hej.
Dawno nie pisałam, ale teraz potrzebuje się wygadać.
Przez ostatni czas czyli jakieś 1,5 miesiąca w moim związku było rewelacyjnie między nami. Żadnych sprzeczek poważnych. Ja go nie bolkowałam przed jego pasjami, przyzwyczaiłam się do tego, było super. Nawet zamieszkałam u niego, bo mi to zaproponował, co prawda tylko na pewien czas, ale cieszyło mnie to, że mi to zaoferował. Cudownie nam się mieszkało. On wychodził na kursy, na piłkę, ja się zajmowałam przez ten czas sobą, było fajnie. A dziś jest mi źle. Wczoraj podczas rozmowy powiedział mi o swoich planach na sobotę, a mianowicie, że od 14 do 19 go nie ma, bo idzie na mecz, potem sam będzie grał. Ja się troszkę oburzyłam, ale nie aż tak bardzo. Powiedziałam że taka wizja soboty średnio mi się podoba. I jeszcze na niedziele planował obejrzeć mecz. No kurcze ja rozumiem pasje, ale czasem chyba warto choć z jednej rzeczy zrezygnować. Uważam że teraz jestem wyrozumiała bardzo, a mam wrażenie że to jest nie doceniane, ze tylko ode mnie się wymaga. I wyobraźcie sobie, ze już jest źle u nas. On mi zarzuca, że się nie kontroluje (bo się oburzyłam) i już ma nade mną przewagę. On podczas kłótni to jest inny człowiek. Nie cierpię go wtedy. Nie rozmawia ze mną, lekceważy mnie, prowokuje mnie do tego żebym wybuchła i w ogóle nie dąży do pojedniania. To zawsze należy do mnie a mi jest z tym cholernie źle. Nie potrafię tego olać, bo jakoś zawsze się boję, że jak ja oleję to nic z tego nie będzie bo to ja zawsze walczyłam. Usłyszałam też wczoraj, ze jak mi się coś nie podoba to mogę się wyprowadzić. No kurczę tak łatwo przychodzi wypowiedzenie takich słów, a dla mnie to jest rana. I teraz tak jak zawsze zresztą to ja będę musiała wypruwać sobie flaki żeby wszystko wróciło do normy i żeby było ok. Czy to jest miłość? dlaczego stara sie tylko jak jest dobrze, a jak jest źle to ma to w d...e. Jesteśmy ze sobą 20 miesięcy, od 2 miesięcy zaręczeni, ja mam 25 lat, on 26. Wydaje mi się że rozmową idzie do wszystkiego dojść, ale on nie chce rozmawiać, bo uważa że ja nie potrafie. Uważa że sie unoszę, a ja wcale nie krzyczę, mam lekko podniesiony ton co wynika z moich emocji, ale dla niego straszne jest to że ja się w ogóle oburzam, bo ja powinnam zawsze wszystko akceptować i nic się nie odzywać jak mi się coś nie podoba, a jak się odezwę to wg niego zawsze robię to w nieodpowiedni sposób. Wmawia mi pewne rzeczy a ja wpadam w szał. Uwielbiam go jak jest dobrze, a nienawidzę jak jest źle. Nie czuje się winna, a wręcz przeciwnie a wiem że nie mam co liczyć na jego poczucie winy i chęć pogodzenia się i to mnie dobija... ![]()