Witam wszystkich.
Mam nadzieje że nie robię wielkiego wyjątku od reguł, udzielając się na forum dla kobiet, ale to właśnie Waszego kobiety spojrzenia potrzebuję, anonimowego, nie mającego ze mną żadnego kontaktu, możliwie obiektywnego, dlatego proszę o przymknięcie oczu i wysłuchanie hitorii rozpadu związku w męskim wykonaniu.
Postaram się aby było ciekawie...
Jak tytuł wskazuje, sprawa dotyczy się związku, już nie aktualnego, w którym powroty i rozstania w przeciągu ponad 8 lat istnienia należy liczyć na palcach rąk i nóg razem.
Trudno pamiętać wszystko, ale rozstawaliśmy się i schodzilśmy blisko 20 razy.
W tej chwili chciałbym zakończyć sam w mojej głowie ten przykry powtarzający się proceder, bo kosztuje mnnie dużo zdrowia (to wersja łagodna, dla forum, bo kosztowała mnie o wiele więcej zdrowia niż jestem w stanie to słowami przekazać, a i wstyd jest za niektóre rzeczy). W tej chwili mam szanse zacząć życie od nowa i bardzo tego chcę, ale związek z moją byłą kobietą, zostawił mi w głowie przykre ślady, czuje tak wypraną osobość że nie potrafię ocenić racjonalnie już niczego, nie wiem na ile popełniałem błędy ja, a na ile zostałem sprytnie wmanipulowany.
Ogólnie rzecz biorąc chciałbym zrobić rachunek sumienia i ruszyć z kopyta do przodu i nie powtarzać błędów nigdy więcej!
Z Waszą pomocą chciałbym dojść co faktycznie było moim błędem, bo niechciałbym się pozbywać cech charakteru które w sobie kształtowałem, a które zostały stłumione, nie wiem czy słusznie.
To może zacznę o związku.
Byliśmy z początku jedną z tych par, której wydawało się, że są wyjątkowi, że na siebie trafili, że drugich takich nie ma i że to cud-miód, orzeszki.
Przysłowiowe motyle, furczały pełną parą, nie powiem dobrze to wspominam. Choć z perspektywy wiem, że to miałe symboliczne znacznie dla jakości tego związku. Ganiełem za nią jak głupi, uszczęśliwiałem na najbardziej wymyślne i znane mi sposoby.
Problemy zaczęły się kiedy dochodziło do pierwszych kłótni.
Pamiętam większość z nich, każda polegała na tym, że ja coś przeskrobałem, po czym był krzyk, wyzywanie i rzucanie w moją stronę słów ciężkich, trzask drzwiami i moja gonitwa za nią, przepraszanie, i prośba by się uspokoiła. W każdej kłótkni schemat się powielał, ja rozrabiałem, ona uciekała, ja goniłem, przepraszałem, ona powtarzała że ma mnie dość i że odchodzi.
Z pierwszego akapitu wiecie już że udało mi się ją namówić do powrotu blisko 20 razy, sam nie wierze jak to piszę.
To może teraz szczegóły.
Jestem trudnym z charakteru człowiekiem, mam swoje wady, być może jakieś problemy.
Żeby było sprawiedliwie to się podzielę.
Jestem zazdrosny, myślę bardziej niż inni, choć dziś jest to już mała zazdrość, ale zdaję sobie sprawę że kiedyś przeginałem, choć zaznaczam, nie byłem złośliwy, to raczej lęk przed utratą kobiety to powodował niż sama chęć odgryzienia się czy złośliwa natura.
Jestem uparty, i rzadko wyrozumiały. Często nie zostawiałem "wolnej przestrzeni", ogólnie chciałem mieć moją partnęrkę tylko dla siebie, z roku na rok, było lepiej, ale tak kiedyś było.
