Mam problem w "byciu z ludźmi". Jestem jedynaczką, nigdy nie miałam zbyt wielu znajomych, większość czasu w życiu spędziłam chyba z rodzicami, tzn. tak w ogóle to zawsze wolałam męskie towarzystwo, przez okres 5 lat studiów przeszłam 3 poważniejsze związki, w relacjach z chłopakiem nigdy nie miałam tego typu problemów, choć czasem na początku znajomości doskwierało mi to, że "nie umiem być sobą". Ostatnio spotykałam się bardziej na luzie z jednym chłopakiem, a że teraz trochę nie wychodzi nam, to postanowiłam wreszcie nadrobić zaległości towarzyskie i w ogóle poznać jakieś nowe koleżanki, nowych ludzi. I poznałam właśnie ostatnio dziewczynę, która mi zaimponowała tym, że jest taka "naturalna", nie czai, że jest np. smutna, od razu w sumie zaczełyśmy sobie opowiadać o swoich problemach z facetami i spodobała mi się własnie taka jej spontanicznosc i naturalnosc, to, ze nie czai sie wylac mi swoje zale, co sprawia, ze ja tez czuje na takie cos przyzwolenie przy niej, czego mi osttanio bardzo potrzeba - zeby takiego kogos miec. Bo tak w ogole to mam tylko jedną przyjaciółkę, która owszem - wyslucha mnie (bardzo jest to dla mnie cenne), ale zawsze byl taki dystans miedzy nami, chocby fizyczny, zreszta ja z kolezankami czesto taki wlasnie dystans mialam, jedna z niewielu dziewczyn, z którymi potrafiłam np. podejsc i sieprzytulic, to byla i jest moja kuzynka, ale to dlatego, ze ona ten dystans potrafi przelamac, jest taka wlasnie naturalna, spontaniczna i z nia tak potrafie. Sama jednak jestem raczej powsiagliwa osoba i zdystansowana chyba, no i teraz taki problem, ze znam ta kolezanke od dwoch tygodni powiedzmy, ale zauwazylam, ze troche sie jej jednak "boje". za bardzo sie przejmuje, co ona sobie pomysli o mnie, staram sie z tym walczyc i raczej byc soba, ale to mnie jednak duzo czasem kosztuje. staram sie to robic w taki sposob, ze jesli mi cos sie nie spodoba w jej zachowaniu, to jej tam jakos to powiem, nawet mniej sympatycznie, ale ogolnie to sie nie czuje wlasnie tak komfortowo. Po prostu chyba boje sie byc soba. W ogole ta kolezanka zabrala mnie raz do swojej innej kolezanki, ktora mieszka z chlopakiem i tam to sie czulam masakrycznie dziwnie. Ja to jestem nauczona, ze jak kogos nowego poznaje, to jestem dla niego mila, usmiecham sie, staram sie zagadac (choc czesto pewnie nie mialabym na to ochoty). W ogole juz pare razy mialam taka sytuacje, ze poszlam tak z kims do kogos i ku mojemu zdziwieniu nikt sobie nie robil nic z mojej obecnosci, tylko czasem spojrzal, jak cos powiedzialm. W ogole podziwiam ludzi, ktorzy potrafia sie na kogos patrzec i sie nie usmiechac w sytuacji, gdy np. akurat jedna osoba mowi, inne sluchaja. Jak akurat mowil w pewnym momencie chlopak tej dziewczyny, to w pewnym momencie spostrzeglam, ze ona sie na mnie patrzy, ja tez sie na nia spojrzlama, ale ona sie nie usmiechnela. Wiem, ze powinnam skupic sie na rozmowie i nie myslec o takich rzeczach, ale uwierzcie, ze probuje, tylko to trudno (no chyba ze nie dostatecznie probuje, moze zbyt to analizuje). W ogole mam straszny problem z kontaktem wzrokowym, wlasnie ostatnio u tych znajomych kolezanki dalo mi sie to we znaki. Po prostu straam sie, jesli ktos do mnie mowi, patrzec na niego, w oczy, ale nie umiem wcale w tym wytrwac i tylko skacze wzrokiem z jednej osoby na druga, po wszystkich elementach ubioru czy tam ciala kazdej z obecnych osob - porazka. To jest dla mnie b. męczące. Chcialabym byc bardziej