Może to brzmi trochę absurdalnie, ale jest dokładnie tak, jak w tytule. Jestem sama. Pamiętam jak w akademiku razem ze współlokatorką żaliłyśmy się same sobie, że obie idziemy przez życie w pojedynkę. Czasem się z tego śmiałyśmy. Było wzajemne wsparcie, jakoś to było. Potem ona, bezgranicznie zakochana, zapomniała o mnie. Jedyny temat na jaki rozmawiała to jej mężczyzna. Odsunęłam się wtedy nieco, denerwowało mnie to. Można pomyśleć, że to zwykła zazdrość. Może w jakimś stopniu i tak. Ale fakt jest faktem, iż nie cierpiałam tej monotematyczności.
Dziś obserwuję takie zjawisko u moich innych dobrych koleżanek. Śluby, przygotowania, wieczory panieńskie, wszystko kręci się wokół jednego i ciężko porozmawiać o czymś innym. A ja tego nie czuję, nie są to mi bliskie sprawy. Zaczęłam unikać moich znajomych. Nie czuję się w ich towarzystwie dobrze. Jeszcze niedawno zgodziłam się na wyjazd z nimi (3 pary+ja). Zacisnęłam zęby, żeby przetrwać, bo głupio mi było odmawiać, ale nie czułam się zbyt komfortowo w towarzystwie.
Teraz już nie wiem, czy denerwuje mnie fakt, iż bardzo często ludzie nie widzą nic poza swoją drugą połówką, czy staję się już zgorzkniałą zazdrosną osobą. Niedługo moja dobra znajoma ma ślub, szykuje się wieczór panieński, a ja dokładnie mówiąc nawalam i nie angażuję się w to. Jest mi głupio, ale nie potrafię inaczej. I źle mi z tym. Chyba jednak przemawia przeze mnie gorycz, skoro nie potrafię cieszyć się szczęściem innych. Unikam, odsuwam się.
Ma ktoś podobnie?
Podobne tematy
Bo ja wiem czy to gorycz...
Wiele zależy od Twoich znajomych. Z tego co piszesz nie wykluczają Cię. Zatem powinnaś jak najbardziej korzystać z tego faktu. Nie mniej jednak wiem, że nie są to sytuacje komfortowe...
Ja sama tez unikam znajomych "zaparzonych", ale prawda jest taka, że to oni BARDZIEJ unikają mnie. Nie mają pojęcia co zrobić z singielką. Nie potrafią mnie umieścić w swoich towarzyskich planach. Fajnie, jak przyjdę na kawę tak tylnym wejściem i szybko zniknę.
Z tego co piszesz - Twoi znajomi nie robią tak. Korzystaj. Niech sobie pogadają o narzeczonym/mężu/cokolwiek.
Choć rozumiem Cię doskonale - moja częstotliwość bywania u pewnej koleżanki spadła do 1 spotkania co 3-4 miesiące... przez monotematyczność...
Widzisz - im wolno być monotematycznym. To my w świetle społeczeństwa robimy "coś nie tak".
Kasai - doskonale Cię rozumiem i mam tak samo. Miałam właśnie wyjechać z moją koleżanką i jej chłopakiem nad morze. Całe szczęście, że nie dostałam urlopu i nie pojechałam... Wiem, że na tym razie się nie skończy, bo koleżanka już mi zapowiedziała, że za rok to wcześniej zaplanujemy urlop a wtedy to już na pewno wypali.
