Witam,
Mam problem, ponieważ nie wiem czy dobrze robię, a mianowicie zastanawiam się nad rozwodem po trzech latach małżeństwa (znamy się 16 lat).
O co chodzi? Już mówię.
Od ślubu mieszkaliśmy razem w wynajmowanej kawalerce, mogło być, ale zaszłam w ciążę i zdecydowaliśmy się na kupno własnego mieszkania.
Dostaliśmy kredyt po wielu wzlotach i upadkach, a zaczęło się od tego, że wpłaciliśmy zaliczkę na zakup własnego M, a tu niespodzianka- odmowa przyznania kredytu.
Powód- mój mąż ma 7 kredytów o których nie miałam pojęcia, nie poinformował mnie o tym. Część z nich wziął jeszcze przed ślubem a część po. Wyobraźcie sobie moją minę.
Byłam zła, wściekła i oszukana, jak tak można postąpić. Ale cóż, przełknęłam ślinę i zaczęłam myśleć jak z tego wybrnąć. Na spłatę dwóch z nich przeznaczyliśmy oszczędności ze ślubu oraz ja dałam wszystkie moje oszczędności. Po spłacie pozostało "tylko" 5 kredytów na niemałe sumy. Ja zostałam z niczym, on też (nigdy nic nie miał) i myślałam dalej.
Na pomoc kogokolwiek nie mogliśmy liczyć. Więc po awanturach w końcu poprosił o pomoc swoich rodziców- i zaczęło się. Teściowa zrobiła mi nie jedną awanturę, jak mogłam do tego dopuścić itd., nie docierało do niej, że ja nie miałam z tym nic do czynienia a synek, tzn. mój mąż nawet nie odezwał się słowem bojąc się matki. Nie stanął w mojej obronie, pozwolił jej na takie zachowanie. (pomyślałam, że może to dla niego normalne, więc ponownie przełknęłam ślinę i myślałam dalej). Wspomnę, że w międzyczasie dostaliśmy kredyt mieszkaniowy.
Tak więc zamieszkaliśmy we własnym mieszkanku. Przy przeprowadzce pomagali tylko moi rodzice(ja byłam w ciąży i nie mogłam dźwigać), a jego nawet nie tknęli palcem. ( oczywiście na pomoc obcych nie było nas stać a do przyjaciół mój mąż bał się zwrócić o pomoc, bo jak się okazało bał się odmowy). Dla mnie to żadni przyjaciele, ale to jego sprawa.
Od tego czasu, zarabia cały czas te same marne grosz, tj, wstyd się przyznać 1200 zł. Nie chce zmienić pracy bo chyba się boi, nawet jak mu podsuwam pewne oferty. Wszystkie opłaty mieszkaniowe i kredytowe robię ja. Mam tego dość. Do niego nic nie dociera. Przecież ma wyższe wykształcenie i mógłby zarabiać co najmniej 2 razy więcej.
4 miesiące temu zachorował na udar mózgu,- miał śmierć kliniczną- przerażające, ale do szpitala przychodziłam dzień w dzień ja. Jego rodzice pokazali się "aż" 3 razy po 10 minut.
Wspomnę, że musiałam chodzić do pracy, opiekować się naszym rocznym dzieckiem i wychodzić z naszym psem. Latałam z wywieszonym językiem, ale uważałam że tak trzeba.
Mąż nadal chodzi na rehabilitację, ale w pełni doszedł do normalności (o ile można tak nazwać stan po udarze). Chodzi do tej samej pracy, ale nie przynosi pieniędzy. Bo jak mówi, klienci nie płacą.
Wczoraj z mężem i dzieckiem pojechałam do teściów- bo chciał by jego rodzice zobaczyli małego. OK,( mogliby ruszyć swe cztery litery i przyjechać do dziecka sami). Na miejscu spotkała mnie niespodzianka- TEŚCIOWA zaczęła się na mnie wydzierać, że jakim prawem jej synek ma przynosić pieniądze do domu, bo jest obłożnie chory, to moim obowiązkiem ma być utrzymanie rodziny, mam pójść do drugiej pracy a on ma odpoczywać. Jestem wredna i wyrafinowana bo cały czas chce pieniądze. (rachunki same się zapłacą).
Wspomnę również że od roku praktycznie mieszkam z dzieckiem u swoich rodziców, oni pomagają w opiece nad nim. Poza tym nie stać mnie na nic. Moja pensja 3 tys. nie starcza na opłaty i kredyty, więc utrzymują mnie i dziecko moi rodzice. W naszym mieszkaniu mieszka mąż z psem. Chciałam wynająć mieszkanie, ale on twierdzi, że musiałby zamieszkać pod mostem bo u własnych rodziców nie ma dla niego miejsca.
Przez ok pół roku, z przerwami mieszkał również u moich rodziców, ale nie potrafił tego docenić i go wyrzuciłam. W ogóle nie zajmuje się dzieckiem, bo twierdzi że nie da rady (jest po chorobie).
Wiem, że oszukuje bo tak mu wygodnie. Ale nie będę ryzykować zdrowiem i życiem dziecka, więc nie daje mu go. Dziecko jest mu potrzebne tylko na pokaz, wtedy kiedy on chce.
Co mam zrobić? Czy ze mną jest coś nie tak że mam tego dość? Podpowiedzcie, proszę.