naturalna, spontaniczna. Byc moze inni tego tak nie zauwazaja, choc raczej wątpie, bo cos tam na pewno dostrzegaja, przeciez to sie czuje instynktownie, kto jest "na ludzie, a kto nie". Oczywiscie bywa, ze czuje sie inaczej, lepiej, troche to od ludzi zalezy, ale chyba najbardziej na ludzie czuje sie przy rodzicach jednak :PPP zawsze chcialam byc przy innych taka, jaka jestem w domu przy rodzicach, to byl moj wyznacznik siebie hehe. W sumie zroilam b. duze postepy na przestrzeni kilku lat, no ale jednak problem nadal istnieje. Ja kiedys do tego stopnia nie umialam byc soba, ze nawet kiedys moj byly chlopak podczas spotkania po dlugim czasie, zauwazyl, ze zmienil mi sie jakby glos!!! Po prostu jak z nim bylam, to nie bylam do konca soba chyba i nawet innym tonem glosu mowilam. Wiem, ze do roznych ludzi sie inaczej zwraca, no ale ten chlopak to byl ze mna ponad rok i chyba nie powinno byc az tak duzej roznicy... W sumie to wiem, ze najlepeij byloby po prostu siebie zaakceptowac, bo to pierwszy krok do zmiany... Zauważyłam, że nie umiem byc może z ludźmi "po prostu być". Zawsze uwazam, ze trzeba byc jakims, cos robic, mowic, sluchac i teraz, jak poznaje nowych ludzi, to np dziwi mnie to, ze ktos siedzi nadal w pubie ze znnajomymi, jak juz sie prawie wszystkie tematy do rozmowy pokonczyly, bo ja tak nigdy nie umialam, dla mnie to byl znak, zeby isc do domu. To takie skomplikowane jest, moze troche za duzo problemow opisuje, no ale moze Wam sie uda to jakos zrozumiec. Ale czy ktoś z Was ma może podobnie jak ja? W ogole to uwazam, ze wlasnie ma na to wplyw to, że jestem jedynaczka, bo nie mialam okazji, zeby na codzien "wycwiczyc sie w relacjach". Moi rodzice raczej nie sa ludzmi bardzo towarzyskimi, raczej to samotnicy ktorzy najlepiej czuja sie sami ze soba, wiec chcac nie chcac tez nie nauczylam sie od nich, jak "obcowac z ludźmi". Co do tych "problemow jedynaczki" to wlasnie zauwazylam tez, ze ja zawsze, jak mi cos nie pasowalo w kims, najczesciej w kolezankach, to od razu odsuwalam sie od takich osob, zrywalam relacje. Mialam nawet kilka takich sutuacji, w kazdej szkole (podstawowka, gimnazjum, liceum), ze zawsze byla jakas dziewczyna, ktora byla moim najwiekszym wrogiem, a ja zawsze postepowalam w obliczu takiej sytuacji tak, ze przestawalam sie odzywac na amen do niej i traktowalam jak powietrze. Wiem, ze jak sie ma rodzenstwo, to ma sie okazje wyswiczyc w relacjach i jesli jest problem to nie mozna od niego uciec, zerwac realcji, ale jest sie zdanym na to, ze jakos trzeba sie tam umiec ustawic, bo po prostu nie ma wyjscia - rodzenstwo jest i tyle i trzeba sie dogadac. A ja tak nigdy nie mialam i nie umialam i teraz mi tak trudno z ludzmi obcowac i ukladac sobie realcje. Czy ktos z Was ma podobnie?(powtarzam sie z pytaniem, wybaczcie;)), a jesli nie, to co o tym myslicie, czy moze znacie kogos takiego? jak taka osobe odbieracie? Czy jest jeszcze dla mnie szansa na "zluzowanie"?
Proszę o wsparcie
Mam trochę podobnie, chociaż u mnie- gdy zauważyłam, że nie radzę sobie w towarzystwie - zamieniło się to po prostu w samotnictwo. I teraz np. wyjazd na wakacje z grupą znajomych jest dla mnie wyzwaniem, bo przecież spędza się razem mnóstwo czasu, a ja po prostu czuje, że mi się zwyczajnie nie chce. Ale najgorsze jest, jak rozmawiamy w kilka osób - ludzie ciągle mi przerywają, zaczynam coś opowiadać, ktoś coś się wtrąci i potem nikt już nie zapyta co chciałam powiedzieć, tylko to tak przepada.