Ja na ten czas nie zamierzam się z nikim wiązać. O ślubie i dzieciach nie myślę. Nie wiem czy w ogóle będę zakładać rodzinę. Podoba mi się moja wolność. Być może jest to przejaw egoizmu. A może po prostu nie dojrzałam jeszcze do tego. Nie wykluczam oczywiście, że kiedyś mi się to odmieni. Ale na razie nie mam ochoty słuchać po raz enty, że jej mąż/chłopak/narzeczony jest taki cudowny/opiekunczy/zaradny albo, że sie kłócą/nie widują się zbyt często itd. Że dziecko w nocy nie spało, znowu ma wysypkę/biegunkę itd. Nie, po prostu nie. Chcę porozmawiać na normalne tematy, bo jestem singielką z wyboru i nie chce mi sie słuchać o ich problemach życia we dwoje albo o zaletach. Nie lubię też, jak mnie ktoś na silę swata. Nie czuję się w żaden sposób zdesperowana a jeśli będę chciała kogoś poznać, to po prostu to zrobię. Także singielki, musimy trzymać sie razem i nie dać "sparzonym" szczęśliwie zakochanym ![]()
Po raz setny napiszę swoją opinię w takim temacie ale cóż
może trzeba mówić o tym głośno, to ktoś 'sparowany' dostrzeże problem ![]()
Mnie też razi monotematyczność niektórych moich koleżanek. Czasami zaciskam zęby a czasem zmieniam temat. Ile można słuchać co jej ukochany zrobił jej na śniadanie i w jakich pozycjach się kochali? Rozumiem raz na jakiś czas pogadać sobie, pochwalić się swoim szczęściem. Problem jest, kiedy nie umie się mówić o niczym innym. A później facet odchodzi i czarna rozpacz, bo przecież bez niego życie nie istnieje... Jeśli chodzi o wyjścia czy wyjazdy to nie tyle denerwuje mnie fakt, że takowe są, tylko to, że żadna nie wyobraża sobie wyjścia bez ukochanego. Nie ma mowy o babskim wyjściu na piwo czy do kina... na szczęście nie wszyscy moi znajomi są tak zapatrzeni w swoje drugie połówki, inaczej zwariowałabym.
Nie sądzę, żeby zdenerwowanie takim zachowaniem wynikało z jakiejkolwiek zgorzkniałości - to normalna reakcja
Moim zdaniem to nie jest ani fajnie ani normalne gdy przez cały czas nie widzi się nic poza swoim związkiem.
Gorzej jeśli wam dziewczyny, kiedy jesteście w związku odbija taka sama palma
wtedy zastanowiłabym się czy teraz nie jest to forma zazdrości
jeśli zachowujecie się tak samo w związku jak i jako singielki to chyba wszystko ok ![]()
Mam tak samo, z tym tylko że znajomi zapomnieli o mnie bo większość kogoś ma... jakiś czas temu byłam rozchwytywana bo byłam w związku a teraz nic... jestem potrzebna gdy coś się wali lub trzeba prezenty pokupować i podobijać swoim szczęściem z zerem zrozumienia.
Mam innych takich okazjonalnych znajomych, to same małżeństwa, niby fajnie, ale jednak trochę boli tak z nimi się bawić czy wyjeżdżać.
Na razie jeszcze sobie radzę, ale to boli, bo im dłużej tak żyje tym mi smutniej, a po za tym baardzo nie lubię życia singielki, wolę zobowiązania, szybkie tempo, musieć zmieścić wiele rzeczy w jeden dzień. A teraz, ani iść na podryw bo nie mam koleżanek singielek ani nic do roboty konkretnego nie ma, nudno i smutno, i wracają miłe wspomnienia, ale miłe wspomnienia bardzo bolą w złe dni.
Heh... Ja nawet usiłowałam być monotematyczna
.
Miałam okres w życiu, w którym miałam o kim mówić, potrzebowałam, bo nie był to klasyczny związek i każdy dzień był jednym wielkim usiłowaniem zrozumienia co się dzieje. I tak 3 lata. I kiedy szłam do jednej z moich koleżanek to usiłowałam ją, jako osobę "bezstronną" wciągnąć w owe rozważania. I wiecie co?
Zaczynałam mówić*, a ona w odpowiedzi opisywała mi, jak jej synek bez pieluchy zaczął śmigać.
Totalna, destrukcyjna zlewka.
To było przerażające.
Zatem przy którejś wizycie postanowiłam nawymyślać tak brazylijskich rzeczy, żeby uzyskać reakcję...
Kolejny opis dnia z życia synka**.
To było, jakbym dostała po ryjku. Uświadomiło mi to dwie podstawowe rzeczy:
1. Ona ma mnie totalnie w rzyci.
2. Moim usiłowaniem wyjaśnienia rzeczy dla mnie ważnych - uczyniłam się podobnie monotematyczna.
Więc odpuściłam. Rozmawiając z nią poruszam tylko te tematy, które ją "ockną": synek, pieniądze i nowe auto.
Są ludzie i ludzie.
A ja nauczyłam się, ze niestety faktycznie, jak wspomniała Szczurunia - trzeba się zastanowić, czy sami tacy nie bywamy.