Dodatkowo początki studiów to klasyczny objaw studenta imprezowicza, nie odpowiedzialnego dzieciaka, ale to też historia, bo od tego momentu zdołałem min wystartować z własną firmą, której poświęciłem kawał życia i czasu, więc wiem co to znaczy praca, także to też jaki i inne moje słabości, to efekt mojej niedojrzałości młodzieńczej, dziś już noszącej tylko ślady lekkie po tym.
Jednak podstawy w sobie pielęgnowane mam takie iż chciałem, i chcę stanowić głowę rodziny, to jest moim celem, posiadać rodzinę, zapewnić jej bezpieczeństwo, byt, czuje się męsko i sprawi mi ogromną satysfakcję kiedy kobieta jest przy mnie szczęśliwa i spokojna, także podejśćie mam jak widać całkowicie normalne-standardowe. Nie piję, do alkoholu mam wstręt, uwielbiam sport, góry, i nie znoszę telewizji.
Wybaczcie za ten fragment, ale podzieliłem się wadami, to podzieliłem sięr również zaletami, które uważam takie mam.
Przydługo trochę prawda? No pewnie tak, mi też sie te 8 lat dłużyło, uwierzcie.
Do rzeczy.
Pierwsze lata polegały na tym że za każdym razem jak byłem zaborczy, lub nie odpowiedzialny na studiach, lub zbyt zazdrosny, chciała odemnie odejść, i odchodziła, ja zawsze przepraszałem, ona pozwalała mi wrócić, nic się nie zmieniało, i tak cyrk się kręcił przez prawie 4 lata.
Celowo nie wspominam o tym czy ja miałem powody, do zazdrości itp, bo chciałbym abyśmy przyjeli założenie że ja faktycznie mam trudny charakter i ona miała prawo mieć mnie dość.
W zasadzie mimo moich popraw, zrozumiałem, kiedy poraz kolejny, tym razem już hucznie i ostatecznie odeszła odemnie po 4 latach.
To już nie było rozstanie na 2 tyg, miesiąc. Wtedy już wrzasnęła stanowczo.
Ponieważ mój mechanizm zawsze był taki sam. I wiem już dziś, że wyniosłem to z domu rodzinnego, mam lęki przed samotnością, i ogromne potrzeby bliskoścki.
Ot ktoś popełnił parę błędów przy wychowaniu, i jestem tutaj wybrakowany.
To powodowało prawdopodobnie, że zawsze bałem się odrzucenia, a każde rozstanie przeżywałem, bez szczegułów, wystarczy że powiem, że zupełnie nie jak na mężczyznę przystało.
To rozstanie po 4 latach było huczne, bo ja już miałem przez 4 lata tak wyrobione zachowanie, że panik, połączona z samotnością, powodowała, że dorosły człowiek przeżywał traumę.
Działy się ze mną naprawdę trudne rzeczy, wstyd pisać, ale powiem tyle, że przyjaciele moi, naprawdę bali się o moje zdrowie, również bała się mnie moja była partnerka.
Ciężko mi było do tego dojrzeć, ale to był dla mnie okres przemian, chyba musiałem dorosnąć do bycia mężczyzną w przyspieszonym tempie sam i pojąć to czego nikt mi nigdy nie wpoił.
Z obniżonym poczuciem własnej wartości, bo po każdym rozstaniu słyszałem słowa, że stać ją na lepszego, że mnie nie nawidzi i tym podobne, powoli stawiałem pierwsze kroki.
I było całkiem dobrze, aż pewnego dnia, chwila słabości spowodowała że odezwałem się do byłej.
Odpowiedziała szybko, okazało się że tęskni i takie tam rzeczy.
Zaczeliśmy się spotykać jak "koledzy" , kawa, kino, teatr, imprezy, spacery, kiedy chciałem czegoś więcej, stwierdziła że nie ma ochoty tego ciągnąć.
U mnie rozpocząty proces szybkiego dojerzwania do bycia mężczyzną, cofnął się do punktu zero, trauma wróciła, problemy wróciły, znów ludzie bali się o moje zdrowie, a nawet i życie.