Nie wiem co Ci poradzić, bo ja się zwyczajnie zamknęłam w sobie, mało sie odzywam itp. a to przecież nie jest dobre rozwiązanie.
He ja też tam mam czasem jak Artemizja, siedzimy z rodziną zazwyczaj mama mówi, ale jak ja coś wtrącę do rozmowy to nikt nie słucha, ja patrzę a każdy zajęty sobą, pytam czy ktoś mnie w ogóle słucha a reszta w głupi hihot. Jak mama mówi to każdy musi słuchać ale mnie nie trzeba.
Wydaję mi się że to nie koniecznie jest przez to że jesteś jedynaczką, ja mam siostrę a mam podobny problem do Ciebie. Zresztą z siostrą nigdy nie miałam i nie mam dobrego kontaktu, cała nasza rodzinka jakaś dziwna, a ja od macochy chyba.
NotAGirl... ja też jestem jedynaczką,tez kiedyś miałam podobne problemy ale nauczyłam się jednego: obserwowania ludzi i wyciągania wniosków.Czasem oni są jeszcze bardziej zestresowani naszą obecnością niż my same
Rozumiem,że potrzebujesz osoby z którą mogłabyś tak normalnie o wszystkim pogadać ale nieraz trzeba wiele czasu by nawiązać na tyle bliską relacje by móc się wypłakać na czyimś ramieniu( dzielenie się radością zazwyczaj przychodzi łatwiej).
Women... spokojnie rodzinka rządzi się troszkę innymi prawami
Mama zawsze zajmie lokatę ciut wyższą od córki i zdobędzie większy posłuch. Tak jak wszędzie, i w rodzinie i w życiu z obcymi ludźmi,na swoją pozycje trzeba niejednokrotnie długo pracować i nie zrażać się niepowodzeniami... Słuchaj ich wyciągaj wnioski i przemów mądrze choć rzadziej a docenią jaka wspaniała osóbka siedzi obok nich... ![]()
Mam podobnie jak autorka wątku, mimo iż mam siostrę, ale różnica pomiędzy nami jest ogromna jak dla mnie bo 8 lat więc zawsze była zbyt młoda względem mnie by się z nią podzielić moimi troskami, problemami, radościami... A wszystko obróciłam tak jak Artemizja, też zamknęłam się w sobie... Mówię mało, w większym gronie w ogóle nie zabieram głosu, a najlepiej czuję się z moimi psami
:D A wyjazd z grupą znajomych graniczyłby u mnie z czymś niemożliwym do spełnienia, zaraz bym analizowała co byśmy mieli razem robić o czym mówić, a co jeśli tematy się skończą... EH:/ Ja nawet nie potrafiłam nigdy na wspólne spotkanie klasowe pójść, na wycieczki jeździłam niesamowicie rzadko a gdy już pojechałam to nigdy nie integrowałam się z grupą, zawsze trzymałam się jeden koleżanki... Może to taki typ człowieka samotnik po prostu...??? A może jakieś wydarzenia z dzieciństwa wpłynęły na taki postęp rzeczy... Ja trochę winię rodziców za taki obrót spraw...