Po tamtych sytuacjach i tak wiem, że nie zazdrość to była i jest. Po prostu każdy z nas zagłębia się w tym co dla nas ważne, nie patrząc na to, że spłycamy własne postrzeganie i odbieranie świata.
No i mam zamiar monitorować się, aby znowóż takich błędów nie popełniać
.
------------------------------------
*ano zaczynałam mówić w sposób niezauważenie monotematycznie ![]()
**nie mam nic do synka, jest genialny i uwielbiam go (mimo, ze dzieciów nie znoszę) i wbrew pozorom wcale nie jest rozpuszczony ![]()
7 2010-09-12 12:50:17 Ostatnio edytowany przez Black Angelica (2010-09-12 12:54:06)
Witam
Co do znajomych, mam tak samo jak Ty, Kasai, i z tego też powodu trafiłam na to forum. Otóż, tak się porobiło, że wszyscy sparowani lub prawie - sparowani i nawet jeśli prawie, nawet jeśli jedna strona podobno nie chce, czyli teoretycznie powinnam się z nimi dobrze bawić, bo są singlami tak jak ja, czuję się źle, bo widzę, co się dzieje, flirt, podrywanie itp. Wczoraj nie poszłam na spotkanie ze znajomymi, bo miał być taki układ: koleżanka i kolega, którzy ze sobą kręcą, choć ona nie chce, ale i tak zazwsze w sposób widoczny ze sobą kręcą oraz inny chłopak z dziewczyną, więc czułabym się jak 5. koło u wozu. A zatem też wygląda to na odsuwanie się z mojej strony, bo oni przecież chcą się ze mną spotykać, ja z nimi też, ale gdy widzę jak kolega odciąga koleżankę od towarzystwa, próbując ją pocałować, przytulić, zajmując się tylko nią, to fajne to już nie jest... Dlatego lepiej wychodzić, gdy jest sznasa poznania kogoś nowego, kogos wolnego, wtedy wyjście i zabawa mają smak
Wtedy jest dla kogo tańczyć, jest dlakogo się uśmiechać, jest kogo kokietować
Co do monotematyczności, czytając Wasze posty doszłam do wniosku, że sama staje się niekiedy monotematyczna, bo choć nie mam faceta, zawsze ktoś się kręci (choć tych, którzy mnie podrywają, zazwyczaj nie chcę...) i z koleżanką rozmawiam głównie o facetach, ale zauważyłam, że ona coraz częściej zmienia temat, albo tylko potakuje bez takiego zainteresowania jak kiedyś... Z jednej strony -może to zazdrość, choć ona ma więcej adoroatorów niż ja, ale jej adoratorzy są bardzo "pokręceni", po prostu przyciąga takich facetów, ja jednak, analizując moich, dochodzę do wniosku, że często są to w porządku faceci... Z drugiej strony może ma już dosyć gadania o facetach, aczkolwiek nie rozumiem tego, w końcu ona właściwie też jest singlem, więc to naturalne, że rozmawia się o facetach...
Z wypowiedzi wynika, że dla większości kobiet najważniejszy temat to: ja, facet, ja i facet, ja i facet i plany z nim związane. Czy to nie jest troszkę.... żałosne?
Jest tyle innych tematów - książki, filmy, aktualne wydarzenia polityczne, hobby, ostatnia wycieczka za miasto, ciuchy, nowe trendy w makijażu...
Black Angelica, ja myślę, że twoją koleżankę cały czas poruszanie tego samego tematu po prostu... znudziło ![]()
Pixy, w takim razie współczuję takiej znajomości. Wiem co to znaczy kiedy z jednej strony chcesz utrzymać znajomość a z drugiej sama myśl o rozmowie przyprawia o mdłości...
Ja się staram próbować wyciągać takie osoby w pojedynkę gdzieś, przynajmniej tyle.
Dziekuję Wam za odzew. Widzę, ze nie tylko mnie rozmowy "sparzonych" przyprawiają o mdłości ![]()
Wiele zależy od Twoich znajomych. Z tego co piszesz nie wykluczają Cię. Zatem powinnaś jak najbardziej korzystać z tego faktu. Nie mniej jednak wiem, że nie są to sytuacje komfortowe...
To właśnie sprawia, że czuję się jeszcze bardzie niekomfortowo, jeśli wiem, że oni się ode mnie nie odsuwają, chcą się spotykać ze mną. Czuje się podle i jak ostatnia egoistka, kiedy ich unikam. Pewnie w ich oczach też tak zaczynam wyglądać.