Oczywiście świadkiem moich zachowań i rozpaczy było również moja była partnerka.
Ciężko kolejny raz stawało mi się na nogi, ale powoli dawałem sobie radę, znalazłem bardzo dobrą pracę, poznałem nowych ludzi i...
Chwila słabości, kolejny raz. Odezwałem się do swojej byłej. Oczywiście ona zawsze nie zmiennie, od lat, odpisała szybko.
Sms, mail, tel, spoktanie -> znów jesteśmy razem.
Kolejny raz słyszę słowa, że jest jej przykro i że ona już wie że o miłość trzeba walczyć i że tak naprawdę kocha i kochała mnie cały czas.
Stawia mi obietnice że nie będzie, ja jej również że się zmieniłem.
Mija kilka miesięcy, i znów pod wpływem moich zachowań, choć nieporównywalnie mniejszego kalibru, ale i tak przesadzonych odchodzi.
Moje zachowanie to były np wyrzuty że idzie z kolegą na kawę, z koleżanką do kina, a nie poświęca mi czasu, a przecież oboje tak dużo pracujemy.
Także kaliber był "aż tak ciężki"
Czy muszę dodwać że po kolejnych rozstaniach, przperaszam, porzuceniach, bo ja nie odeszłem ani razu, było mi trochę trudno?
Jak wcześniej wydawało mi się że z tego nie wyjdę, tak tym razem byłem w ciężkich tarapatach.
Straciłem pracę, bo nie byłem w stanie normalnie funkcjonować. Wyprowadziłem się z miasta, bo potrzebowałem zamieszkać z rodziną, o której chciałem dojść do siebie.
Zamiast rozwoju, pracy, przyszłości, koleny raz cofałem się do punktu zero, mało tego zmieniała się moja psychika na gorszą, tak delikatnie mówiąc.
To był okres, w którym pierwszy raz zacząłęm chodzić do psychologa.
Kiedy myślałem że z tego już nie wyjdę, obce osoby, dzięki kontaktom w internecie, wyciągneły mnie z tego zupełnie nie świadomie.
To był okres w moim życiu, w którym sport odegrał niesamowitą rolę, zaangożowałem się w pewną dyscyplinę, amatorsko zacząłem startować w zawodach, poznałem ludzi, i w cuda nie wierzyłem, że ja z tego wychodzę.
Mało tego, dobity przez niekonczące się słowa w moją stronę, jak pisałem wyżej, każde rozstanie to poniżanie, obrażenie itp.
Miałem tak niskie poczucie własnej wartości przez tą huśtawkę związkową że koleżeński uśmiech innej kobiety analizowałem na 100 przypadków, czy to na pewno do mnie.
Przecież ja jestem nie wiele wart, no tak przynamniej wmawiała mi zawsze moja kobieta.
I tak małymi krokami, stawało się nie możliwe, ale wracałem do ludzi, i wiecie co się stało?
W związku z moją sporową aktywnością zacząłem prowadzić bloga, na którym opisyłame moje osiągnięcia i nie tylko.
Okazało się że moje była partnerka, znalazła mój adres i przez kilka miesięcy kilka razy dziennie na niego wchodziła.
Znalazła tam linki do for internetowych na których się udzielałem, zaresjetrowała się tam, i zaczełą udzielać się w tematach, gdzie ja się udzielałem.
Szybko zorientowałem się kto to jest. Zaczeła pisać o miłości, przyjaźni itp, dało się wyczuć jej refleksjny stan.
Zaatakowała mnie ogromna złość. Pierwszą wiaodomość jaką jej wysłałem, była o treści takiej iż ma tupet że po tym wszyskim jak odrzucała mnie już tyle razy przez tyle, lat nie patrząc na to jak u mnie
te rozstania przebiegały, miała czelność się pojawić kolejny raz w moim życiu.