Dziękuje dziewczyny za zainteresowanie :*
Jeśli chodzi o rozmowy z ludźmi to kiedyś byłam, jak mi się zdaje - nieśmiała, ale z czasem zrobiłam się waleczna, walczę o swoja pozycję, lubię, jak mnie słuchają, jeśli np. ktoś mi przerwie, to raczej staram się dokończyć w odpowiednim czasie, to, co powiedziałam, jest to dla mnie często takim punktem honoru, żeby właśnie moje zdanie zostało wypowiedziane... no ale właśnie, najsmieszniejsze jest to, że bywa tak, że czlowiek samego siebie POSTRZEGA ZUPELNIE INACZEJ, NAWET PRZECIWNIE, NIZ GO WIDZĄ INNI i i ja też się troche o tym przekonalam, bo bralam udzial w terapii grupowej, byla tam taka sytuacja, ze powiedzialm, ze uwazam, ze jestem niesmiala, cicha, spokojna, ze mysle, ze inni tak mnie widza, no i pani psycholog zrobila tzw. "rundkę" po wszystkich, co polega na tym, ze kazdy po kolei komentuje, co czuje w zwiazku z wypowiedzia tej jednej osoby i ludzie ogolnie wypowiedzieli sie, ze wlasnie postrzegaja mnie, ze zawsze umiem cos powiedziec, ze sie nie boje mowic, ze jestem otwarta i przychodzi mi to latwo
To mi dalo do myslenia i uswiadomilam sobie (biorąc tez pod uwage pewne fakty z zycia), ze tak naprawde mi sie zawsze wydawalo, ze jestem niesmiala, z czym probowalam walczyc forsujac np. swoje zdanie (zwlaszcza w ostatnich latach tak mialam) i to moglo spowodowac, ze stalam sie byc moze w oczach innych zarozumiala.... I teraz wlasnie staram sie z tym troche walczyc, tzn moze nie walczyc, ale jak ostatnio bylam w tym towarzystwie, to staralam sie siedziec cicho przez jakis czas, by wysluchac innych, by wyczuc "ich fale". Tak jak napisala chollerka: obserwowanie ludzi i wyciąganie wniosków.... to chyba cenna umiejętnosc, zreszta pomaga odtrącic uwage od siebie, a skupic sie na drugim czlowieku, co tak naprawde moze pomoc w stworzeniu glebszej relacji z tą druga osoba. Bo jak sie jest skupionym tylko na sobie... to wiadomo.
Chollerko no i bardzo cenna uwagę mi dałaś, że czasem potrzeba wiele czasu, by sie móc na czyims ramieniu wypłakac, by taki kontakt nawiązać, a mi sie chyba właśnie nigdy nie chciało starać o taka osobę, zawsze chciałąm mieć wszystko od razu, nawet jeśli nie okazywałam tego albo próbowałam to tłumić. Tak samo chyba z przyjaciółmi. Z tą nowo poznaną koleżanką to jest tak, że spodobało mi się, że mogę z nią tak, ale właśnie - pojawił sie lęk. W ogóle zauważyłam, że ona ma wiele chyba bardzo powierzchownych znajomości, sama mi mówiła, że tak naprawdę to mało ma takich koleżanek, z którymi by tak mogła, zresztą troche mi sie nie podoba, jak ludzi traktuje (mężczyzn zwłaszcza), nawet mnie parę rzeczy uraziło (może jestem przewrażliwiona). Czyli to co przychodzi szybko, równie szybko może odejść i na taka relację trzeba poczekać, zasłużyć sobie, powalczyć... Dziękuję Chollerko :*
Women ja mam tak, ze moja mama jest bardzo spokojna osobą, tata bardziej taki dominujący i w sumie myślę, że to po nim mam takie cechy jak to walczenie o wypowiedzenie swojego zdania. Ale zobacz, masz takie cenne doświadczenie, jak współżycie z ludźmi, którzy są tacy awanturniczy, bo ja zbytnio nie mam i normalnie gdzie bym nie poszła, czegokolwiek by mi ktoś nie powiedział, to mnie to często rani, każda uwaga, słowo krytyki itp itd... W ogóle to kolejny mój problem, ale może zostawie to na inny wątek.
Dianaa ogólnie to pewnie jest coś wtym, że jedni śą bardziej samotnikami, drudzy nie, myślę, że chodzi o to, by w skrajności nie popadać, ale też dobrze jest zdawać sobie sprawę ze swojej natury i akceptować ją.