Jak pisze Szczurunia, jest tyle tematów do obgadania, więc trochę nie rozumiem skąd to skostnienie. Choć jakby tak spojrzeć ogólnie na ludzi... spora ich część po prostu uwielbia mówić o sobie i swoich sprawach, a jest zamknięta na to, co mówią inni. Uwielbiają, kiedy się ich słucha, a sami często słuchać nie potrafią.
Ale jak obserwuję singielki, też potrafią być monotematyczne. Szczególnie te nieszczęśliwie, które wiecznie rozprawiają o tym, jak to ciągle im się nie udaję kogoś spotkać, jakie są biedne z tego powodu. Chyba każdemu się zdarza.
Bycie z kimś lub nie, to w naszym społeczeństwie jedno z podstawowych kryteriów oceny drugiej osoby. No i w gruncie rzeczy to chyba dlatego temat przewodni naszych rozmów. Miałam kiedyś wspaniałą pracodawczynię, kobietę o ciekawe osobowości, życzliwą, profesjonalną w swej pracy. A ludzie postrzegali ją przede wszystkim jako starą pannę, którą rzeczywiście była. To, jakim była człowiekiem na co dzień, schodziło na ostatni plan. Przykre, że schematyczne myślenie tak nas ogranicza.
Chciałabym bardzo poznać nowych ludzi, którzy są otwarci, a ich myślenie o świecie nie jest ograniczone do jednej wersji, ich wersji. Szalenie to trudne, kiedy słyszę, jak większość mówi mi na co dzień "poczekaj, w końcu kogoś znajdziesz, założysz rodzinę, będziesz szczęśliwa". A przecież nie każdy musi podążać tą samą ścieżką.
Hehehe...
Ja ogólnie w pracy jestem wykluczona nawet z kupowania prezentów ^^.
Dowiaduję się, że była składka, jak już wręczają prezent
.
Mają mnie za takiego łagodnego szaleńca, bo czytam i opowiadam niestworzone historie, skarpetki wieszam "nie parami", nie mam faceta, nie mam dzieci...
Nie wiem już czy bardziej się mnie boją, czy nie rozumieją ^^.
Ale akurat znajomych z pracy to mi nie żal - zupełnie inne kryteria - z nimi o książce nigdy bym nie mogła pogadać
.
Natomiast poza pracą... Wszyscy mi wyjechali. I na dzień dzisiejszy się cieszę, bo przynajmniej dwie kumpele pozostały w mojej głowie w starym wizerunku. I zarówno one, jak i ja pielęgnujemy te "stare ramy". Wiem, że gdyby były na miejscu - nie udałoby się. Po prostu wszyscy się zmieniamy
.
Jest jedna para, z którą zawsze dobrze się bawię i nigdy nie czuję się, jak 5 kółko. Pewnie czasem dziwnie to wygląda, bo momentami ktoś z boku powiedziałby, że to trójkąt jakiś
.
Po prostu mąż mojej przyjaciółki, jak wychodzę z nimi opiekuje się mną na równi z nią
. Ale takie coś możliwe jest tylko wtedy kiedy ludzie naprawdę sobie ufają
.
I NIGDy ale to nigdy nie usiłują mnie swatać, choć wiem, że już niewiele brakowało
.
11 2010-09-12 23:50:33 Ostatnio edytowany przez Black Angelica (2010-09-12 23:51:09)
"Głównie o facetach", nie oznacza oczywiście, że tylko o facetach, gdyż generaalnie można ze mną porozmawiać o wszystkim
Dodam jeszcze, że to właściwie jedyna koleżanka, z którą o tych facetach tak rozprawiam, bo też najbliższa koleżanka, w przeciwieństwie do wielu ludzi nie zamęczam wszystkich dookoła opowieściami o podbojach tudzież niepowodzeniach sercowych ani o poznanych facetach
Ok, może to bywa nudne, ale w każdym razie z kimś trzeba rozmawiać, jestem raczej typem ekstrawertyka, muszę się wygadać
Zgodzę się z tym, że większość ludzi nie umie i nie chce słuchać innych, czasem nawet w dość bezczelny sposób mówiąc jedynie o sobie... Ale cóż, czasem trzeba pokazać trochę ignorancji, żeby ktoś zrozumiał. ![]()
Wiecie co? A może tutaj o zazdrość chodzi, ale z drugiej strony... Nie mówię o 'świeżo upieczonych' parach, ale właśnie takich już z dziećmi, zobowiązaniami. Patrząc na swoje, nieco już jednak schematyczne życie, zazdroszczą singlowi 'wolności'. Oczywiście, nie trzeba mieć rodziny na głowie, żeby mieć zobowiązania, ale chyba wiecie o czym mówię. Może część osób nie chce rozmawiać o niczym innym, bo boi się, że nie będą mieli nic do powiedzenia? Albo okaże się, że nie mają tak idealnego życia jakim chcą je widzieć?
