Mam pewien problem z przystosowaniem się.
Wychowała mnie niewielka wioska w środku sudeckich lasów.
Moje dzieciństwo było niesamowitym, pełnym magii czasem, z samotną leśniczówka i gospodarstwem rodziców jako centrum świata i oazą bezpieczeństwa. To był poligon dla dzikiego rozrostu wyobraźni. Rzadko widywałam inne dzieci, w ogóle innych ludzi, aż do pewnego września, gdy w wieku 7 lat poszłam do wiejskiej szkółki i rozpoczęłam proces edukacji.
Okazało się, że jestem bardzo zdolnym dzieckiem. Z najlepszym wynikiem skończyłam szkołę. Do liceum poszłam więc do miasta. I wkrótce rozpoczęłam studia.
Zaś po ukończeniu studiów mój świat legł w gruzach.
Odkryłam, że do momentu obrony pracy magisterskiej moje życie było w zasadzie przedłużeniem dzieciństwa; robiłam to, co kochałam, ani na chwilę nie przestając czuć się bezpiecznie. W razie kłopotów zawsze mogłam liczyć na pomoc uczelni, dzięki stypendiom nie musiałam martwić się o finanse... było ciepło i dobrze. Jak w domu.
Od momentu ukończenia studiów - to już trzy lata - nie mogę się odnaleźć. Kompletnie nie jestem w stanie wzbudzić w sobie pędu do kariery. Nie widzę sensu w świecie, który mnie otacza: świecie konkurencji, wyścigu, pieniędzy i stanowisk, które śmieszą mnie swoją bezużytecznością.
Wszystko o czym marzę, to powrót do lasu, ciszy, pracy na własny rachunek. Niestety, naszego domu w górach już nie ma, a nie posiadam środków na stworzenie nowego...
Tkwię więc w mieście, od jednej bezsensownej pracy do drugiej, a chwilowo w ogóle bez pracy. Kompletne pogubienie...
Podobne tematy
<czytula>
Ja się tak czuję całe życie, mimo, że jestem mieszczuchem. Taką leśniczówkę stworzyłam sobie w mózgu po prostu.
Wiem, jakie to straszne.
I ciągle myśli: wygrać w totka i zaszyć się gdzieś we własnym świecie, urządzić go tak, jak umysł potrzebuje.
Też tkwię na pensji ledwie karmiącej i się zastanawiam... może są jakieś "kursy", albo terapie... ;/
Kompletnie nie umiem odnaleźć się w świecie, gdzie już gimnazjalista ma zaklepane stanowiska pracy i ryje pod konkretny wyścig szczurów...
Gdzie tutaj Człowiek?
Wychowała mnie niewielka wioska w środku sudeckich lasów.
Zazdroszczę. ![]()
Odkryłam, że do momentu obrony pracy magisterskiej moje życie było w zasadzie przedłużeniem dzieciństwa
Większość studentów ma ten sam problem.
Kompletnie nie jestem w stanie wzbudzić w sobie pędu do kariery.
Istotnie, stereotypowa "kariera" nie zachwyca.
Nie widzę sensu w świecie, który mnie otacza: świecie konkurencji, wyścigu, pieniędzy i stanowisk, które śmieszą mnie swoją bezużytecznością.
Ty też to masz? ![]()
Wszystko o czym marzę, to powrót do lasu, ciszy, pracy na własny rachunek.
Własna firma. Innej drogi nie ma.
Tkwię więc w mieście, od jednej bezsensownej pracy do drugiej
A określiłaś co byłoby sensowne?
Bardzo dobre pytanie! I cholernie trudne.
Robić coś, co jest potrzebne innym, ale spełnia też moje potrzeby. Co sprawi, że obudzę się uskrzydlona myślą o trudach, które mnie czekają.
Kiedyś miałam, choć krótko, pracę, która tak mi układała życie, że czułam się wspaniale, mimo że była to praca bardzo trudna i chwilami fizycznie wymagająca ogromnej wytrzymałości. Byłam pracownikiem technicznym na wykopaliskach archeologicznych, zajmowałam się eksploracją (machanie łopatą) i dokumentacją (machanie ołówkiem i sprzętem pomiarowym). Po 10 godzin w terenie, czasem więcej, w skwarze i mrozie, śniegu i deszczu, ale uwierzcie mi, takiej atmosfery nie zaznałam nigdzie poza górami. Wspaniali, choć może czasem pogubieni ludzie, świeże powietrze, brud i zmęczenie - czułam, że żyję. I na jednym ze stanowisk poznałam swoją drugą połowę ![]()
Niestety kryzys budowlany zrobił swoje, od roku nie mogę zaczepić się nigdzie, choć nie tracę nadziei i szukam wciąż okazji...
Coś takiego właśnie jest dla mnie sensowną pracą.
Ale jeszcze poanalizuję problem, tn uświadomiłaś mi oczywistość, jeżeli określę sobie docel, będę mogła zadziałać, dzięki ![]()
Może warto odkryć swoją misję zawodową?