Ja to raczej sie nie uchylam od spotkań towarzyskich, tzn. potrafię podjąć wyzwanie, ale właśnie, moim problemem jest to, że popadam w skrajnosci. Albo jestem zbyt miła, albo w końcu coś tak komuś odpowiem, że może sobie ktoś pomyśleć, że jestem najgorszym wrogiem. Po prostu nie mam wyczucia, nie umiem być "po środku". Domniemam, że to z powodu braku doświadczenia w kontaktach i tyle i być może jedyną szansą jest po prostu zdobywanie takich doświadczeń, a nie zamykanie się w sobie... co Wy na to?
według mnie najlepszym sposobem jest poznawanie nowych ludzi, ale niekoniecznie staranie się każdej znajomości rozwijać. ze mną jest tak, że poznam kogoś i w większości przypadków od razu mogę powiedzieć czy się dogadamy czy nie. Ta dziewczyna którą poznałaś - możesz zwrócić jej uwagę jeśli jakies konkretne zachowanie Cię denerwuje, ale jak dla mnie jeśli ogólnie niedobrze i nieswojo czujesz sie w jej towarzystwie to nie ma co na siłe próbować sie z nia zaprzyjaxnić. Nikt nie mówi żebyś zamykała się w sobie i traktowała ja jak powietrze, po prostu nie musisz często sie z nią widywać, może być ot tak zwykła znajomą:) Poznawaj ludzi a w końcu trafisz na kogos takiego, że w jego towarzystwie będzie się czuła swobodnie, co więcej- znajdziesz mnóstwo takich osób! troche odwagi i cierpliwości:)
No właśnie, bo przecież można mieć zwykłych znajomych... o tym też za bardzo nigdy nie wiedziaałm - wszystko albo nic
Dziękuję marzenka88 za komenta :*
dokładnie, w sumie takich osób zna się najwięcej. Zeby się zaprzyjaźnić to już cięższa sprawa, żeby w ogóle kogoś dobrze poznac potrzeba lat, dlatego jak juz mówilam, cierpliwości:) otwórz sie na ludzi i wszystko bedzie ok:)
Hmm dziwne to troche, tylko mi sie z niesmialoscia kojarzy i brakiem pewnosci siebie.Ja bylam jedynaczka przez 13 lat i tez wiekszosc czasu spedzalam z doroslymi a mimo tego jestem teraz towarzyska osoba ,wiec wydaje mi sie ze rodzenstwo nie ma za duzo do rzeczy,choc w jakims stopniu pewnie masz racje.Moze przebywaj jak najwiecej w towarzystwie , najlepiej takim,ktore lubisz i w jakim czujesz sie na luzie..
NotAgirlNotYetAwoman napisałaś coś sensownego na mojego posta i tym samym zainteresowałaś mnie swoją osobą. To oznacza, że jak masz coś ważnego do przekazania to to po prostu robisz. Wszystkim nam się zdarzają sytuacje gdy w towarzystwie ktoś przerywa naszą wypowiedź i nie dopuszcza nas do głosu, jednak nie powinno nas to wprawiać w zakłopotanie bo świadczy tylko o kulturze rozmówcy a nie o poziomie dyskusji. Nie powinnaś się tym przejmować, niektórzy mają siłę przebicia ale nic do powiedzenia i ja również w takiej sytuacji milczę. Często zdarza się jednak tak, że moje milczenie zaczyna kogoś irytować i spyta:"a co o ty tym sądzisz" i wtedy wszyscy słuchają. Co do trudności przebywania w grupie mam trochę inny problem pomimo, że pochodzę z dużej rodziny, osobiście nie znoszę gdy obca osoba znajduje się zbyt blisko mnie lub mnie dotyka. Wpadam wtedy nie tylko w zakłopotanie, ale nie umiem myśleć o niczym innym jak tylko żeby się odczepiła. Z tym jednak też daje się żyć.