O tak, mam to samo. Mam przyjaciółkę z która znamy się dość długo. Kiedy obie byłyśmy same, spędzałyśmy mnustwo czasu razem, aktywnie, wszedzie było nas pełno, a to rower, a to rolki, wypad nad jezioro, na impreze. Czasami chciała bym wrócić do tamtych czasów. Odkąd moja kumpela ma faceta, wszystko sie urwało. Owszem, nie odtrąca mnie, często wychodzę z nimi gdzieś, już sie do tego przyzwyczaiłam, nie mam z tym problemów. Natomiast wkurza mnie to, że moja koleżanka bez swojego chłopaka nie ruszy się z domu na żadną impreze, czy choćby do knajpy. Jeżeli proponuję jakiś wypad, odpowiada że jasne, czemu nie, po czym konsultuje sie ze swoim chłopakiem, który na takowy nie ma ochoty, a następnie pisze, czy dzwoni, że nigdzie nie idzie, bo jej się nie chce. Mam dosyć bycia alternatywą, gdy nie może się spotkać z chłopakiem bo ten jest np. w pracy. Pozatym też wciąż słucham o nim i o ślubie. Mam dosyć bycia świadkiem ich dziecinnych kłutni. Oprócz tego pozostałe kumpele mają podobnie. Nie mam z kim gdziekolwiek wyjść. Mieszkam w małej mieścinie, wszystkie koleżanki sparowane. Nawet nie mam możliwości poznania kogoś.
No chyba gorycz rzeczywiście trochę przez Ciebie przemawia. Ale z drugiej strony drugi człowiek nie powinien nam przesłaniać całego świata.
a ja ostatnio złapałam sie na tym że jak stałam w kolejce po bilet w kinie wszedzie same pary same rodziny miałam wrazenie że wszyscy sie dziwnie patrzą na mnie i zadają sobie pytanie DLACZEGO SAMa????????????????????????? GŁUPIO SIĘ CZUŁAM no ale to może być tylko moje wrazenia
Ech, no oczywiście, że to tylko Twoje wrażenie : ))). Nikt nikogo nie ocenia w takich kategoriach, nawet by mi przez głowę nie przeszło. Ale! To prawda, że będąc same wszelkie myśli tego typu potęgują nam się w głowie. Też miewam kłopot ze "sparowanymi", czasem czuję nad nimi wyższość. Oni się martwią o swoją przyszłość, pracę... Ja zarabiam, wydaję na co chcę, świetnie wyglądam bo mogę sobie pozwolić na droższy ciuch... Latam na imprezy, czasami się z kimś zabawię, poflirtuję... A potem przychodzą wieczory kiedy wracam do domu, mam ochotę zrobić coś banalnego: obejrzeć film... I oglądam sama... Nie dzwonię do znajomych, bo pewno są zajęci sobą... Nie mam z kim, ani dla kogo przygotować kolację, przytulić się, czasem pomyślę o moim byłym którego kocham a którego nie ma... Wtedy wszystko wydaje się takie puste... Przed znajomymi czasami robię dobrą minę do złej gry. Oni mi opowiadają o swoich problemach, ja im pomagam... Oni sobie te problemy rozwiązują, dziękują za radę... A ja mam ochotę sama ryknąć płaczem mówiąc jak mi samotnie i smutno
.
