysli natretnych, wiec nie da sie ot tak ich pozbyc, skoro w pewnym sensie sa Ci one potrzebne do zycia jak rybie woda. Ja tak troche tez mam i na terapii sobie uswiadomilam. Wiec jesli masz czas wydzialony na nie, to latwiej Ci bedzie nie myslec w danej chwili, np podczas pracy, bo bedziesz miala w perspektywie za jakis czas calą godzine na nie (a zaznaczam, ze w trakcie tej godziny nie mozesz myslec o niczym innym tylko analizowac, analizowac, analizowac - do znudzenia!, ocz, nawet, jesli to jest przykre
). Ja chyba tez to wdrożę, bede sie zamartwiac i myslec ze wszystko jest bez sensu, ale tylko o wydzielonych porach
Co do Twojego tegorocznego wyjazdu w góry. W mojej ocenie to za duże oczekiwania pokładłaś w tych wyjazdach, przez co, jak było całkiem normalnie, to już się one nie spełniły, bo dla Ciebie musiało być super cudownie i w ogóle miało Ci to zrekompensować wszystkie negatywy życia codziennego i dać sens życia na kolejne miesiace. To musialo sie w koncu zawalic. Gdybys przyjela, ze bedzie to normalny wyjazd w góry ,podczas których bedziesz w milej atmosferze zdobywac szczyty, ale rowniez beda calkiem zwyczajne, nudne, a moze tez smutne chwile - jak to w zyciu, to bys pewnie nie pisala, ze czar prysł. Tak mysle... Nie dałas sobie przyzwolenia, na to, ze tam - w "tak cudownej aurze, ze nie mozlwie zeby moglo byc cos zle" - Ty bedziesz sie mogla źle czuc czasem. A raz są tez przeciez lepsze wyjazdy i gorsze, co nie znaczy, ze "teraz juz wszystko skonczone, nie bawi Cie to i koniec, dziekuje".
Co do terapii rodzinnej, to raczej na pewno nikt takiej Ci nie zaproponuje, nie martw sie i nie zrzucaj na to;). Bo jestes juz dorosla, wiec teoretycznie mozesz stworzyc wlasna rodzine albo jestes na drodze by stworzyc. I mysle, ze z reguly terapie rodzinna wdraza sie, jesli problem dotyczy dziecka malego. Jest tez tak, ze na terapie idzie sie po to, by zmienic swoj sposob myslenia, swoje nastawienie, podejscie, widzenie pewnych spraw, by spojrzec z dystansu, przeanalizowac (sic!
), a rodzicow sie zostawia juz w spokoju, bo oni maja swoje zycie, swoje podejscie i bez ich woli nie mamy prawa ich zmieniac, zreszta to my idziemy do psychologa, nie oni. Po terapii czesto czlowiek uczy sie akceptowac fakt, ze rodzice sa tacy jacy sa i tak juz bedzie, ze mamy wplyw tylko na swoje zycie i w pelni mozemy nim kierowac, ustawiac sie optymalnie do pewnych spraw. Rodzice i ich problemy to ze tak powiem ich problem. Chyba ze pojda na terapie, no ale nikt na sile nikogo nie moze zmieniac
jesli chodzi o mnie to sama chcialam do psychologa, bo znalam osoby, ktorym to pomoglo w zyciu. I zawsze chetnie chodzilam, az moze za chetnie bo ktoregos razu to uslyszlaam nawet, ze ja lubie o swoich problemach mowic... hmm. Pewnie to tez bylo po cos,,,w kazdym razie potem bylam jeszcze na innej terapii i bylo ok. A problemy od kiedy... hmm, chyba od zawsze jakies wyrzuty sumienia, zbytnia grzecznosc...tak to ewoluowalo ze tak powiem, rozne objawy na roznym wtapie rozwoju, byly duże doły, hustawki nastrojow, agresja slowna, rzucanie pzredmiotami w skrajnych sytuacjach, przeasdny perfekcjonizm i totalna olewka - zamartwianie sie, analizowanie - wszystko po trochu 
buzka 