NotAgirlNotYetAwoman powiedz mi ile Ty wlasciwie czasu juz z tym walczysz? I czy sama zdecydowlas sie pojsc do psychologa czy ktos na Ciebie mial ogromny wpływ? Widzisz moim problemem jest tez ogromnie mala wiara w siebie... ja studia tylko zaczelam, bo doszlam do wniosku ze Ci ludzie tam sa tak bardzi inteligentni i gdzie ja do nich? JA nie mam szans na cos takiego, mialam wrazenie ze smieja sie ze mnie za moimi plecami. W sumie jeszcze bylam sama , kazdy "przyszedl"z kims a ja bylam w tej grupie naprawde totalnie sama;/. Bo to byly studia zaoczne. W nic nie wierze , jak mi ktos mowi wez sie w garsc,zajmij sie czyms to uwierz mi prosze ze ja nie potrafie. ja nie wiem za co moglabym sie zabrac , jesli chodzi o nauke to naprawde sie nie potrafie skupic, Mam natłok mysli, czasem caly dzien przechodze jak lunatyk. Nie wiem co robie. Do tego dochodzi to ze w pracy zaczynam popelniac mase bledow;/.Caly czas jestem myslami gdzies dalej. Jak z kims rozmawiam to nie moge zdania dokonczyc bo gubie wątek az mi wstyd :(Jestem jakby wylaczona z zycia. Wczoraj czytajac Twoja historie doszlam do wniosku ze ja w wiekszosci czasu robilam cos dla kogos...zeby zawsze kogos zadowlic-wlasnym kosztem czesto. Mialam/mam wrazenie ze ode mnie zawsze wymagano dobrego humoru, dobrej rady ze ja w ogole idealna powinnnam byc. i tak przyzwyczailam ludzi do tego. Moge "nie miec dnia" i cos komus nawet nie ze odburkne ale po prostu wykarze mniejsze zainteresowanie to slysze od razu " ojoj bo ktos tu ma zly dzien, no to niemozliwe...TY...Ty masz zly dzien eeee gadasz tam, co CI?" kurcze co mi??ja mam czasem ochote skonczyc to wszystko , uciec albo krzyczec z bolu a ktos mi sie pyta "co mi" bo to niemozliwe zebym ja miala zly dzien..zreszta jaki mam do tego powod... . Widzisz ja nawet mam analizy i "schizy" tego typu ze np...siedzimy w barze jest fajna atmosfera , masa znajomych i co? Skoncza sie tematy nastaje cisza a ja czuje sie odpowiedzialna np za to zeby "podrzucic" jakis temat , zrobic cos zeby na nowo wszyscy sie dobrze bawili. I czuje ze tylko ja tak mam. Mam mase takich "ryc" Czasem jak czuje ze nadchodzą jakies dziwne glupie mysli to staram sie je wyrzucac z glowy, zaczynam np nerwowo chodzic po pokoju, probuje sie za cos zabrac i co?? I tak mnie dopadają. Analiza taka ze hoho. We wtorek jak mi sie zaczelo to wypilam pare drinkow po czym mialam najzwyczajniej w swiecie ochote sie pociąc, ulzyc sobie sprawic sobie ból. Wlasciwie juz prawie mialam w rece żyletke po czym dotarlo do mnie ze jesli to zrobie to nie bede umiala oklamac przyjaciolki i powiem Jej to i bedzie mi wstyd a i wiem ze Ona bedzie przerazona. Tylko to mnie powstrzymalo. Pisalas tez ze mam wyzwolic swoje emocje poprzez cos....ale co? Jak ja nic nie wiem, wszystko przestalo mnie interesowac i cieszyc. 1,5 roku temu zaczelam biegac zeby troche z siebie to wyrzucic...teraz juz nie widze w tym sensu. Od 5 lat jezdzilismy z chlopakiem w Tatry raz w roku latem na pare dni. Cieszylo mnie to , czulam nawet przez pewien czas ze chce to robic czesciej. Chodzilam jak oszalala po górach i z wielkim zawzięciem. Stawiałam sobie co raz to nowe wyzwania. Poczulam ze to jest to... jadac w tym roku czar prysł, wcale nie bylam szczesliwa nie umiałam sie tym cieszyc, Myslalam juz o tym co bedzie jak wroce ze znowu bedzie to samo ze znowu kicha. Mialam w dodatku ambitne plany ktorych z powodu kontuzji nie moglam zrealizowac i to mnie dobilo. Pomyslalam sobie raz w roku jade i jeszcze nie moge sie tym cieszyc do konca. Przestalo mnie to bawic. Naprawde nie wiem co jest . Nie mam planow na przyszlosc, nie wiem w czym jestem dobra nie wiem czego chce. Utknelam w czyms z czego nie umiem wyjsc mimo ze od jakiegos czasu sie staram. Wszyscy mi mowia ze musze isc do psychologa ale co mi to da...nawet w to nie wierze. Poza tym jesli ma byc cos takiego jak terapia rodzinna to nie "ide na to" nie chce juz niczego od rodzicow. Chce od nich uciec po prostu. Tylko jeszcze nie wiem jak. Albo uciec tak albo w inny sposob ![]()