17 2010-10-15 13:05:15 Ostatnio edytowany przez karpod (2010-10-15 13:08:38)
Mam podobną sytuację. Najchętniej unikałabym wspólnych wyjść, na których są jakieś pary. Nie znoszę zakochanych par, jak je widze, to często łzy mi lecą po policzkach.A dlaczego? bo od zawsze ejstem sama, choć bardzo potrzebuję mieć kogoś. Moje koleżanki ciągle sie zakochują i odkochują, wiążą się, zrywają, poznają kogos nowego, wiążą się itd. A ja moge sobie tylko pomarzyć o tym, że ktoś jest obok, że mnie kocha, że moge się z nim spotkać, wyjechać, przytulić się, pocałować. Nawet nie spotykają mnie krótkotrwałe przygody, od daawna nie bawiłam się również z żadnym chłopakiem na imprezie tak poprostu, poprostu się nie podobam chłopakom, bynajmniej tym na których ja zwracam uwage:) mam przez to wsyztsko stany depresyjne, które ujawniają się gdy siedze sama w pokoju, albo na imprezie jestem i wypiję a widze że wokół mnóstwo stałych bądź potworzonych parek. Nie umiem sie cieszyć czyimś szczęsciem, jak ktoś mi mówi o nowej znajomosci to zaczynam ryczeć.Na szczescie mam 2 koleżanki w związkach,które nie prubują mnie swoim szczesciem ''udusić'':) Najchetniej czasem bym sie zamkneła w jakimś kokonie, ale tak lubie możliwosci wyjscia i towarzystwo ludzi, że chyba do tego nie dojdzie
moze nie do końca na temat ale chcialam sie wyżalić bez konieczności tworzenia nowego tematu ![]()
Kasai - odpowiem bardzo ezoterycznie & filozoficznie - dusza rodzi się po to, by uczyć się... tracić. Tak, niestety. Iluzyjny świat, w którym żyjemy, to drapieżny system, bardzo niestabilny, nietrwały i nieprzewidywalny. Oczekiwanie konsekwencji, zdolności do współodczuwania i wysokiej świadomości od uśpionych, zamieszkujących go ludzi jest skazane (najczęściej) na niepowodzenie.
My, którzy jesteśmy "inni", którzy doświadczamy bólu odtrącenia - jesteśmy na drodze do wyzwolenia ze starych, utartych schematów myślowych, na drodze ku osiągnięciu mądrości.
Ja powiem Wam, że moja siostra jest od dawna w szczęśliwym związku, niedługo bierze ślub, a mną nigdy nie interesował się NIKT. Nawet w podstawówce chłopcy mnie nie ciągnęli za warkocze. Moim największym marzeniem jest to, by ktoś mnie pokochał, chociaż z drugiej strony, bardziej wierzę w to, że... polecę na Marsa. Sprawę pogarsza fakt, że bardzo pragnę kochać i opiekować się drugą osobą.
No i co zrobić, kiedy ktoś bliski zmienia się ze swym partnerem w dwugłowego potwora i traktuje siostrę-singielkę jak piąte koło u wozu i oczywiście zawsze obowiązkowo wszędzie pojawia się ze swoją drugą połówką? Pojawia się kontrast, uczucie braku, pragnienie dążenia do jedności. Całkiem naturalne uczucia, ale nie poradzisz sobie z nimi, jeśli nie zaczniesz się na serio interesować tym, kim jesteś, drążyć swojej istoty, swoich przekonań - jeśli nie zaczniesz wzrastać.
OKRUSZKA- faktycznie to tylko moje głupie wrazenie, dziś byłam w kinie i byłam sama i było SUPER , a jak kupowałam bilet było tam małzenstwo z 2 dzieci jak oni się do siebie odzywali zero szacunku dla siebie a ja sobie stałam uśmiechałam sie i myślałam jak mam dobrze. Nikt na mnie nie wrzeszczy nikt od idiotek mnie nie wyzywa. A film polecam JEDZ, MÓDL SIE I KOCHAJ.
Kasai ale gdybyś sie zakochała zachowywałabyś sie jak Twoi znajomi
Narazie masz inne podejscie o tego, bo jesteś singielką, ale wiesz coś w tym jest ze "miłośc zaślepia", zakochany nie widzić nic poza swoją Miłością
Wierze ze to dla Ciebie męczące, jednak głowa do góry- Ty też wpadniesz w wir ZAkochania!!