Takim tonem wymieniliśmy kilka maili, każdy kolejny o łagodniejszym tonie, a jej o tonie "przepraszającym" , wszystko zaczęło wracać i doszło do spotkania.
Oczywiście jak od lat, nie stawiała oporu, spotkanie nie przyniosło wiele, ale po kilku spoktaniach luźnych, zaproponowała wyjazd w góry.
Połknąłem chaczyk, pojechałem, po 2 kielkiach wina i 2h rozmowy już była w moich ramionach.
Spędzilśmy razme weekend, wrócilśmy z gór już jako para. Chyba oboje w szoku, ale jednak.
Ponieważ wiedziałem co się święci zanim doszło do pierwszego spotkania, pomyślałem sobie takie coś.
Że być może w tym wariactwie jest metoda i że być może ona była zagubiona bardziej niż i że oboje może już dorośliśmy.
Napisałem jej to samo, i dodałem że jeśli to ma być kolejna próba, to ja dziękuje, uprzedziłem ją że nie stać mnie na kolejne rozstanie, uprzedziłem że nasze problemy na pewno wrócą, ale że tym razem po raz pierwszy będziemy musieli je rozwiązać i stawić im czoła, bo na kolejne zabawy ja już nie mam siły. Tak napisałem.
I zaczęło się, szybko powróciły tematy i wspólnym życiu, wspólne plany, rozmowy o mieszkaniu, pracy i tego typu. Nastawienie mieliśmy takie że wracamy by żyć razem, założyć rodzinę.
To powoli odblokowywało mnie, nie sądziłem że to się stanie, bo każde rozstanie to była trauma, do tego krzyki między nami i miałem wrażenie że my się od dawna już nie nawidzimy.
No i dochodzimy do miesjca w którym trzeba napisać że ludzie się nie zmieniają.
Dzwonię do swojej partnerki, odbiera mężczyzna, oczwyiście przypadkowo, ale jednak odbiera, ja jestem tym poirytowany, prawię ja morały, czyli wraca moja słabość.
Takich sytuacji było dosłownie przez okres 5 miesięcy 3, aż i tylko 3. Ale zamiast jak zakładaliśmy walczyć i dać sobie czas aby w końcu coś zmienić, ona decyduje odejść.
Po raz blisko 20 raz.
Czuje że zakpiła z mojego życia, ale jej wrzaski i słowa na temat mojej osoby, tak wyprał mi mózg, ze czuje się że wszystko sam popsułem ciężkim charakterem.
To co mi się wydawało, to to że miała prawo po tylu szansach i próbach odejść ostatecznie 4 laa temu, ale nie miała prawa wracać aż tyle razy, skoro nie miała problemu by kolejny raz mnie rzucać.
Mimo iż widziała jak każde kolejne roztanie mnie dobija krok po kroku.
Pozwólcie ominę to co się ze mną dzieje, obawiam się będzie ciężko, ale chce dać sobie szansę, dlatego prosze o szczerą opinię na mój temat i jej.
Gdzie popełniłem błąd? Chcę zamknąć pewną furktę, bo wiem, ze jak odezwę się do niej znów za pół roku, ona znów odpisze i koszmar się nie skończy.
To musi zostać zapomniane, jestem jeszcze młody, mam pomysły na życie, jestem przedsiębiorczy, poradzę sobie, ale muszę ten rozdział zamknąć.
Proszę o szczere opinie, nie bójcie się krytyki, tylko na niej mi teraz zależy, bo już straciłem rozum i nie rozróżniam dobrych i złych zachowań w tych relacjach.
A muszę zrobić sobie rachunek sumienia i z pewnymi założeniami, o niektórych rzeczach zapomnieć i a niektóre w sobie pielęgnować.
Tym co dotrwali do końca tekstu dziękuje za wytrwałość.
Jak dla kogoś moja postawa wydaje się śmieszna, piszcie! Ja chcę to usłyszeć od osób trzecich!
Pozdrawiam
Starający się twardo stąpać po ziemi.
Anonim