21 2010-10-18 23:50:06 Ostatnio edytowany przez Kasai (2010-10-18 23:51:40)
Kasai ale gdybyś sie zakochała zachowywałabyś sie jak Twoi znajomi
Narazie masz inne podejscie o tego, bo jesteś singielką, ale wiesz coś w tym jest ze "miłośc zaślepia", zakochany nie widzić nic poza swoją Miłością
Wierzę ze to dla Ciebie męczące, jednak głowa do góry- Ty też wpadniesz w wir ZAkochania!!
Dzięki za pocieszenie, ale trochę nie zgadzam się z Twoim stwierdzeniem. Jakiś czas temu miałam kogoś, na kim mi zależało. Oczywiście, że uwaga i myśli skupiały się przede wszystkim na nim, ale nie zapomniałam o znajomych i swoich dotychczasowych zainteresowaniach. Cały czas miałam świadomość, że nie można dać się całkowicie pochłonąć związkowi i zamykać się na inne sprawy. Jakoś bronię się przed określeniem "miłość zaślepia". Trzeba zachować sobie trochę przestrzeni, mieć odrobinkę pewnego zdrowego dystansu. Bo przecież partner dziś jest, a jutro może go nie być. I tak też było w moim przypadku, zostawił mnie z dnia na dzień dla innej, bez wytłumaczenia, rozmowy, w ogóle nawet nie spotkał się ze mną. Okrutne, ale wiem, że gdybym uległa całkowitemu zatraceniu się w tym związku, bolałoby znacznie mocniej.
Sorki, ale na stwierdzenie "miłość zaślepia" reaguję alergią ![]()
22 2010-10-19 01:42:18 Ostatnio edytowany przez Sathia (2010-10-19 02:12:34)
Cały czas miałam świadomość, że nie można dać się całkowicie pochłonąć związkowi i zamykać się na inne sprawy. Jakoś bronię się przed określeniem "miłość zaślepia". Trzeba zachować sobie trochę przestrzeni, mieć odrobinkę pewnego zdrowego dystansu. Bo przecież partner dziś jest, a jutro może go nie być. I tak też było w moim przypadku, zostawił mnie z dnia na dzień dla innej, bez wytłumaczenia, rozmowy, w ogóle nawet nie spotkał się ze mną. Okrutne, ale wiem, że gdybym uległa całkowitemu zatraceniu się w tym związku, bolałoby znacznie mocniej.
Sorki, ale na stwierdzenie "miłość zaślepia" reaguję alergią
Widzę, Kasai, że jesteś jedną z bardziej świadomych osób na tym forum - przeczuwasz intuicyjnie, że przywiązywanie się do czegokolwiek (nawet ukochanej osoby) jest błędem.
A co do "zaślepiającej miłości" - zacytuję de Mello:
"Zwykło się mówić, że miłość jest ślepa. Ale czy tak jest naprawdę? W gruncie rzeczy nic na tej ziemi nie jest tak jasno widzące jak miłość. Jeśli zaś coś jest ślepe to nie miłość, tylko przywiązanie. Przywiązanie polega na kurczowym trzymaniu się przedmiotów czy osób, które ma swe źródło w błędnym przekonaniu, że coś albo ktoś jest koniecznie potrzebny dla twojego szczęścia."
(Anthony de Mello - "Wezwanie do miłości")
Kasai ale gdybyś sie zakochała zachowywałabyś sie jak Twoi znajomi
Narazie masz inne podejscie o tego, bo jesteś singielką, ale wiesz coś w tym jest ze "miłośc zaślepia", zakochany nie widzić nic poza swoją Miłością
Wierze ze to dla Ciebie męczące, jednak głowa do góry- Ty też wpadniesz w wir ZAkochania!!
Nie chciałabym utracić świadomości w taki sposób. Nie chciałabym "nie widzieć nic" poza moją miłością & bliską mi osobą. To byłoby jak kompletne, ponowne zapadnięcie w sen - a wiele lat zabrało mi obudzenie się z tej iluzji, ze snu o formie.
Dusza, która wiele wycierpiała, nie da się już nabrać i nie zatraci się bezmyślnie w jakimkolwiek uczuciu do czegokolwiek. Bo wie, boleśnie przekonała się - że w każdej chwili życie może jej wszystko odebrać.
Sztuka polega na tym, by kochać, nie przywiązując się - by uwalniać kochanego od kochającego. Bo Wolność jest drugim imieniem Miłości.
Niestety, jest to etap jeszcze dla wielu ludzi nieosiągalny. Nawet niemożliwy do wyobrażenia.